17 obserwujących
166 notek
155k odsłon
  1813   7

Polacy, Ślązacy. Historyczny przyczynek na marginesie notki Alamiry

Bernard Pretwicz
Bernard Pretwicz

Bloger Alamira, którego notki bardzo lubię, w ostatniej – ciekawej, prowokującej, ale i inspirującej pozwolił sobie napisać coś takiego:
"Nie da się kilkusetletniej odrębnej historii obu narodów, w której nie ma prawie żadnych elementów wspólnych, a wręcz przeciwnie, wiele z tych ważnych dat mówią co innego w jednym i drugim miejscu, jak data chrztu, jak budowa zamków na Jurze w obronie przed śląskimi piastami,  jak bitwa pod Grunwaldem, wreszcie wojny religijne."
Guzik prawda. Wybacz Alamira, pozostań raczej przy pisaniu o kulinariach, bo o historii to Ty masz pojęcie bardzo blade, o czym świadczy tak kolosalne nagromadzenie nieprawdy w jednym zdaniu. Kolosalne piszę, bo w tym jednym krótkim zdaniu bzdury napisałeś cztery. Aż cztery.


Po pierwsze, panowanie czeskie nad Śląskiem i Ziemią Wiślan (do której zresztą wówczas należał i obecny Górny Śląsk, oddzielony od Małopolski w ramach rodzinnych działów majątkowych dopiero w 1179 roku), żadnych śladów niemal chrześcijaństwa nie zostawiło. Nul – zero, poza cmentarzem w pogranicznej Niemczy. Jeszcze po buncie ludowym, po upadku Mieszka II, we Wrocławiu miejscowi zburzyli katedrę i postawili sobie na tym miejscu pogańską gontynę, której ślady odkopali archeolodzy. Wiara i kultura chrześcijańska dopiero w późnym XI i XII wieku tak naprawdę zaczęła promieniować od Gniezna i Krakowa, tak samo w stronę Płocka, jak i Opola.

Po drugie, zamki na Jurze budował Kazimierz Wielki nie przeciw śląskim kuzynom, których samych zresztą zmiótłby bez większego wysiłku lewą ręką, a przeciw czeskim Luksemburgom, sprzymierzonym z Krzyżakami.

Po trzecie, pod Grunwaldem Ślązacy walczyli po obu stronach. W czwartej chorągwi czesko-morawskiej oraz trzynastej Ziemi Wieluńskiej (uzupełnionej najemnikami, ponieważ miała „dość rzadkie szyki”) śląskich rycerzy,  których wielu znamy z nazwiska, było nie mniej, niż w dość szczupłych pocztach książąt Konrada Białego oleśnickiego oraz  Janusza ziębickiego, które walczyły po krzyżackiej stronie. Jednym z rycerzy wyróżnionych przez Jagiełłę po bitwie był Petulin z Caldim Wasser (Zimna Wódka) koło Strzelc Opolskich. W Tzw. Kodeksie Witolda zachował się list, jakim on i trzydziestu kilku innych śląskich rycerzy wypowiada w 1410 roku wojnę Zakonowi Krzyżackiemu, czyniąc zadość rycerskiemu obyczajowi.

Po czwarte, jakich znowu religijnych wojnach? W trzydziestoletniej my na Śląsku nie wojowaliśmy. W jej okropnych czasach dziesiątki tysięcy śląskich uciekinierów, od małorolnych chłopów po piastowskich książąt, szukało bezpieczeństwa w Polsce. Niewiele później dziesiątki tysięcy polskich uchodźców chroniło się na Śląsku przed szwedzkim potopem.

Trudno w wiekach od XV do XVIII wskazać inną tak mało dzielącą, dziurawą granicę jak Królestwa Polskiego z Czeskim pomiędzy Śląskiem, Wielkopolską i Małopolską. Udokumentowania kontaktów w obie strony - handlowych, rodzinnych, przyjacielskich, czy na odwrót, sądowych sporów ile chcieć. Po obu stronach granicy mówiło się takim samym językiem, szlachta pieczętowała się takimi samymi herbami – a to wiele wówczas znaczyło. Granica sprzyjała też „wymianie społecznej” – z akt sądowych widać, że niezadowolonemu ze swojej pozycji kmiotkowi spod Krakowa, jeśli chciał zostać mieszczuchem, najłatwiej było zwiać na Śląsk. Z kolei niezadowolony ze swego pana śląski wieśniak, jak już przekroczył granicę, też był nie do namierzenia. Mieszczanie, zwłaszcza kupcy, nawet z małych miasteczek, często wysyłali swoich synów na praktykę w obie strony. Nie inaczej w wyższych sferach - Promnitze z Pszczyny jeździli na piwo do Tęczyńskich do Morawicy, osławiony Diabeł Stadnicki z Łańcuta miał żonę Ślązaczkę.

Skorzystam z okazji, by przypomnieć jednego takiego, co na Śląsku urodzony, zrobił karierę w Polsce. Bernard Pretwicz. Jak na znaczącą w dziejach osobę, o jego początkach wiemy zadziwiająco mało. Urodził się około 1500 roku, prawdopodobnie jako syn Piotra i Ludmiły ze Stwolińskich, właścicieli Gawron, Mokąszyc i kilku innych wsi koło Sycowa. Pieczętował się herbem Wczele, notowanym po obu stronach granicy od XIV wielu. Gdzieś około 1525 roku pan Bernhard von Prittwitz (tak stoi w dokumentach śląskich) został przyjęty na dwór Zygmunta Starego. Podobno po polsku nie bardzo umiał mówić, w co niezbyt wierzę, bo już 1526 król posyłał go na sejmiki województw łęczyckiego i brzeskiego z uniwersałem poborowym. Żadnych wywodów szlachectwa czy procedury indygenatu nie przeprowadzał – widać na początku XVI wieku śląskie szlachectwo z polskim herbem zupełnie i bez dodatkowych formalności wystarczało do uznania za swojego. W zamieszaniu po śmierci Ludwika Jagiellończyka pod Mohaczem jeździł jako wysłannik królewski do Pragi, a następnie na sejmy śląskie do Prudnika i Głubczyc w jesieni 1526 roku, gdzie wysyłała go królowa Bona, by tam knuł przeciw znienawidzonym przez nią Habsburgom. Ponoć proponowała, by wobec zlekceważenia Sejmu Śląskiego przez pretendenta do tronu czeskiego, Ferdynanda Habsburga, i jego wygórowanych oczekiwań pieniężnych, Stany uchwaliły oderwanie się od Korony Świętego Wacława. W następnym roku był w Ołomuńcu podczas układów polskich posłów z koronowanym już Ferdynandem I.
Ale jego prawdziwym powołaniem okazała się zupełnie inna sfera. W 1528 roku zaciągnął się jako towarzysz z sześciokonnym pocztem do chorągwi Mikołaja Sieniawskiego, stacjonującej na Podolu jednostki stałego wojska (obrony potocznej). Odznaczył się w bitwie pod Obertynem w 1531 roku, gromiąc Mołdawian. Szybko, bo już w 1535 roku otrzymał królewski list przypowiedni na własną chorągiew. Szybko też zabłysnął żołnierskim i dowódczym talentem, w 1538 roku pod Chocimiem i dwa lata późnej pod Winnicą, gdzie okrążył i rozgromił  znacznie liczniejsze siły Tatarów, odbierając im łupy i jeńców. Po tym zwycięstwie znów jego losy przecięły się z wielką polityką – został wezwany do Krakowa, aby złożyć zeznania w sprawie cześnika koronnego Marcina Zborowskiego, podejrzewanego o knucie zamachu stanu na wypadek śmierci starego króla. W drodze został postrzelony przez stronników oskarżonego. Rannym zaopiekowała się rodzina Bonerów (królewskiego zaufanego bankiera). Po kilku miesiącach wydobrzał. Królowa nagrodziła go nadaniem dóbr Szarawka na Podolu, zaś w roku następnym – starostwem barskim. Bar, do niedawna Rów, był centrum dóbr zapobiegliwej królowej w tych stronach. Jej staraniem wybudowano w tym strategicznym punkcie solidną i nowoczesną twierdzę, nazwaną imieniem jej włoskiej ojcowizny. Znakomita baza, która pod rządami Pretwicza stała się kluczowym punktem obrony Kresów. Uczynił z niej dodatkowo znakomitą i powszechnie cenioną szkołę wojskową. Dysponował własną chorągwią, opłacaną ze skarbu królewskiego, w zależności od jego aktualnych możliwości liczącą 100-200 koni. Oprócz tego, z dochodów starostwa, jak pisał w 1551 do ks. Albrechta pruskiego, utrzymywał  300 żołnierzy, z czego 80 młodzików na szkoleniu. Cieszył się tak wielką sławą, iż pod jego komendę garnęła się młodzież szlachecka z Polski, ze Śląska, a nawet z krajów niemieckich. Jedni przybywali z chęci zrobienia wojskowej kariery, dla innych była to okazja do przeżycia fantastycznej przygody. Mógł korzystać też z lokalnego pospolitego ruszenia szlachty. Gdzieś w tym czasie z kaukaskiego pogórza przybyła grupa Czerkiesów, zwanych wówczas w Polsce Czeremisami, zbiegłych przed tatarskimi najazdami  (Krym w tym czasie podporządkowywał sobie wschodnie wybrzeże Morza Czarnego). Pretwicz zwietrzył okazję zwerbowania ludzi znających doskonale tatarskie szlaki i sposoby walki, zaopiekował się nimi, ściągnął też za ich pośrednictwem kolejnych. Wkrótce dysponował  oddziałem 200 ludzi, którzy w zamian za nadanie zwolnionej z podatków ziemi wokół Baru stawali na każde jego wezwanie.  Mógł też liczyć na współdziałanie innych dowódców chorągwi obrony potocznej i kresowych litewskich kniaziów. Stojąc na czele tak znacznych sił, roztropny Ślązak doszedł do tego samego wniosku, co jego krajan Gustlik z „Czterech Pancernych” – nie wystarczy świni, co weszła w szkodę tylko do miedzy odegnać. Na napady tatarskie zaczął odpowiadać własnymi rajdami, docierając wielokrotnie aż do brzegów Morza Czarnego. Wracał pędząc tatarskich jeńców oraz ogromne stada zrabowanych koni i bydła. Od 1541 po 1557 rok odbył wypraw i bitew około dwudziestu, ani razu nie przegrywając. Umiał też zadbać o swój wizerunek. Kontakt listowny ze sławnym rycerzem utrzymywało kilkanaście europejskich, królewskich i książęcych dworów, niektóre z nich zresztą odwiedzał. Prowadził też rozległą korespondencję handlową, przeganiał bowiem na Śląsk stada wołów, sprzedawał zagrabione i zakupione tureckie wierzchowce, dywany, namioty, a kupował na handel sukno, broń, śledzie. Konie i tatarskich jeńców wysyłał czasem w darze książętom śląskim i pruskiemu Albrechtowi. Z jednej z wypraw przywiózł nie lada rzadkość – podarował królowi dwumetrowy róg upolowanego rzekomo przez siebie osobiście w stepach jednorożca. Na Wawelu dar potraktowano z pewnym sceptycyzmem i przekazano do Wiednia. Habsburgowie podeszli za to  do niego z pełną atencją – oprawiony w złoto i klejnoty był traktowany jako jeden z najcenniejszych cesarskich skarbów. Do dziś możemy go podziwiać w Wiedniu. Jakimi naprawdę drogami kieł arktycznego narwala trafił w ręce śląskiego zagończyka, nie wiadomo.
Czasami, z taką śląską marudną manierą żalił się listach, że ma chęć porzucić służbę, bo czuje się źle traktowany choćby dlatego, że jest Ślązakiem, narzekał na zaległości w wypłacie żołdu, brak rekompensaty poniesionych kosztów, wreszcie złą organizację obrony granic, która nie jest wystarczająco skuteczna. Ale na pół tuzina konkretnych propozycji nowej służby na generalskich stanowiskach odpowiedział odmownie. Był, dzięki swoim zdolnościom i królewskiej łasce człowiekiem majętnym: jako starosta barski czerpał dochody z dwóch miasteczek i 14 wsi. Otrzymane później w zamian starostwo trembowelskie obejmowało dwa miasteczka i 13 wsi. Zakładał nowe wioski i folwarki, zagospodarowywał uroczyska. Tamtejsze tereny często pustoszały, bo osadnicy szli w jasyr, lub uciekali przed ciągłym zagrożeniem w bezpieczniejsze miejsca. Pretwicz potrafił to zmienić. Mówiono, że tam gdzie rządził, szlaki tatarskich pochodów zarastały trawą. Dbał o prosty lud, i ten uprawiający rolę, i ten uwalniany z jasyru, za co obdarzano go powszechną miłością. Na osobiste dobra składały się wykupione dożywocie na królewskiej wsi Werbki oraz otrzymane dziedzicznie Leźniówka w powiecie latyczowskim, zamek i miasto Szarawka z kilkoma wsiami na Podolu, Łośniów i Suszczyn koło Trembowli.Trzymał ponadto w zastawie kilka wsi należących do zaprzyjaźnionej z nim magnackiej rodziny Jazłowieckich. Nie ma wątpliwości, że jego wyprawy także przynosiły solidne zyski.
Sposób wojowania, wymagający ruchliwości i dalekich pochodów wykształcił nową wojskową formację, łączącą wzory polskie i wschodnie. Jeździec Pretwicza, na znakomitym, wytrzymałym koniu był okryty lekką, a wytrzymałą kolczugą z żelaznych kółek i hełmem (misiurką) o podobnej konstrukcji. Dodatkową ochroną była lekka, okragła tarcza wschodniego typu, tzw. kałkan. Uzbrojenie zaczepne stanowiły rohatyna (lanca), szabla i łuk. Otrzymał też niedawno wynalezioną na Zachodzie nowoczesną broń palną – kawaleryjski pistolet z zamkiem kołowym. Tatarzy ognia broni palnej, skutecznie używanej z bliska panicznie się obawiali. Tak uzbrojone chorągwie, nazwane „kozackimi” stały się na 150 lat, obok nieco później ukształtowanej batoriańskiej husarii podstawowym rodzajem konnicy Rzeczypospolitej.
Pretwicz stał się osobistością ważną i wpływową. Występował jako ekspert na sejmach, proponując rozbudowę na kresach osadnictwa wojskowego, na zasadach takich, jakie otrzymali  jego Czeremisi. Polacy nazywali go swoją niezwyciężoną tarczą, Tatarzy straszyli nim dzieci. Jednak pod koniec lat 50. XVI w. szykujący się do rozgrywki z Moskwą o Inflanty Zygmunt August uznał, że trzeba trochę ocieplić stosunki z Turcją, coraz mocniej skarżącą się na uciążliwe dla jej kresowych posiadłości i krymskiego lennika sąsiedztwo. Pan starosta został przeniesiony z Baru do położonej trochę bardziej w głębi kraju Trembowli, co potraktował jako emeryturę.
W 1561 r. szykowano już pogrzeb pana Pretwicza, uznając go za zmarłego, gdy on tymczasem z niewiadomych przyczyn zapadł w letarg. Wybudził się na szczęście w samą porę, by wziąć udział we własnej stypie, zamienionej w huczną biesiadę.
Zmarł  jako powszechnie szanowany i podziwiany bohater 12 stycznia 1564 r. Jego syn, Jakub, zasiadł w przyszłości na senatorskim krześle.

Lubię to! Skomentuj159 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura