26 obserwujących
211 notek
202k odsłony
  1980   11

Polska Polaków. Nie Wikingów

Kalisz - Zawodzie
Kalisz - Zawodzie

Niedawno ukazał się w ksiegarniach „Świt państwa polskiego”, kolejna świetna książka wybitnego archeologa, prof. Andrzeja Buko. Niestety, w homeopatycznym nakładzie. Na 300 stronach zwięzły, treściwy wykład, podsumowujący stan badań dotyczących kluczowego dla naszych dziejów, a tak słabo oświetlonego źródłami pisanymi okresu IX-XI wieków. Mnóstwo wiedzy, jednocześnie mnóstwo pytań, na które odpowiedzi wprost nie padają. Archeologowi w parafię historyków z gotowymi koncepcjami, które przecież na węgielkach i skorupach wypisane żadnym alfabetem nie są, widać wchodzić nie wypada. Postanowiłem więc, w dużej mierze pod wrażeniem tej lektury i na jej kanwie, ale oczywiście nie tylko, pokusić się o narysowanie własnego obrazu, próbującego połączyć ułamki z warsztatu archeologa z okruchami dostępnymi historykowi.


Około roku 800 mapa osadnictwa na ziemiach obecnej Polski była już w zasadzie ustabilizowana. Podstawowymi punktami były na niej małe, liczące od kilku do kilkunastu zagród otwarte osady, rozmieszczone łańcuchami w sporej odległości od siebie. Wynikało to z konieczności  rolniczego eksploatowania sporej powierzchni w systemie żarowym. Polegał on na tym, że las wypalano i w jego miejscu  uprawiano zboża nawet przez kilkanaście lat stosując jednopolówkę, aż do wyczerpania gleby, następnie przenosząc się w kolejne miejsce. Z czasem przechodzono do dwupolówki z kilkuletnim odłogowaniem. Dla osadnictwa wybierano żyzne, lekkie gleby, możliwe do uprawy ówczesnymi narzędziami, położone wzdłuż ówczesnych jedynych szlaków komunikacyjnych – dolin rzecznych. W stronę wzniesień nie sięgano dalej, niż ok. 300 m nad poziomem morza. Zabudowę ich stanowiły niewielkie, półziemiankowe kryte trzcinową strzechą chałupy, o zrębowej konstrukcji części naziemnej, z paleniskiem w środku.  Podstawą gospodarki było rolnictwo i zbieractwo, w mniejszym stopniu (jak wynika z niewielkiej ilości odpadków kostnych dzikich zwierząt) łowiectwo, zaś tam, gdzie była większa woda – rybołówstwo. Gospodarka w zasadzie naturalna, każde gospodarstwo wytwarzało gros podstawowych produktów – żywności, ubrań, narzędzi pracy. Jednak nie wszystko się da zrobić samodzielnie – pojawiają się więc pierwsze wyspecjalizowane zawody rzemieślnicze – przede wszystkim hutnictwo żelaza z rud darniowych, kowalstwo i garncarstwo. To ostatnie, wytwarzające wysokiej jakości naczynia toczone na kole wypiera stopniowo lepione ręcznie samodzielnie garnki. A więc – także początki wymiany dóbr.

image

Trzcinica. Rekonstrukcja chat z VII-VIII w.
 Co kilkadziesiąt takich osad, a więc w zasięgu kilku tysięcy mieszkańców elementem krajobrazu stawał się gród. W miejscu z natury obronnym, na wzgórzu, cyplu nadrzecznym lub bagiennym, z rzadka wyspie jeziornej budowano fortyfikacje z drewniano- ziemnych wałów (o konstrukcji zwykle wtedy skrzyniowej) i palisad, z jedną bramą umocnioną drewnianą wieżą. Często od strony wjazdu powstawały dodatkowe, kolejne pierścienie wałów z własnymi bramami. Zabudowa wnętrza (majdanu) była niewielka, znajdujemy tam ślady bardzo nielicznych budynków. Zapewne więc stale mieszkała tam bardzo nieliczna straż – obsługa, pełniły więc funkcję refugialną. W ogóle brak w nich śladów budowli o charakterze bardziej monumentalnym oraz śladów stałego zamieszkania elit. Te zapewne wolały wygodne siedziby wiejskie, niż widok wałów i inne uroki ciasnego miejsca bez urządzeń sanitarnych. Nie jest to wyjątkowa sytuacja – podobny charakter miały opisywane przez Rzymian 1000 lat wcześniej celtyckie oppida, należące do ludu bynajmniej cywilizacyjnie nie prymitywnego.


Przeanalizowany na wszelkie już chyba możliwe sposoby „Opis grodów i ziem z północnej strony Dunaju” czyli tak zwany Geograf Bawarski, spisany około 845 roku nic nowego nam nie odkryje. Zauważyć należy, że o ile bliskie granic Cesarstwa Połabie i Czechy opisał dość dokładnie, im dalej jednak na wschód, tym maleje liczba nazw, a rośnie liczba przypisanych im „civitates”. Sięgnąć zatem należy do raczej źródeł archeologicznych.  Wydaje się, że jednostką osadniczą było coś, co nazwę tu roboczo „ziemią” – obszar mniej więcej 10 000 km² z kilku – kilkunastoma różnej wielkości grodami, z glebami korzystnymi dla upraw, leżący w dolinie  jednej większej rzeki, odgrodzony od kolejnych zamieszkałych obszarów pasem niezaludnionej puszczy, często wzniesień wododziału, bagien lub ziem niekorzystnych dla ówczesnego rolnictwa. Taka społeczność, powiązana wspólnym zamieszkaniem, językiem, zwyczajami i wierzeniami tworzyła zapewne zorganizowaną grupę, z lokalną elitą urodzenia i majątku, kultem (pojawiają się obiekty, które możemy interpretować jako miejsca ofiarne), a więc i ludźmi związanymi z jego sprawowaniem, radą-wiecem, konieczną dla uzgodnienia wielkich wspólnych prac, jak budowa grodu, systemem mobilizacji wojskowej (pospolitego ruszenia) w wypadku zagrożenia i dowodzenia nim. Słowem, małe protopaństwo.
Na terenach, które możemy nazwać anachronicznie „polskimi” na podstawie wykopalisk daje się wydzielić, zależnie od pewnych problemów interpretacyjnych, dwadzieścia kilka takich „ziem”. Archeolog Andrzej Buko nazywa te ugrupowania „grupami etnicznymi”, wzdragając się wyraźnie przed używaniem tradycyjnej nazwy „plemię” – chyba także dlatego, że nazwa ta z góry zakłada jakiś poważny zakres odrębności i odmienności od sąsiadów z innych plemion – a takich w wykopywanych z ziemi świadectwach za bardzo nie widać. Próba przypisania wszystkich imion własnych plemion Geografa konkretnym terytoriom jest kompletnie karkołomna – za dużo „ziem”, za mało nazw.
 Mówiąc o „terenach polskich” mam na myśli te, na których językoznawcy badając stare nazewnictwo, widzą staropolski-lechicki substrat językowy. Mniej więcej, tak się składa obecne granice państwa, na południowym zachodzie bez Górnych Łużyc (po Bóbr) i Kłodzka, z czeską obecnie częścią Śląska Cieszyńskiego i Opawskiego, z terytorium na lewym brzegu górnego Bugu i Brześciem Litewskim, bez Mazur – czyli ziemi wówczas Prusów, i części Pomorza (mniej więcej do Słupi – na zachód od niej mamy ślady kultury archeologicznej bliższej zaodrzańskim Wieletom, niż sąsiadom zza Noteci). Obszar ten w źródłach archeologicznych tej epoki ma bardzo jednolitą kulturę materialną – takie same budownictwo, narzędzia, ozdoby, sposoby gospodarowania. Mocno jednolicie wyglądał rytuał pogrzebowy naszych ówczesnych przodków –  stosowali obrzęd ciałopalenia, zaś prochy deponowali w grobach jamowych, bez żadnego wyposażenia. Ta część ich wierzeń i świata duchowego pozbawiła archeologię wglądu w ich kulturę elitarną, jaką dają cmentarne znaleziska w przypadku innych ludów. W głąb stulecia pojawiają się pochówki kurhanowe, z różnym miejscem deponowania spalonych szczątków. Kurhany różnej wielkości, w Małopolsce z serią naprawdę wielkich - po prostu stożkowa forma ziemnego kopca, taka sama w zasadzie u licznych ludów na niemal wszystkich kontynentach. Związane ze słowiańskimi pochówki to wkopywane w niego, przysypane nim lub po prostu rozsypane na szczycie przepalone prochy ludzkie, bez żadnych darów grobowych.  Warto też zauważyć, że seria wielkich kopców małopolskich jest przynajmniej o sto lat starsza, niż duńskie kopce w Jelling, czy ruskie z Czernihowa. W ciągu wieku IX, wraz z widocznym wzrostem zamożności, przychodzi nieco większe zróżnicowanie kultury materialnej poszczególnych grup – w szczegółach budownictwa, zdobnictwa, ceramiki. Jednak są one na tyle niewielkie, że zgodzić się wypada z wyrażonym kilkanaście lat temu poglądem Przemysława Urbańczyka, że w X wieku ziemie między Karpatami a Bałtykiem jawią się jako jednorodny kulturowo region etnohistoryczny. Ślady innych, odmiennych sposobów życia i gospodarowania, innych naczyń ozdób, narzędzi są wyjątkowo nieliczne.

Lubię to! Skomentuj42 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura