Parę tygodni temu media obleciała smutna wieść, że aktywistę w żólto-niebieskiej czapeczce który wybrał się na rowerowy tour po Morawach, by oprócz zaspokojenia swej pasji do pedałowania zebrać trochę kaski na jakiś szczytny cel pobito. Sprawcami, jak twierdził ów aktywista, byli Polacy, którzy według niego wzięli go za Ukraińca, a bijąc ubliżali mu od banderowców.
Dwie kaczki ubite jednym strzałem, ob...kakanie po świecie złe Polacken jako bandyty i ksenofoby na dodatek.
A tu wczoraj zonk. Czeska policja, nie przeciążona aż tak jak sąsiedzka obroną "praworzadności" wzięła i sprawdziła, a na dodatek jeszcze sprawą zainteresował się i opisał ją lokalny Dennik.
Jak więc się sprawy miały w rzeczy samej? Oto nasz dzielny kolarz postanowił zakończyć piękny dzień pokrzepiając się Schnapsem w jednym z nocnych klubów Morawskiej Ostravy. Bawił tam w towarzystwie świeżo poznanych Słowaków do białego ranka, i wraz z nimi opuścił ów klub koło piątej.
I wtedy z jakichś powodów między współbiesiednikami doszło do scysji, w której nasz dzielny Kulturträger "użył aluzji dotyczącej matki jednego z nich". Tłumacząc z czesko-policyjnego na nasze, można przypuszczać że wcale nie posługując się bliską jego sercu Muttersprache - skoro Słowacy bez trudu zrozumieli - a używając swojskiego "k***a twoja mać".
Dwaj słowaccy 26-latkowie zostali namierzeni, przyznali się i oczekują teraz na decyzję czeskiego sądu. Biorąc pod uwagę okoliczności, mam nadzieję że wyrok będzie łagodny.
Aktywiście nieukrywanej już aktualnie opcji Jakubowi H. oklepano więc dziób, a skoro już było limo pod okiem, postanowił je kłamliwie wykorzystać w sposób opisany na wstępie - jak mawiają w takie sytuacji rosyjscy kumple jego kumpli obciągając resztki ze znalezionej butelki Stolicznej, "szto dobru propadat'.
I dziwić się tu, że folksdojczami gardzimy i my, i Niemcy.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)