Ostatnio przetaczają się przez media gwałtowne dyskusje nt. prawa do aborcji.
Dorzucę - pod rozwagę - jeszcze jeden przykład; jak najbardziej z życia.
Otóż - pewna mama ma córkę.
Córka ta jest niepełnosprawna: niedorozwinięta psychicznie w stopniu umiarkowanym oraz, również w stopniu umiarkowanym, chora somatycznie.
Obydwie choroby mają podłoże genetyczne.
Matka opiekuje się córką z pełnym oddaniem.
Tatuś nie wytrzymał świadomości, że dziecko nie jest takie, jakby sobie życzył i odszedł był w tzw. siną dal, gdy dziecko miało trzy lata. Obecnie ma osiemnaście.
Dziewczyna chodzi do szkoły specjalnej.
Ma rentę socjalną - 611,67 zł.
Matka pracuje – w niepełnym wymiarze, żeby móc zajmować się córką.
Pewnego dnia pewien sąsiad namówił dziewczynę do współżycia płciowego.
No cóż, hormony akurat działają u niej bez zakłóceń...
Dziewczyna opowiedziała wszystko w domu – po kilku dniach.
Matka zgłosiła fakt na policję.
Policja faceta zatrzymała, przesłuchała… i wypuściła.
Do rozprawy miał hasać po wolności.
No to zahasał – zwinął się i przepadł bez wieści.
Dziewczyna okazała się być w ciąży.
Uprzejmie proszę – szczególnie tzw. „obrońców życia od zygoty” o dobre rady: jaką decyzję w tej sytuacji ma podjąć matka dziewczyny?
Jest bardzo prawdopodobne, że dziecko urodzi się z defektem . Tzn. na pewno urodzi się z defektem; nie wiadomo tylko, jak głębokim.
Czy matka, która z poświęceniem i wielkim trudem zajmuje się upośledzoną córką, powinna (z miłością w sercu) zająć się także wnukiem?
A może córka ma urodzić i zostawić dziecię w szpitalu lub „oknie życia”, skazując je na poniewierkę, bo – nie oszukujmy się! – tak chorego dziecka nikt nie zaadoptuje?
Albo… ???
Co o tym myślicie?
Motto do przemyśleń:
"Bo to są tacy sprytni męczennicy, którzy łaskawie zgodzili się męczyć innych zamiast siebie"
(dzięki!)
Pozwolę sobie wkleić poniżej jeden z komentarzy, niezwykle celnie podsumowujący długą dyskusję, jaka się wywiązała pod notką.
Autorce serdecznie dziękuję: ładunek empatii zawarty w tym wpisie na pewno jest w stanie zmniejszyć ciężar brzemienia, z jakim zmagają się osoby w sytuacji podobnej do tej, którą opisałam w notce. Bo, poza wszystkimi trudami, z jakimi się one zmagają, najbardziej dotkliwa wydaje mi się --- obojętność…
@teesa
Zgroza ogarnia. Także przy czytaniu niektórych rozbzykanych komentarzy.
Zastanawia mnie całkowity brak współczucia, którym podszyta jest pryncypialność osądów obrońców zygot.
Nie, zaraz. Tam jest "współczucie". Współczucie dla zlepka komórek, dla czegoś niekonkretnego, zaledwie potencjalnego. Łatwo się współczuje abstrakcji.
Współczucia kompletnie brak dla tych konkretnych, wymiernych ludzkich sytuacji, dla matki tej dziewczyny z Twojego wpisu, z jej żałosną sytuacją materialną i zerowymi perspektywami na jej polepszenie, z jej zmęczeniem, bezradnością, nadchodzącą starością, która radzić sobie będzie z trudami coraz gorzej, a nie lepiej, z jej żywą, codzienną krzywdą, pogłębioną przez bestialstwo i bezkarność typka, którego kręcił seks z upośledzoną umysłowo.
W tych pryncypialnych "rodzić i koniec" jest okrucieństwo. Okrucieństwo podszyte chęcią, żeby komuś innemu było jeszcze gorzej. Gorzej niż mnie, niezrealizowanemu, niespełnionemu, kipiącemu poczuciem własnej krzywdy, "mnie - wykluczonemu". I jakie to bezpieczne okrucieństwo. Jak ładnie można się tu zasłonić zasadą chronienia wszelkiego życia. Bardzo sprytne. Diaboliczne. Życząc komuś źle móc jednocześnie głośno wrzeszczeć: "bo ja mam takie piękne, szlachetne zasady!".
PAULOVNIA3 241 | 17.07.2011 09:40||
Dla przeciwwagi i uwzględniając wyraźną sugestię, umieszczam również komentarz osoby o poglądach skrajnie różnych:
Dla dobra dyskusji warto przedstawiać dwa odmienne punkty widzenia tego samego problemu. Inaczej jest to tania propaganda.
NIEZALEZNIE 2 326 | 17.07.2011 23:13||
Celem Okna życia jest umożliwienie matkom, które nie mogą lub nie chcą opiekować się swoim nowo narodzonym dzieckiem, anonimowe porzucenie. Do końca marca 2011 w 45 oknach życia udało się uratować 33 noworodki.


