Dzisiejszy poranek przyniósł w całej Polsce pierwszy roboczy dzień nowego roku szkolnego. Spakowane tornistry i plecaki, nowe zeszyty, rozjaśnione wakacyjnym słońcem głowy czekają na nową wiedzę.
Ale dzisiejszy poranek przyniósł też bolesny strajk szkolny. Strajkują polskie szkoły na Litwie. Tym - rozpaczliwym - gestem usiłują zwrócić uwagę władz Litwy na potrzeby i postulaty litewskich Polaków. Najnowsze przepisy zwiększają liczbę godzin języka litewskiego i nakazują nauczanie w tym języku przedmiotów dotyczących historii, geografii i wychowania obywatelskiego.
Według wicemera rejonu wileńskiego, Jana Mincewicza, w ten sposób władze litewskie chcą przekształcić szkoły polskie w polsko-litewskie, a potem w litewskie. - Jeżeli nie ma przepisowej liczby dzieci dla istnienia szkoły średniej, to szkoły mniejszości narodowych, a zatem przede wszystkim polskie, mają być zredukowane do podstawówki. Litewskich szkół to nie dotyczy - powiedział Polskiemu Radiu Jan Mincewicz (cytowany przez Rzeczpospolitą).
Władze Rzeczypospolitej wiele uwagi poświęcają Polakom, którzy wyjechali z kraju. Zostali oni nawet bohaterami programowych przemówień głoszonych z sejmowej mównicy przez lidera Platformy Obywatelskiej.
Ciekawe czy władza, która tak bardzo troszczy się o tych, którzy wyjechali z Polski, troszczy się tak samo o tych Polaków, od których "Polska wyjechała"?
Nie potrafię pozbyć się uczucia, że głos litewskich Polaków brzmiący poprzez dzisiejszy strajk, jest głosem skierowanym także do Polski. Czy bez realnego wsparcia władz Rzeczypospolitej litewscy Polacy mają szansę obronić swoją tożsamość narodową?
Mainstreamowe media drą szaty i nawołują co pewien czas, aby wszyscy "poczuli się Ślązakami" - bo pasuje im to do wizji politycznej układanki. Ale co z tożsamością tych, którzy pomimo lat sowieckiej i post-sowieckiej opresji chcą nadal mówić "Litwo! Ojczyzno moja!" w takim języku, w jakim zapisał to Adam Mickiewicz?
Och tak, zdążyłem już zauważyć, że tożsamość i pamięć narodowa są w unijnej Europie traktowane jako "niemodne". Zbyt wielu przeszkadzają.Czy to wystarczający powód, żeby rugować z naszej pamięci to co przez stulecia nas budowało?
Czegóż to chcą litewscy Polacy? To można znaleźć na portalu wilnoteka.lt
A szczegóły przeczytać w długim liście opublikowanym tam przez panią Edytę Maksymowiczw odpowiedzi na koresponedencję od ministra oświaty i nauki Republiki Litewskiej - Gintarasa Steponavičiusa.
- zachęcam Państwa do uważnej lektury:
Szanowny Panie Ministrze,
grzeczność każe odpisywać na listy, co też czynię. Zaintrygował mnie Pana list. Dotychczas wszelkie próby nawiązania przez nas, litewskich Polaków, kontaktu z Panem spełzały na niczym.
Wszystkie nasze prośby i postulaty w kwestii zmian w oświacie - jak dotąd - Pan ignorował. Co prawda, nie jest Pan w tym względzie wyjątkiem, tak czyni większość Pana kolegów - od urzedników ministerialnych po polityków sejmowych. Przywykliśmy (choć aboslutnie nie pogodziliśmy się) do takiego poniżającego traktowania, dlatego list nas zaskoczył. Czyżby nastąpiła zmiana utartych zwyczajów politycznych na Litwie?
Napisał Pan po polsku. Dziękuję. Odpowiadam - po litewsku. Bo znam ten język. Lubię go i szanuję. To język kraju, w którym się urodziłam i mieszkam. Żałuję ogromnie, jeśli nie znam go wystarczająco dobrze. Jeszcze dwadzieścia lat temu nie miałam szansy i okazji, by nauczyć się go w stopniu doskonałym. Zapewniam Pana jednak, że robię i zrobię wszystko, co w mojej mocy, by moje dzieci poznały go najlepiej, jak tylko można. W tym upatruję nasz wspólny cel, więc RAZEM zdwoimy wysiłki. Ale nie kosztem pogardliwego traktowania, poniżania i rugowania z życia szkoły naszego języka ojczystego. Nie znam rodziców, którzy myślą inaczej. Jakże wstrętny i dotkliwy (i wygodnicki) jest zarzut, że litewscy Polacy nie chcą się uczyć języka litewskiego. Jednakże dotąd nie spotkałam ani jednego Polaka, który kwestionowałby potrzebę znajomości języka litewskiego. Mieszkamy w kraju, w którym językiem urzędowym, oficjalnym i państwowym jest litewski. To bezdyskusyjny pewnik, niepodważalny fakt. I zawsze będzie to dla mnie i moich dzieci, jak dla większości dzieci litewskich Polaków, język państwowy, urzędowy, serdeczny, kochany, mój, ale nigdy ojczysty. Czy to aż tak źle? Czy to naprawdę aż godne potępienia?
Poza tym, znajomość języka litewskiego, mimo że ważna, nie jest celem samym w sobie, jedynym ani nadrzędnym. Celem szkoły nie jest wyłącznie nauczenie dziecka języka państwowego. Celem szkoły jest przekazywanie i utrwalanie wiedzy, kształcenie umięjętności, kształtowanie osobowości i rozwój duchowy dziecka. Trudno się dziwić, że chcemy z mężem, na wzór tysięcy litewskich Polaków, by nasze dzieci dojrzewały w szkole ojczystej. Bo tylko w takiej szkole mogą się bezproblemowo kształtować, ubogacać duchowo, właściwie rozwijać emocjonalnie.
Dlaczego uznaje Pan to za złe czy podejrzane? Dlaczego mój kraj, moje państwo każe mi się wstydzić mojej narodowości, mojej polskości? Jestem Polką z Litwy, nie wstydzę się tego i nie chcę, by się tego wstydziły moje dzieci. Tę wartość wpajali mi dziadkowie i rodzice. Ziemia Litewska od zawsze była ich ziemią ojczystą, od pokoleń tu mieszkali i czuli się wyjątkowo związani z tym miejscem - ich jedynym najprawdziwszym miejscem na ziemi. Hołdowali wartości - obywatel Wielkiego Księstwa Litewskiego. To była wielka wartość, z której byli bardzo dumni. To historia zrządziła taki, a nie inny splot wydarzeń. Uszanujmy to. Nie zmieniajmy jej nurtów.
Jakże cyniczny jest wciąż przytaczany przez Pana resort argument, że poza granicami Polski najlepsze warunki polska oświata ma właśnie na Litwie. To prawda! Ale gdzie miałoby być lepiej? Gdzie poza Litwą i krajami sasiednimi istnieje tak duże zwarte skupisko autochtonów, którym los, bieg historii, a nie własny wybór, kazał być mniejszością narodową? Nie kwestionujmy tych zrządzeń historii, ale przyjmijmy je wszyscy z godnością.
Na niedawnej konferencji jeden z pańskich podwładnych pieniacko podkreślał, że szkoły polskie na Litwie to sowiecki relikt. Przykra nieprawda, a jeśli nawet relikt, to okupiony ogromem poświęceń, wyrzeczeń i ludzkich dramatów. Nadludzkich wysiłków, byśmy my, ich dzieci, nawet w trudnych sowieckich czasach mogli pielęgnować naszą polskość. Podobnie jak ogrom wyrzeczeń Litwinów, by ich dzieci przetrwały w litewskości. Co mam powiedzieć mojej Mamie? Zesłańczyni Sybiru? Że jej poświęcenie nie miało sensu? Że tamto jej upokorzenie, usiłowanie wyzucia z człowieczeństwa, podobnie jak setek, tysięcy Litwinów będących wówczas w podobnej sytuacji, dziś ma nie mieć znaczenia? A właśnie, tam, na tej Nieludzkiej Ziemi Polacy i Litwini cierpieli tak samo i za to samo. Tam też, jak wynika z doświadczeń mojej Mamy, stosowano metody poróżnienia Polaków i Litwinów. Tylko wtedy rzadko to się udawało, a dziś udaje się nad wyraz łatwo. Zdumienie ogarnia, że jeszcze niedawno Litwini przeciwstawiali się próbom ich złamania, a dziś czynią to samo swoim współbraciom! Co gorsza, podobnymi metodami. Przecież jeszcze przed trzydziestu laty również Litwinom wmawiano, że są słabi, mali, że to „Wielki Brat“ wie, co jest dobre, i wszystko czyni się dla ich dobra i dobra ich dzieci. Jakże łatwo przyszło zapomnienie.
Będę na wiecu protestacyjnym, moje dzieci będą strajkowały. Nie dlatego, że chcę walczyć z państwem litewskim, nie dlatego, że jestem nielojalnym obywatelem MOJEGO kraju. Chcę walczyć o mój kraj. Również dlatego, że zostałam cynicznie upokorzona przez władze, a nawet moje dzieci czują się w tym kraju gorsze... A cóż może być gorszego dla matki? Tym bardziej, jeśli na dodatek zupełnie niedawno z ust wpływowego litewskiego polityka usłyszała rzucone w twarz słowa: „Nie podoba się - wara stąd“.
Nie chcę, by do moich dzieci mówiono językiem pogardy, nienawiści, nakazów i podporządkowania. Nie chcę, by ciągle mi wmawiano, że wyrządzam ogromną krzywdzę swoim dzieciom i tylko Pan i Pana urzędnicy najlepiej wiedzą, co jest dla nich dobre. Będę na wiecu nie dlatego, że polscy politycy mnie do tego zmusili, a dlatego, że jest to wyraz mego głebokiego przekonania, mojej rozpaczy i ogromnej determinacji. I wciąż też jest to wyraz wiary w rozsądek...
Litewskie podręczniki historii niosą wiele negatywnych treści, koncentrują się nieraz na upokarzaniu innych narodów, również polskiego. Skąd po dwudziestu latach wolności kraju tyle nienawiści i jadu wobec innych nacji na Litwie?! Nigdy nie było tak źle, jak jest teraz. Nie odrzucę tych podręczników, bo respektuję zasady i obowiązki, jakie nakłada na mnie i na moje dzieci nasze państwo, ale wierzę, że w polskiej szkole przynajmniej dziecko nie będzie wychowywane w niezrozumiałej dla mnie nienawiści do swojej Macierzy
Nie insynuuję absolutnie, że litewskie szkoły są złe. Takiego wykształcenia, profesjonalizmu, dowodów takiej dobroci, ludzkiego ciepła i wyjątkowej wyrozumiałości, jakie otrzymały moje dzieci na przykład w szkole muzycznej B. Dvarionasa, mogę tylko życzyć każdemu uczniowi w każdym zakątku świata. Ale na nieszczęście dane mi było zetknąć się z wieloma nauczycielami, również historii, którzy siali nienawiść do mojego narodu, którzy chcieli złamać tożsamość narodową swoich uczniów, bo im nie pasowała. Tego najbardziej chciałabym uniknąć w wychowaniu moich dzieci. Nie widzę niczego złego w tym, że moje dzieci będą się uczyły litewskiej historii po polsku i geografii w jezyku ojczystym, że będą znały polskie piosenki, bo wymagam, by znały też pieśni litewskie. Nic złego, że czasem założą biało-czerwoną koszulkę. Jestem spokojna, bo podczas mistrzostw EuroBasket 2011 pękają ściany od wrzasków i emocji, kiedy moja rodzina kibicuje ...komu? Oczywiście litewskiej drużynie. Bez zastanowienia, z przejęciem i ogromnym oddaniem. Dlatego jestem przekonana o słuszności swego wyboru i swoich zapatrywań. Moje dzieci na pewno nie będą kochały Litwy mniej niż Pana dzieci. Tego jestem absolutnie pewna. Niech im tylko Pan na to pozwoli. Niech im pozwoli na to własny kraj.
Z poważaniem
Edyta Maksymowicz
redaktor portalu wilnoteka.lt, członek Forum Rodziców Szkół Polskich na Litwie, matka dwojga uczniów polskiej szkoły na Litwie



Komentarze
Pokaż komentarze (4)