Festiwal pokazów w wieczornych programach informacyjnych - przedstawiają jak to papierek potarty o sztruksowe spodnie wywołuje alarm pirotechniczny urządzenia traktowanego jako "wykrywacz".
Przy każdej większej imprezie z udziałem państwowych VIPów dziennikarze są poddawani procedurze kontroli detektorami środków pirotechnicznych. Proszę mi wierzyć - wielu dziennikarzy chadza w sztruksowych spodniach, wielu z nich (naprawdę!) się myje i używa dezodorantów. Koleżanki dziennikarki dbają o makijaż, a to oznacza często korzystanie z pudru.
I jakoś nigdy nie widzałem, żeby posiadacz sztruksów, albo posiadaczka zgrabnej puderniczki z lusterkiem, byli z tego powodu zatrzymywani przez pirotechników z ochrony. W mojej torbie fotograficznej zawsze noszę kilka foliowych woreczków np. dla ochrony obiektywu w czasie ulewy. Nigdy jednak żaden pirotechnik nie zatrzymywał mnie na okoliczność posiadania toluenu.
Po co więc w miediach te opowieści o składzie chemicznym toreb foliowych? Czy eksperci prokuratury wysłani do smoleńska prezentują taki poziom wiedzy, że zwieść by ich mogła odrobina prochu strzelniczego z dział oblężniczych z roku 1610?
To zacne, że trwają badania. Dlaczego jednak próbki pobrane przez polskich ekspertów nadal są w Moskwie?!
Czy uzyskanie odpowiedzi na takie pytanie nie jest ważniejsze od telewizyjnego show ze sztruksami i papierkiem?
Co chcą wykryć gospodarze wieczornych programów telewizyjnych?


Komentarze
Pokaż komentarze (3)