z pamiętnika Teutonicka...
it's a new sheriff in town
9 obserwujących
160 notek
115k odsłon
2349 odsłon

"You stupid woman(-en)!" vs. taśmowo stosowane "hmm..."

Wykop Skomentuj15

   W przeddzień Świąt Bożego Narodzenia uderzyły mnie dwie wrzutki medialne, w obliczu których należałoby po raz kolejny śmiertelnie poważnie zastanowić się nad kondycją intelektualną osób płci pięknej (choć w obu wzmiankowanych przypadkach, mając na uwadze powszechnie dostępne wizerunki obu przedmiotowych pań, brzmi to co najwyżej jak niesmaczny żart) współtworzących środowisko predestynujące do miana naszych rzekomych krajowych „elit”, a co gorsza żyjące najwyraźniej w przeświadczeniu o własnej „misji” krzewienia nauki i oświaty wśród szerokich mas ciemnego ludu tutejszych prostaczków. Żeby odpowiednio ukazać powagę sytuacji należy nadmienić, iż w pierwszym przypadku mamy do czynienia z wykładowczynią – o zgrozo – akademicką, jakby tego było nie dość mogącą poszczycić się dodatkowo tytułem profesorskim. Nawet zdając sobie sprawę, że w chwili obecnej, przy wszystkich uczelniano-wolnorynkowych prawidłach, niejako wymuszających przedkładanie ilości nad jakość, poziom wiedzy prezentowanej przez absolwentów większości kierunków studiów – i naprawdę nie ma znaczenia czy mamy do czynienia z uczelniami prywatnymi czy państwowymi, o takim czy innym profilu, w trybie zaocznym czy dziennym – pozostawia wiele do życzenia, mając się nijak do stopnia wykształcenia szczęśliwców, którym udało się tożsame kierunki ukończyć przynajmniej jakieś 20-30 lat wstecz, biorąc także pod uwagę wszystkie - otwierane ostatnimi czasy niemalże na wyścigi - szalone kierunki mniej lub bardziej opętane „dendżerowo-dżenderową” czy inną nowomodno-bzdurną ideologią, naprawdę trudno jest przejść do porządku dziennego nad takim egzemplarzem „naukowczyni” jak pani profesorowa Środa (choćby ze względu na bogato udokumentowane medialne wyczyny tejże „diet-etyczki” właściwy tytuł profesorski bez wprowadzonego cudzysłowu w tym wielce interesującym przypadku zwyczajnie nie przejdzie mi przez klawiaturę).

   Ostatni przebłysk intelektu tejże „profesorczyni”(?) miał możliwość zaprezentować się szerokiej publiczności przy okazji kolejnej celebryckiej gównoburzy w szklance moczu, jaką postanowiły dla odmiany rozpętać pewne, reprezentujące dwa różne pokolenia z tego samego resortowego chowu, tuzy (zgodnie z nomenklaturą namiętnie wprowadzaną w przestrzeń publiczną przez panią profesorową mogłyby to być chyba również „tuzinie”, jednak w swoim arsenale nie dysponuję aż takim stopniem biegłości w partyjnej nowomowie, aby pokusić się o aż do tego stopnia ekwilibrystycznie wyśrubowane słowotwórcze wygibasy) naszego krajowego bagienka aktorskiego. Mianowicie gwoli wprowadzenia należałoby nadmienić, że cała awantura rozpoczęła się od tego, iż ostatnia z grona współmałżonek pewnego znanego w środowisku tudzież powszechnie tam poważanego kmicicowego moczymordy, od lat wiernie trwająca u jego boku i dzielnie znosząca odstawiane przez niego co i rusz przeróżnej natury brewerie, postanowiła poddać publicznej krytyce zachowanie młodszej koleżanki po fachu, która w poczynionym nie tak dawno obszernym wywiadzie dla jednego z brukowych czasopism poczęła użalać się nad swoim nieszczęsnym losem niemłodej już w końcu panny z dzieckiem, porzuconej przez niecnego bawidamka i seryjnego dziecioroba na pastwę rządzącego się okrutnymi prawami losu samotnej matki w tym naszym nietolerancyjnym polskim grajdole. „Robiąca międzynarodową karierę” córunia jednego z naszych czołowych targowickich jewroposłów postanowiła ukazać się w tejże konfiguracji jako niewinna lelija i wzorowa Matka Polka w jednym, rzecz jasna w sposób bezprzykładnie niecny i perfidny wykorzystana przez paskudnego, szowinistycznego, a do tego wszystkiego ponad miarę jurnego samca. I w tą właśnie nutę postanowiła uderzyć nasza czarująca pani profesorowa, wypisując w sieci takie to oto gimbaziarskie dyrdymałki:

"Z zainteresowaniem obserwuję nierówną walkę Weroniki Rosati z ojcem jej dziecka, słynnym ortopedą. To walka publiczna, prowadzona metodą nie wprost, którą zaliczyć można do gatunku Metoo. Weronika Rosati czuje się pokrzywdzona, bo nie planowała samotnego macierzyństwa, domaga się więc praw do równego traktowania dla wszystkich samotnych matek, chce też publicznego napiętnowania byłego partnera, który, jak na znanego lekarza przystało jest i bogiem i Casanovą w jednym"

   Hmm… Z przekazów medialnych wynikałoby raczej, że panna Rosati miała okazję znajdować się swego czasu w samym oknie cyklonu rozpętanego wspomnianym „mitułowym” hasłem i to bynajmniej nie za sprawą żadnego ortopedy. Wręcz przeciwnie, owa hoża dziewoja miała okazję zawrzeć skutkującą niewątpliwie w wiele atrakcji znajomość z czołowym hollywoodzkim schweinsteinem, który po czasie okazał się być głównym bohaterem całego medialnego wzmożenia, wywołanego przez panieneczki, które wiedziały, ale nie powiedziały, a przypomniały sobie o wszystkim dopiero po latach, kiedy uroda i idące w ślad za nią (bo przecież nie w ślad za - i w tym przypadku - mocno dyskusyjnym intelektem) powodzenie dawno przebrzmiały. Ta sama panna-dziewanna o italiańskich korzeniach (a ileż tychże korzeni w rzeczywistości było, co do tego pewnie i sama zainteresowana mogła dawno stracić rachubę – jeśli wierzyć rzecz jasna relacjom pewnego znanego rezysera niekoniecznie specjalizującego się w kinie akcji) wykazała się jednak w tym przypadku daleko idącą dyskrecją, być może dlatego, że nadal żywi ona niesłabnącą nadzieję na wspomnianą „międzynarodową karierę”. Co jednak charakterystyczne we wpisie jejmości profesorowej, to jej pełne poparcie dla idei „publicznego napiętnowania byłego partnera”, praktykowanej ostatnim czasem coraz chętniej przez takie i inne „osobowości medialne”. Doprawdy, jest to okoliczność jak nic innego budująca iście profesorski autorytet pani „etyczki”. Nic tylko zasiąść za katedrą i zza niej nauczać studencką gawiedź.

Wykop Skomentuj15
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo