0 obserwujących
341 notek
82k odsłony
  373   0

Andrzej Miszk: Śmierć Przyjaciela w cieniu bliskiej wojny

O zmaganiach z kruchością życia i zagrożeniem wojną 

 

Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie.

(J 11, 25)

Miłujcie nieprzyjaciół swoich i módlcie się za tych, którzy was prześladują.

(Mt 5, 44)

Nieraz pokój jest możliwy tylko wtedy, gdy zabijemy pewną ilość naszych wrogów. I choć to wydaje się niemożliwe, zabijać ich trzeba bez nienawiści, z miłością właśnie.

Simone Weil, „Świadomość nadprzyrodzona”

 

Będzie to tekst dość osobisty. Tekst o kameralnej śmierci i bliskiej wojnie. Powiem o dwóch wydarzeniach, które w ostatnim czasie w sposób dramatyczny inspirują mnie do nawrócenia, a jedno z nich zarazem wzywa do przebudzenia całych narodów. Mam nadzieję, że ta refleksja wpisuje się w temat przewodni tegorocznych Rekolekcji Wielkopostnych Tezeusza, którym jest nawrócenia w kontekście osobistym i wspólnotowym.

Rekolekcje Tezeusza

Dwa miesiące temu zmarł mój bliski Przyjaciel. Mój rówieśnik, kolega ze szkolnej ławy, z którym blisko przeżyliśmy szmat czasu. Jego śmierć, choć jakoś spodziewana (od lat chorował i miał przeszczepiany narząd wewnętrzny), przyszła jednak nagle, wówczas gdy najgorsze minęło i pojawiła się nadzieja na zdrowsze dłuższe życie. Przyjaciel zgasł cichutko na sali szpitalnej podczas rutynowej rundy obserwacji medycznych. Dla mnie była to pierwsza śmierć bliskiej osoby spoza rodziny, pierwsza śmierć, z którą mogłem się utożsamić: to mogłem być i ja. Doświadczyłem całej gamy żałobnych uczuć: poczucia bezsensu i pustki, straty i opuszczenia, żalu i niezgody, buntu wobec śmierci i samego Boga, poczucia winy, że zrobiłem tak mało i tak słabo kochałem swego Przyjaciela. W dzień po pogrzebie, po raz pierwszy od wielu lat, zmagałem się z nieodpartą pokusą samobójstwa: pragnienie dzielenia losu Przyjaciela i poczucie całkowitego bezsensu życia bez niego było niezmiernie silne. Zupełna i czarna rozpacz. Radykalna bezsilność i bezbronność. I zupełna, bezbrzeżna samotność. A jednocześnie wszystko to przeżywałem z Bogiem, choć myślałem, że zupełnie mnie opuścił. Zwykle śmierć innych, zwłaszcza bliskich, budzi w nas poczucie lęku przed własną śmiercią. U mnie tak nie jest: wizja własnej śmierci, a nawet konkretne zagrożenia życia nie paraliżują mnie. Nie wiem dlaczego, ale perspektywy własnej śmierci doświadczam zasadniczo pozytywnie. A jednak śmierć innych, zwłaszcza niewinnych lub bliskich budzi we mnie silny sprzeciw, również wobec Boga jako dawcy Życia i Tego, kto śmierć dopuszcza.

Śmierć Przyjaciela postawiła przede mną pytanie o miłość. Najpierw moją miłość do niego, następnie do innych moich bliskich i przyjaciół, a ostatecznie do każdego człowieka. Jak pisał ks. Jan Twardowski: "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Zrobiłem wnikliwy, odważny rachunek sumienia i byłem przerażony swoją niezdolnością do miłości. Pomyślałem o tych wszystkich chwilach, gdy mój Przyjaciel ciężko chorował czy umierał, a ja nie zawsze miałem czas, chęci i energię, by efektywnie pamiętać o nim, poświęcić mu chwilę uwagi, dobre słowo, zadzwonić, porozmawiać. A przecież był jednym z najbliższych. Ileż razy jego choroba irytowała mnie, nużyła, odrzucała, a cala taka egzystencja wokół choroby i mojej relacji wobec chorego Przyjaciela mroziła mnie nudą? Ileż razy ja sam, zdrowy i niezagrożony, zamiast cieszyć się życiem i dawać siebie innym, zamiast dziękować Bogu za dar życia i zdrowia, żyłem w czasie choroby i umierania mojego Przyjaciela beztrosko, marnowałem Boży dar życia na jałowe zajęcia, rozrywki, zaspokajanie własnego egoizmu, obojętność wobec potrzeb bliźnich i samego Boga? Cierpienie chorego Przyjaciela i jego śmierć pozwoliła mi doświadczyć mojej radykalnej niezdolności do miłości. Ale nawet tak nędznie - dzięki łasce Bożej, jak wierzę - ta przyjacielska miłość wzajemna istniała, przejawiała się i była dla nas obu ważna.

Mój czas z Panem Bogiem nie jest łatwy teraz. Choć często się modlę, przyjmuję Eucharystię, staram się żyć w zgodzie z sumieniem i przykazaniami, wciąż towarzyszy mi jakiś głęboki smutek i żal. Można powiedzieć, że cicho wojuję z Bogiem. Nie mogę się pogodzić z absurdem cierpienia i śmierci. Czas żałoby okazuje się być też czasem ufnego czekania w ciemnościach wiary. Przez ten bunt moja miłość do Boga wydaje się osłabiona. Wyzwaniem dla mojego osobistego nawrócenia jest obecnie zgoda na śmierć moich bliskich, ich cierpienie, a zarazem nierezygnowanie z wiary i miłości Boga. Ale też chodzi o to, aby nie popaść w rozpacz zarówno z powodu "niepotrzebnej" śmierci bliskich, jak i mojej niezdolności do kochania i poczucia radykalnej winy. Wiara w zmartwychwstałego Jezusa pozwala mi wierzyć, że mój Przyjaciel żyje, że spotkamy się niebawem i żyć będziemy razem na zawsze.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo