0 obserwujących
341 notek
82k odsłony
  228   0

Nie ekskomunikujmy się nawzajem

ANDRZEJ MISZK. Zamieszczony w „Gazecie Wyborczej” list świeckiego katolika do polskich biskupów wydaje się być OK. Po ludzku i publicystycznie. Świetnie pokazuje hipokryzje klasy klerykalnej w Polsce. Może podobać się wielu ludziom, również niektórym katolikom. Natomiast w sensie religijnym niestety list jest zły i bezduszny. Pozbawiony jest ducha miłości do Kościoła jako wspólnoty, również do biskupów jako jej grzesznych pasterzy. Pisany jest z pogardą do biskupów i neoficką gorliwością która więcej niszczy niż buduje. Zrównuje wszystkich biskupów, nie czyni wyjątków, z karygodnych spraw czyni normę. Rzeczywistość kościelna jest bardziej złożona.

Anonimowość listu, choć zrozumiała, szkodzi jego przekazowi: tania odwaga ukryta za anyklerykalną gazetą. Czy Autor, jako teolog kanonista pracuje dla biskupów i boi się stracić pracę? NIe wiem, ale anonimowość listu i wykształcenie Autora dają przesłanki do tego typu spekulacji. Jeśli mocno uderzasz w innych, powinieneś się całkowicie odsłonić. Skonfrontować świadectwo swego życia z tym, które ostro krytykujesz. To byłoby fair I wtedy trzeba zaryzykować utratę pracy, możliwości, a nawet życia. Tutaj tej odwagi zabrakło.

*

Aby nie być gołosłownym i pozwolić lepiej zrozumieć, co myślę o braku miłości do biskupów i duchowej szkodliwości pogardliwego traktowania kościelnych przełożonych, opowiem moje wczorajsze "wydarzenie eklezjalne". W święto Wniebowzięcia Marii nieoczekiwanie na porannej Mszy świętej w sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Warszawie zobaczyłem w koncelebrze byłego prowincjała jezuickiego. Przed laty wielokrotnie publicznie i z dużą zaciętością - przynajmniej tak to wówczas odbierałem - atakował mnie jako współbrata jezuitę podczas tzw. kryzysu lustracyjnego w Kościele polskim: stworzył klimat, a w którym usunięcie mnie z zakonu stało się formalnością. Z równą gorliwością ów przełożony, zakonny biskup, bronił wówczas jezuickich i księżowskich TW nie widząc w ich działaniu zasadniczo nic złego. Jego ataki bolały mnie tym bardziej, że nie mogłem się bronić skazany przez moich przełożonych na publiczne milczenie.

Do dziś uważam tego przełożonego za klasyczny przykład zakonnego i kościelnego aparatczyka, dla którego hierarchia kościelna i ochrona jej interesów, połączona z ideologią władzy i "ekskomunikalną" zaciętością wobec bliźnich, również współbraci, którzy jej "zagrażają" wydaje się być istotą Ewangelii.  To była nasza pierwsza wspólna Eucharystia od lat - tym razem po dwóch stronach ołtarza. Moje uczucie skrzywdzenia przez tegoż "biskupa" po latach wciąż było tak silne, że przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wyjść ze świątyni, a na pewno przez chwilę nie zamierzałem przyjąć Eucharystii od tego kapłana. A wydawało mi się, że sprawa jest już dawno przebaczona, pojednana. Może jednak się mylę? Nie wiem wszystkiego?

Po chwili emocji, przyszło opamiętanie: ten kapłan jest jednak przede wszystkim moim współbratem w wierze, a wcześniej współbratem zakonnym i członkiem jednej rodziny duchowej i kościelnej.  Może ten przełożony reprezentuje racje i postawy, które są dobre i cenne, może uczynił wiele dobra dla innych i Kościoła? Nie mogę być jego sędzią. Wolę być bratem. Moje zranienie, a nawet przekonanie, że mam do czynienia z kimś bezlitosnym, broniącym złych postaw w imię władzy lub źle pojętej solidarności kapłańskiej, nie wystarcza, bym ja symbolicznie wykluczał jego z "mojej" wspólnoty Kościoła. Bo tym byłoby de facto choćby anonimowe uchylenie się od przyjęcia Komunii świętej z jego rąk. Nie zastosowałem swej oddolnej "ekskomuniki". W praktyce uznałem prymat miłości i communio za wyższy niż moje choćby słuszne krytyki i krzywdy. Uznałem w nim swego dawnego pośredniego przełożonego, który choćby nieraz błądził ma prawo do szacunku i miłości z mojej strony. Bo obaj jesteśmy współbraćmi w Chrystusie.

 Gdybym uległ pokusie i zamknął się w swej krzywdzie, krytyce i pogardzie wobec"aparatczyka", oddolnie "ekskomunikował" go uchylając się od przyjęcia choćby komunii z jego rąk, być może umocniłbym się w swej "słusznej prawdzie", ale jednocześnie utracił coś dużo ważniejszego: łączność z Chrystusem w Kościele i poprzez Kościół. Pogardzając tym kościelnym przełożonym, nawet w cichości swego serca niezauważalnie dla innych, osłabiałbym wspólnotę Kościoła, odbierał jej Bożą władzę prowadzenia i dzielił ją. Pogarda en block dla kościelnych przełożonych, zaczynająca się od pogardy dla konkretnego biskupa, skończy się erozją Kościoła i pozbawi nas księży i sakramentów, i ostatecznie samej obecności Boga w naszych sercach i wspólnotach.

 Nasze prywatne ekskomuniki jako świeckich wiernych - a tym jest omawiany anonimowy list świeckiego teologa do biskupów z GW- są karykaturalnym rewersem źle trafionych ekskomunik naszych biskupów, tych właśnie, które tak krytykujemy. Krytykujmy kościelne patologie i konkretne postawy, ale bez wzajemnych ekskomunik, w duchu rzeczywistej miłości. I raczej nie anonimowo, ale z imienia i nazwiska. Elementarna odwaga i przejrzystość jest dużo ważniejsza niż diagnostyczna trafność naszych słusznych krytyk.

Szersze rozwinięcie tych myśli znajdziecie w tekście  "Kościół jako krzyż"

 

 

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo