Thiele blog
Wieczność przed nami i wieczność za nami, B-g dał nam chwilę między wiecznościami.
2 obserwujących
32 notki
3003 odsłony
  30   0

“We serve but we aren’t servants”

To słowa, które kieruje do jednego z lokaji-pokojowcow Carson (Jim Carter) w filmie Downtown Abbey, kiedy wyjaśnia mu, kim jest służący, a czym jest służenie i jaka jest różnica w stosunku chlebodawców do służących i wzajemna, a jaki powinien być jego stosunek do mocodawców i wykonywanej pracy.

Przytaczam to, by wspomnieć, że polskie elity są służącymi wobec USA, a nie służą swojemu krajowi i narodowi.

Prezydent Czech Milos Zeman powiedział: „Opuszczając Afganistan, Amerykanie stracili prestiż światowego przywództwa, a uzasadnienie samego istnienia NATO jest teraz wątpliwe”. 

W tej sytuacji, z uwagi na rolę USA w NATO, stwierdzić trzeba, że sojusz stracił i dalej za prezydentem Czech trzeba powtórzyć, że koszty utrzymania sojuszu to „strata pieniędzy”. 

Niestety polskie elity nie dostrzegają zmian, które trwają.

USA są imperium i jak każde imperium ma swoje globalne interesy. Niestety, te globalne interesy USA nie łącza się z taką odpowiedzialnością. 

Wśród elit amerykańskich, obecnych w rządzeniu od 30 lat, nie ma takiej refleksji.

USA ma swoich służących, wszyscy o tym wiedzą, takich jak Polska, Litwa i Łotwa. Dziś budżet NATO, powtarzając za wieloma analitykami, to czarna dziura, do której bezskutecznie wsysane są solidne europejskie budżety.

Polska jest jedynym krajem na świecie, gdzie aktywnie i za wszelką cenę, z pominięciem interesu narodowego, ściąga się amerykański kontyngent wojskowy, kupuje broń i sprzęt wojskowy kosztem gospodarki. Okupacja, co prawda dobrowolna, całkowite podporządkowanie i utrata suwerenności, w jakiej części to się jeszcze pokaże – to lista wyrzeczeń, które elita rządząca Rzeczypospolitej jest gotowa ponieść, aby być bliżej swojego suzerena.

Polska przegrywa swoją suwerenność, a być może także i niepodległość zapominając, że popierając amerykańskie mrzonki o możliwej dominacji liberalizmu w relacjach światowych, brnie w polityce w drogę bezalternatywności, z której nie ma powrotu. 

Siłę w stosunkach międzynarodowych daje zasobność gospodarki oraz wielkość populacji, a nie deklaracje. Nie to, czy jesteśmy lubiani, polakom (i Polakom) bardziej na tym zależy niż na szacunku innych, szacunku wynikającego z siły państwa.

USA pozwoliły na niekontrolowany, to było nierealistyczne przeświadczenie, że włączenie Chin do światowego obrotu gospodarczego i pomoc w modernizacji ich gospodarki, przyczyni się do demokratyzacji wewnętrznej, jak i uczynienie z Chin państwa współodpowiedzialnego za światowy porządek liberalny. Chiny, nie tylko rządząca krajem partia, nomen-omen, komunistyczna, ale i obywatele są napędzane nacjonalizmem państwowym i dążeniem do prześcignięcia innych potęg gospodarczych. Za gospodarką pójdzie dążenie do zmiany stosunku sił na świecie.

Chiny chcą być pierwsze, nie z powodu ideologii, ona jest dla słabych i podporządkowanych, ale dlatego, że takie są prawidła strukturalnego rozwoju państw, które wzmacniając swą gospodarkę i dysponując potencjałem ludnościowym uważają, że mają więcej siły, co nieuchronnie musi prowadzić do próby rewizji na swoją korzyść porządku najpierw regionalnego a potem światowego.

W przeciągu najbliższych 30 lat, Chiny będą nie tylko bogatsze od USA, będą także miały przewagę demograficzną. To już mają.

Oba te czynniki siły już działają i będą działać w przyszłości na korzyść Chin. Potencjał wzmacniany jest przez geografię. Gdyby wybuchła wojna, to toczyć się ona będzie w sąsiedztwie Chin, na ich „podwórku”, zaś USA będą musiały projektować swoje zasoby militarne daleko od swojego terytorium.

Wydaje się, że USA stają dziś przed problemem, jak zarządzać kryzysem, by go nie pogłębić i by uniknąć wojny. To będzie wymagało stałej, militarnej obecności USA w Azji Wschodniej, celem pokazania przeciwnikowi, że konflikt może nie przynieść żadnej ze stron zwycięstwa. Odstraszanie, zawsze polega, na wyrobieniu u przeciwnika przekonania, że nie da się osiągnąć szybkich i zdecydowanych zwycięstw, na jakimkolwiek polu, czy to militarnym, czy gospodarczym.

Po co krajom wzrost gospodarczy? Nie jest to cel sam w sobie, ale po to, by osiągnąć taką siłę, by narzucić innym swoją wolę i podyktować warunki dalszego współistnienia.

I tu wracamy do Polski, która całe swoje bezpieczeństwo zawierzyła amerykańskiej obecności w Europie, z której USA zaczynają się wycofywać, choć nie w tak spektakularny sposób, jak z Afganistanu.

Każdy, kto obserwuje wydarzenia ostatnich lat, a nawet godzin, gdy oglądał debatę o Polsce w parlamencie europejskim, widzi wzrastającą rolę siły w polityce międzynarodowej, inne elementy, wszystkie bajdurzenia o demokracji, praworządności, ociepleniu bądź oziębieniu klimatu mają ją tylko zasłonić. 

I oczywiście, przemówienie polskiego premiera było dobrze skonstruowanym i nośnym przedstawieniem polskiego stanowiska, ale niczego nie zmieni, tam już decyzje zapadły. Następnego dnia debatowano o Polsce, jak gdyby w ogóle polskich argumentów nie było. Nikt ich nie słuchał i nie będzie słuchał płaczliwych tłumaczeń. Tylko siła i twarde postawienie się tym uzurpującym sobie władzę organom da rezultat. 

Jakie konkretne kroki podjąć wskazał polski deputowany Saryusz-Wolski.

Mam jednak nieodparte wrażenie, że rządzący Polską wierzą w konstrukty ideologiczne, o wspólnocie interesów, demokracji, wspólnej cywilizacji (choć już 80 lat temu polski uczony F. Koneczny wyjaśnił, że nie można połączyć wody z ogniem, ale w Polsce nadal się w to wierzy) i ulegną presji „funduszy”.

To marksiści, bo nie chcą wiedzieć, że bogactwo bierze się z pracy, a nie z dotacji.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale