Do wyborów w 2027 roku został rok z okładem. Czasu mnóstwo.
Partie polityczne doskonale wiedzą, w co wierzą, dokąd zmierzają i w czym są rzekomo stalowo ugruntowane.
A mimo to zachowują się jak wysnobowane mieszczki na wiejskim jarmarku – żadna nie wyjdzie przed szereg, zanim nie zobaczy, co założyła sąsiadka. Co powiedzą inni? Czy wypada?
To już nie jest wielka polityka. To jest żałosna zabawa w piaskownicy. Zbudują zamek, zaraz go rozdepczą, a potem zlecą sondaż, czy to deptanie podobało się wyborcom.
Konkrety parzą, bo z konkretów można rozliczyć. Więc Sławek Mentzen rzuca swój "projekt" – niech mu program piszą ludzie z internetu, najlepiej za darmochę. Rozwój Plus bredzi o zamykaniu granic, taktownie milcząc o tym, że z Schengen ot tak wyjść się nie da.
Z kolei Braun robi w Łochowie kongres i rzuca „zarys”.
Zarys, nie program. Zajawkę z mchu i paproci.
W starych szpargałach Korony też kabaret: monarchia, likwidacja powiatów, może od razu galaktyczne cesarstwo. Do wora można wrzucić wszystko, z czego da się jutro bezczelnie wyłgać. Albo zorganizować druga konwencję.
Pytanie brzmi: skoro całe to ich polityczne jestestwo i dążenia partii są znane od lat, dlaczego każda zwleka z programem? Przecież wiadomo, która i do czego dąży.
Żeby broń boże - obywatel nie miał czasu zadać pytań???
Polska polityka to dziś ordynarny, bazarowy marketing. Partie to po prostu przekupy czekający na ruch konkurencji.
Ktoś puszcza bąka. Drugi obserwuje. Trzeci robi sondaż, czy zapach się podoba. Czwarty pyta ekspertów od wizerunku, czy ten bąk to szansa, czy zagrożenie. Jak tłum klaszcze – kradniemy pomysł. Jak buczy – udajemy, że to nie my.
La Gênade.
Państwo przestało być poważnym bytem, a stało się towarem. Testowanym przedwyborczo jak nowy, podły energetyk w Biedronce. Badanie rynku, grupa fokusowa, korekta hasła na banerze z uśmiechniętym (…) na tle napisu "żeby żyło się lepiej".
Gdzie w tym cynicznym cyrku jest Obywatel? Ten, który jutro wstanie do roboty, zapłaci rachunki i sfinansuje ten cały bałagan?
No gdzie?!
Taki obywatel ma pełne prawo ryknąć: Co wy dokładnie chcecie, do k… nędzy, zrobić?! Kiedy, jak i ile będzie mnie to kosztować?!
Zamiast odpowiedzi dostajemy to, co naukowcy ładnie nazywają „krótkim horyzontem decyzyjnym”, a co w praktyce oznacza myślenie od koryta do koryta. Partia trzymająca władzę ma jedną strategię: przed wyborami obniży ceny paliwa na Orlenie, dorzuci kolejne plusy, rozda dzieciom laptopy, które za rok wylądują w lombardach, i przy błysku fleszy uroczyście przetnie wstęgę na kawałku autostrady, którą kierowcy jeżdżą już od trzech miesięcy.
Wyobraźcie sobie firmę, w której prezes mówi: „Ważne, by mnie lubili”. Rozdaje premie, nie inwestuje, leci na kredycie, a przyszłość ma w nosie, bo "to będzie problem kogoś innego". Taka firma by zbankrutowała z hukiem. Ale w państwie rachunek za to marketingowe dziadostwo zapłaci obywatel i jego dzieci.
polityczny geszeft trwa w najlepsze. Handlowanie pustymi hasłami i rżnięcie głupa. Decyzje nie są podejmowane dla dobra kraju, ale wyłącznie pod słupek poparcia. Najpierw sprawdzimy konkurencję, potem Twittera, potem zrobimy konwencję, na której ogłosimy "kierunki założeń".
A program? Program sklei się na kolanie mniej więcej wtedy, gdy wyborca będzie już stał z długopisem nad urną.
I będzie za późno na pytania.
Mamy przecież czas. Wybory dopiero za rok.



Komentarze
Pokaż komentarze