Kiedy otwierasz dziś dowolny portal informacyjny, możesz odnieść wrażenie, że Skynet właśnie wykupił udziały w Żabce. Albo w Biedronce. Jak nic - cukier będzie droższy. W dodatku zmieszany z drobno tłuczonym szkłem.
Bójta się ludziska - jak mawiał klasyk.
Dziennikarze – te biedne, medialne sieroty po klimatoszołomstwie, którym skończył się już klej do przyklejania rąk do asfaltu – z rozpaczą musieli znaleźć sobie nowego wroga. (pisałem już o tym na Salonie))
Przecież nic tak nie leczy redakcyjnej impotencji i nie podnosi klikalności, jak świeżutka perspektywa końca świata.
Padło tym razem - na Sztuczną Inteligencję.
Coraz częściej słyszymy, że AI "zerwie się ze smyczy", zyska świadomość i zgotuje nam los prosto z tanich filmów akcji na VHS.
Sekta miliarderów z Doliny Krzemowej – szefowie OpenAI czy Anthropic – z grobowymi minami biją na alarm:
Za pięć lat nasza technologia zniszczy ludzkość!
Po czym, nie przestając szlochać i wycierać nosów w banknoty o nominale stu dolarów, wyciągają ręce po kolejne dziesiątki miliardów dotacji na rozwój tego rzekomego mordercy.
Jeśli wierzycie w ich troskę, mam wam do sprzedania świetny, mało używany most na Wiśle. Tanio. W bardzo dobrej okolicy. Rzeka blisko.
Prawda jest bowiem do bólu nudna i odziera z resztek godności tych domorosłych proroków z MacBookami.
Dzisiejsze modele AI - (jak wszyscy wiedzą) nie mają świadomości, woli przetrwania, tajnych planów eksterminacji białka. Są po prostu gigantycznymi, przepakowanymi sterydami kalkulatorami. Autokorektą podniesioną do rangi bóstwa.
Ich cała "magia" polega na odgadywaniu, jakie słowo powinno statystycznie paść jako następne. Trenowane na gigantycznych kradzieżach danych z internetu, potrafią w ułamku sekundy skojarzyć odległe od siebie fakty, zjawiska i bazy danych.
Zrobią w sekundę coś, nad czym człowiek ślęczałby miesiącami.
I to wszystko.
Tu jednak wchodzi najważniejsze zastrzeżenie, o którym apokaliptycy zapominają: Sztuczna inteligencja nie jest żadnym stwórcą. Jest najwyżej bardzo szybkim plagiatorem tego co wcześniej wymyślił człowiek.
Wszystkie fakty, dane i idee, którymi ten bot żongluje, musiały być wcześniej wymyślone, przelane na klawiaturę i opublikowane przez żywego człowieka z krwi i kości. Kiedy poprosisz AI o przepis na jajecznicę, ona nie wymyśla nowego jedzenia. Ona mieli w swoim cyfrowym żołądku miliony ludzkich przepisów i wypluwa z nich statystyczną średnią.
Może się zdarzyć, że bot "wymyśli" dodanie do niej rzodkiewki, albo i nakrętek od słoika. Ale nie zrobi tego z powodu przypływu kulinarnego geniuszu.
Zrobi to dlatego, że w jego matematycznej przestrzeni słowo "rzodkiewka" miało 2% szans na wystąpienie obok słowa "jajko".
Bot nie wie, co to jest rzodkiewka. Nie wie, co to znaczy być głodnym, nie ma kubków smakowych i nigdy nie oparzył się patelnią. Sam z siebie nie wykreuje żadnej nowej wartości w fizycznym świecie. Jest tylko bardzo sprawną papugą powtarzającą nasze własne słowa w nowych, czasem absurdalnych kombinacjach.
A co najważniejsze – i co brutalnie sprowadza na ziemię wszystkie mrzonki o Buncie Maszyn – ten wybitny, przerażający cyber-bóg umiera w ułamku sekundy. Wystarczy, że pani Jadzia sprzątająca serwerownię wyciągnie przez przypadek wtyczkę.
Mimo to, media dalej łykają te bzdury bez popijania. A ich czytelnicy razem z nimi.
Ostatnio Onet, z wypiekami na twarzy, opublikował apokaliptyczne tezy niejakiego Jacoba Coxona, nazywając go "fachowcem". Jego wypowiedź to absolutny klasyk gatunku, idealny, wręcz podręcznikowy przykład tzw. "AI Doomerismu" (czarnowidztwa technologicznego).
Coxon jest kapłanem grupy, która głęboko wierzy w nieuchronne nadejście Superinteligencji. Ci ludzie nie traktują AI jak narzędzia, jak Excela czy Photoshopa. Traktują ją jak nową, wszechpotężną formę bytu. Wierzą, że wkrótce przejmie ona rolę wręcz boską: albo będzie to gniewny bóg, który zniszczy ludzkość, albo bóg miłosierny, który da nam nieśmiertelność.
Coxon i jemu podobni to po prostu oderwani od rzeczywistości matematycy. Faceci uwięzieni we własnej, elitarnej bańce, dla których najbardziej ekstremalnym kontaktem ze światem fizycznym jest zamówienie sojowego latte przez aplikację.
Ignorują prawa fizyki, ekonomii i logistyki, a własne, nerwicowe lęki zawodowe próbują sprzedać mediom jako rychły koniec ludzkości.
Ale musisz wiedzieć czytelniku najważniejszą rzecz: w Dolinie Krzemowej narodził się zupełnie nowy, niezwykle lukratywny zawód. Prorok Zagłady na etacie. Pół bańki w dolarach rocznie, plus pakiety akcji, za profesjonalne wymyślanie końca świata.
Tak właśnie!
Obrazowo mówiąc: Wyobraź sobie, że wyprodukowałeś nowy model pralki. Jeśli powiesz inwestorom: Nasza pralka dobrze pierze, dostaniesz jakieś ochłapy.
Ale jeśli wyjdziesz na scenę, zalejesz się łzami i powiesz:
Stworzyliśmy silnik obrotowy tak potężny, że jesteśmy przerażeni! Jeśli go nie upilnujemy, wymknie się spod kontroli, rozerwie strukturę czasoprzestrzeni i zniszczy Ziemię!
– nagle cały świat patrzy na ciebie. Inwestorzy rzucają w ciebie miliardami, żebyś tylko zapanował nad tą "magią".
Sprytne, nie?!
I to jest najbrudniejszy sekret tej branży. Firmy takie jak OpenAI czy Anthropic celowo opłacają "ekspertów od apokalipsy", żeby ci chodzili po mediach i straszyli ludzi. Bo to idealny, cyniczny sposób na wykoszenie konkurencji.
Tacy prorocy idą potem do zaniepokojonych polityków w Waszyngtonie czy Brukseli i mówią:
Sztuczna Inteligencja to broń masowego rażenia! Musi być surowo uregulowana! Zakażcie małym firmom i niezależnym programistom nad nią pracować, bo zniszczą świat. Tylko my – wielkie, odpowiedzialne i obrzydliwie bogate korporacje – jesteśmy na tyle mądrzy, żeby mieć państwową licencję na rozwój AI.
W ten sposób, pod płaszczykiem wielkiej troski o ludzkość, budują wokół siebie prawny mur, który gwarantuje im wieczny monopol.
I o to chodzi.
O kasę.


Komentarze
Pokaż komentarze