Znudzony palikotami, nowymi marszałkami, zniesmaczony ciągłym skupianiem uwagi na tych postaciach w mediach, zastanawiałem się dziś, czy nasz parlamentaryzm jest naprawdę taki zły, skoro reprezentują go podejrzane typy?
I muszę powiedzieć z ulgą, że chyba nie… jak ktoś narzeka na poziom naszego parlamentaryzmu, zawsze będę odsyłać do wydarzeń w ukraińskim parlamencie pod koniec kwietnia b.r. (choć nie był to pierwszy i zapewne nie ostatni raz, co jeszcze bardziej przemawia na rzecz forsowanej przeze mnie tezy głównej).
Jajka, świece dymne, bijatyka, zupełnie jak na polskich stadionach...
Nie wyobrażam sobie, aby u nas poseł PiS-u zaatakował fizycznie posła PO (i odwrotnie), choć przecież nerwy czasem puszczają, gdy gra jest o wysoką stawkę.
Wprawdzie bójka bójką, wielka kompromitacja, ale sprawa jest w sumie poważna. Zawsze uważałem, że Polska powinna być rzecznikiem w Unii Europejskiej oraz NATO praw i interesów republik postradzieckich w postsowieckim i nie tylko, świecie, w tym, ze względu na historyczne powiązania i sąsiedztwo największego kraju europejskiego – Ukrainy.
Wszystkie zabiegi pomarańczowych rewolucjonistów, polskich polityków, spełzły na niczym, kiedy prezydent Janukowicz jednym podpisem, praktycznie zabrał swoim obywatelom szansę na cieszenie się z akcesji Ukrainy zarówno do UE jak i NATO.
Po jego zwycięstwie na Ukrainie stwierdziłem, że oto nastąpił formalny koniec pomarańczowej rewolucji. Myliłem się. Miało to miejsce po podpisaniu zgody na dalsze stacjonowanie Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu (do 2042 r.!).
I wydarzenia w parlamencie, a także na ulicach Kijowa niczego już nie odmienią. Ukraina określiła już swoje miejsce w Europie.
Racja stanu, racją stanu, ale Ukraino, mogłabyś jednak popracować nad swoimi deputowanymi…


Komentarze
Pokaż komentarze (1)