Żółw nieopatrznie usiadł przed telewizorem, włączył TVN24 ⇒Fakty po Faktach i wysłuchał entuzjastycznej wypowiedzi pani minister Kudryckiej na temat nowej ustawy o szkolnictwie wyższym.
Hmm, pomyślał. To jest słuszne. Nauczyciel akademicki nie powinien pracować na kilku uczelniach. Powinien być zakaz pracy w konkurencyjnej uczelni. I teraz żółw czekał na informację o zapewnieniu naukowcom takiego wynagrodzenia, które pozwoli im przyzwoicie wyżyć z jednej pensji. Nie doczekał się. Chyba o niczym takim rząd nie pomyslał. Czyżby tam w rejonach, gdzie zapadają decyzje nie wiedziano, że dlatego nauczyciele akademiccy biorą dodatkową pracę, bo muszą z czegoś żyć i utrzymać rodzinę. Coś tam pani minister wspomniała o tym, że praca na uczelni to powołanie. To co? To jak to jest powołanie, to pieniędzy uczony nie potrzebuje? W sklepie płacić przecież musi jak każdy klient.
Jeśli ta ustawa nie zabezpieczy spraw finansowych, to będziemy mieli do czynienia z pauperyzacją pracowników nauki.
I tu żółwiowi przypomniała się historia z dzieciństwa, z czasów głębokiego PRLu. Ojciec żółwia był profesorem wyższej uczelni. Zarabiał tyle ile wtedy płacono, to znaczy marnie. W tym samym domu mieszkała rodzina kolejarzy. Pewnego dnia babcia żółwia usłyszała przez otwarte okno prowadzoną przed domem rozmowę. Ktoś pytał panią kolejarzową: "A kto tu mieszka na parterze?" . A pani kolejarzowa z pogardą odrzekła: "E, to profesory, to dziady".
I żółw smętnie pomyślał: czy to znaczy, że "stare wraca od nowa"?.
Według pani minister nowa ustawa zapewni uczelniom publicznym to, że ich kadra naukowa nie będzie pracować w uczeniach prywatnych. Ale uczelnie prywatne płacą chyba lepiej. Czy ktoś wziął to pod uwage?


Komentarze
Pokaż komentarze (10)