The Violence of the Image
„Nasze społeczeństwa stały się sceną jedynie takich wydarzeń, których charakter pozostaje całkowicie nieokreślony, objaśnienie zaś zdaje się czymś nieprawdopodobnym. Niegdyś wydarzenia miały po prostu miejsce, dzisiaj są wytwarzane. Produkuje się je zatem zawsze jako swoisty wirtualny artefakt, obleczony w medialną postać”[1].
Jean Baudrillard
W dniu 22 lipca 2011 roku miały miejsce w Norwegii zamachy, których sprawcą był Anders Behring Breivik. Stacje telewizyjne niemal większości Zachodnich krajów relacjonowały przez całą dobę przebieg wydarzeń powiązanych z tą tragedią. Wśród wielu publikacji prasowych mogliśmy znaleźć opisy na temat wybuchu bomby, do którego doszło w Oslo przy Regjeringskvartalet przed biurem premiera Jensa Stoltenberga oraz przed wieloma innymi budynkami rządowymi, w wyniku czego śmierć poniosło osiem osób, a kilkanaście zostało poważnie rannych. W ciągu niespełna dwóch godzin od zamachu, do którego doszło w stolicy, na Wyspie Utoja rozpoczęła się krwawa rzeź – Breivik posługując się bronią palną zamordował z zimną krwią sześćdziesiąt dziewięć osób, które brały udział w Obozie Młodzieżowym zorganizowanym przez Norweską Partię Pracy. Dzień po całym zajściu (słowo „zajście” wydaje się być trywialnym w stosunku do skutków czynów, jakich dopuścił się Breivik) i po ujęciu sprawcy, odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli premier Norwegii Jens Stoltenberg oraz Minister Sprawiedliwości Knut Storberget, nazywając zamach „najgorszą zbrodnią w dziejach Norwegii do jakiej doszło po II Wojnie Światowej”, dodając przy tym, że nie zachwieje to stabilnością systemu demokratycznego kraju wedle zasady: więcej demokracji, więcej otwartości, ale nie naiwność. Spoglądając na to z boku, można stwierdzić, że „jedyną zagadką pozostaje to, na ile świat może się wyzbyć realności, zanim ulegnie jej niedostatkowi, albo na odwrót – na ile może się hiperurzeczywistnić (czyli innymi słowy, jako w pełni rzeczywisty, prawdziwszy niż sama prawda, podda się całkowitej symulacji)”[2]. Warto również wspomnieć w kontekście tych wydarzeń, że jednym z ubocznych (pewnie dla wielu kontrowersyjnych, lecz w mojej opinii w pewien sposób pozytywnych) kroków, było wycofanie przez sieć Coop Norden z rynku gier komputerowych, których treści w większości epatowały brutalnymi, krwawymi, perwersyjnymi, naładowanymi masą negatywnych emocji, treściami. Piszę o tym, ponieważ gry znajdują poczytne miejsce w środowisku nowych mediów, a z tymi wiąże się również kolejne wydarzenie, a raczej miejsce, w którym do niego doszło. Otóż niespełna w rok po tragedii, jaka miała miejsce w Norwegii, 20 lipca 2012 roku doszło do strzelaniny w Stanach Zjednoczonych podczas premiery filmu „Batman: Mroczny rycerz powstaje” odbywającej się w Kinie Autora w Denver. Tym razem śmierć poniosło prawdopodobnie dwanaście osób, a pięćdziesiąt zostało poważnie rannych. Piszę „prawdopodobnie”, ponieważ informacje w tej sprawie podawane przez różne gazety są w często odmienny sposób. Zafałszowywanie – sądzę, że mogę w ten sposób określić to zjawisko (delikatnie nazwijmy je niechlujnością dziennikarzy) – danych dotyczących liczby ofiar jest jedynie potwierdzeniem tezy mówiącej o tym, że wydarzenia przefiltrowane przez media, ulegają zbanalizowaniu. Co więcej, przeistaczają się w nierealny, zbity zbiór tworząc papkę stanowiącą pożywkę dla mas, które zdaje się, wierzą w to, że całe zajście tak naprawdę nie miało miejsca, ponieważ nierzeczywistym jest, ażeby członek cywilizowanego społeczeństwa na wzór bohatera gier komputerowych (filmu) dokonał tej masowej egzekucji. Smutne jedynie jest to, że po raz kolejny zamordowani ludzie stanowią jedynie zbiór cyfr (opatrzonych ewentualnie fotografiami) zebranych w kolejnej statystyce (często służącej do celów propagandowych) i wrzuconych do archiwum. Sprawcą mordu był dwudziestoczteroletni James Holmes. „Bohater” ubrany w kamizelkę kuloodporną, z założonymi na twarzy goglami i zaopatrzony w maskę przeciwgazową (media podają jakoby miał on być przebrany w strój Jokera – jednego ze złych, czarnych charakterów występujących w filmie), otworzył ogień do uczestników seansu używając broni Smith&Wesson AR-15 (Jakaż precyzja w podawaniu informacji przez media, nieprawdaż? Tak, jak gdyby znaczenie miał rodzaj narzędzia zbrodni, a nie sam fakt jej dokonania). Przychodzi mi na myśli w kontekście tych zdarzeń jedno słowo: paradoks. Gdy o tym myślę, zadaję sobie równocześnie pytanie, co jest lub, co było w tym przypadku rzeczywistością? Czy było to dzieło brytyjskiego reżysera Christophera Nolana wyświetlane na wielkim multipleksie? Czy też może „spektakl”, jaki przygotował dla publiczności James Holmes dokonując w Sali kinowej zbrodni w „czasie rzeczywistym” z efektami „specjalnymi” jakich nie powstydziłoby się amerykańskie kino akcji, a które można było oglądać bez użycia okularów 3D? Ten niepozorny student Uniwersytetu Kalifornijskiego w Riverside dokonał czynu, który Jean Baudrillard skomentowałby zapewne w następujący sposób: „ironia jest ostatnim i jedynym przejawem duchowości w nowoczesnym świecie, który zdołał je wszystkie unicestwić. Tylko ona skrywa tajemnicę, nie jest już jednak naszą własnością. Nie stanowi bowiem funkcji przedmiotu, ale jest funkcją obiektywną, funkcją otaczającego nas przedmiotowego i sztucznie wytworzonego świata, w którym odbija się jedynie nieobecność i przejrzystość podmiotu. Miejsce krytycznej funkcji podmiotu zajęła bowiem ironiczna funkcja przedmiotu. Przefiltrowane przez medium oraz naznaczone widmem znaku i piętnem towaru przedmioty [ośmielę się powiedzieć, że również wydarzenia], za sprawą samego swego istnienia, pełnić poczynają funkcję sztuczną i ironiczną” [3]. Dodałbym jeszcze w „pakiecie ironii” paradoks polegający na tym, że większość współczesnych – ponowoczesnych społeczeństw, bardziej obawia się samego podważenia i zniszczenia zasady rzeczywistości, niż realnego ataku szaleńca z pokroju „aktora z Denver” lub na przykład kataklizmu wywołanego powodzią czy trzęsieniem ziemi. Być może nazbyt sarkastycznie to zabrzmi, jednak sądzę, że nie bezpodstawnie, jeśli stwierdzę, że gdyby nie udział mediów (zwłaszcza telewizji) w „spektaklu Holmesa”, nie nabrałby on tak doniosłego znaczenia w oczach pośrednich lub bezpośrednich (co do tych drugich mogę się mylić) uczestników tego „seansu śmierci”. Co więcej, stwierdzam, że mieliby oni po dziurki w nosie całą tą „farsę”, traktując ją zarazem jako „normalną”, „naturalną”, nieodłączną część ich rutynowej ludzkiej egzystencji. Stanowiłaby ona nierealny, nierzeczywisty wybryk „natury życia społecznego”, bądź też zostałaby potraktowana jako niewiele znaczący fakt całej tej „zabawy na śmierć”.
Chociaż nigdy nie piliśmy razem piwa i nie mieliśmy okazji do wymiany poglądów (pomijam fakt, że należy do innych pokoleń, posługujemy się odmiennymi językami, mieszkamy na innych kontynentach oddzielonych Oceanem, a sam autor nie wie nawet o moim istnieniu), podobne zdanie na ten temat wyraża Neil Postman: „Informacja dnia, treści lub, jak kto woli „materiał” tworzący coś, co się nazywa wiadomością dnia [niegdyś] nie istniał – nie mógłby istnieć – w świecie pozbawionym mediów, które pozwoliłby dać im wyraz”. Dodaje On również (zwracam na to uwagę, ponieważ jest to istotne kontekście strzelaniny w Denver), że: „Nie chcę przez to powiedzieć, że takie fakty, jak pożary, wojny, morderstwa i romanse, nie zdarzały się zawsze i wszędzie na całym świecie. Mam tu na myśli brak technologii do ich rozgłaszania; pozostałyby one poza świadomością ludzi, którzy nie włączyliby ich do swojej codziennej krzątaniny”[4]. Wydarzenia pokazywane na szklanym (dzisiaj plazmowym, ciekłokrystalicznym, a pewnie już tylko i wyłącznie z opcją High Definition TV) ekranie, emanujące swoją siłą, przez całą dobę, potęgują wzrastającą wciąż panikę chaotycznego społeczeństwa, poszerzając zarazem zakres zdziwienia odbiorców pogrążonych albo w zobojętnieniu, albo w panice. Stawiając się w ich położeniu, chciałoby się zaczerpnąć świeżego powietrza i krzyczeć: „To nie mogło mieć miejsca!”, „To niemożliwe i nie do przyjęcia!”. Nie dziwi mnie natomiast to, co opisuje na swojej stronie Internetowej serwis PolskaTimes.pl: „Mimo obaw, iż ktoś może spróbować powtórzyć czyn Holmesa, w Ameryce nie przestano wyświetlać filmu „Mroczny rycerz powstaje”. Jednak na widowni i przed kinami [jakby miało to uchronić kogokolwiek przed napadem kolejnego szaleńca, który mógłby zaatakować z każdej strony i w dowolnym momencie, no, ale cóż, w końcu trzeba podtrzymywać ludzi w stanie ciągłego napięcia i pokazać rzekomą gotowość do interwencji] przebywają policjanci w cywilu. W wielkiej Brytanii odbył się pokaz przy zaostrzonych środkach bezpieczeństwa [nawiasem interesującym faktem byłaby znajomość uczuć każdego z kupujących bilet – domyślam się, jak niekomfortowe i stresogenne musi być poczucie bycia obserwowanym i podejrzewanym o skrywanie za sztandarem normalnego zachowanie i klienckiego uśmiechu natury mordercy o złowieszczych, faustowskich zamiarach. Jakaż presja, nieprawdaż?]. Projekcje odwołano we Francji [zapewne niepocieszony byłby tym faktem Baudrillard]. Reżyser filmu Christopher Nolan wyraził głęboki żal i smutek z powodu tragedii. [Oczywiście nie chciałbym odejmować twórcy szczerych intencji (wszak nimi piekło wybrukowano), jednak sądzę, że chciał on również wyrazić tym samym swoją obawę o spadek liczby sprzedanych biletów, która być może miała nastąpić w niedalekiej przyszłości? Tego się zapewne nie dowiemy]. W USA [jak to często bywało - tutaj znów muszę wtrącić swoje zdanie – w przypadku wystąpienia podobnych tragedii (wszak warto wykorzystać ten czas dla przyszłych celów politycznych)] na nowo rozgorzała debata na temat praktycznie nieograniczonego w tym kraju dostępu do broni. Jednak wszyscy Amerykanie wiedzą [nie wątpię w to, że redaktorzy PolskaTimes.pl przeprowadzili ankietę audytoryjną wśród prawie trzystu piętnastu milionów obywateli Stanów Zjednoczonych, nie wyłączając dzieci], że wprowadzenie zakazu jest niemożliwe”[5]. Podejście władz, nastawionych rzecz jasna na pokazywanie i propagowanie sztucznego spokoju z amerykańskim szerokim uśmiechem na czele, pod którym tak naprawdę kryje się chęć wprowadzenia jeszcze bardziej zaostrzonego systemu prewencji w celu kontrolowania społeczeństwa, tak jak w przypadku lęki przed łamaniem samej zasady bezpieczeństwa, jak i tu dowodzi i słabości systemu (nie tylko zresztą amerykańskiego), ponieważ: „Nadmierny porządek prowadzi do jeszcze większej dezorganizacji niż stanowiący jego przeciwieństwo chaos”[6]. Obydwa wydarzenia – zarówno zamachy w Norwegii, jak również strzelanina w Kalifornii – pozwalają mi (wręcz „zmuszają mnie”) na to, by postawić pytanie o granice: rzeczywistość – wirtualność. Nasuwa się tutaj na myśl teoria symulakrów i symulacji, a ma ona znaczenie w związku z tymi wydarzeniami o tyle, że jak już pisałem we wstępie: „Nasze społeczeństwa stały się sceną jedynie takich wydarzeń, których charakter pozostaje całkowicie nieokreślony, objaśnienie zaś zdaje się czymś nieprawdopodobnym. Niegdyś wydarzenia miały po prostu miejsce, dzisiaj są wytwarzane. Produkuje się je zatem zawsze jako swoisty wirtualny artefakt, obleczony w medialną postać”[7].
Odwracając słowa wypowiedziane niegdyś przez Leibniza, Baudrillard zapytał pisząc swój ostatni esej (autor nie żyje od 2007 roku – do tej kwestii jeszcze wrócę): „Dlaczego istnieje raczej nic, niż coś?” [8]. Ja natomiast pytam o to, czy rzeczywiście przyszło nam (ponowoczesnym społeczeństwom) żyć w czasach, w których zdarzenia takie, jak na przykład śmierć kilkudziesięciu osób, które giną podczas strzelaniny z rąk okrutnego oprawcy, nabierają znaczenia jedynie dzięki nagłaśnianiu o nich przez media? Czy z tego powodu również podnosi się nasz próg tolerancji i obniża się prób wrażliwości, a sam akt mordu nie jest traktowany w sposób na tyle poważny, by mógł wywołać jakiekolwiek społeczny opór? Wywołuje u mnie rozgoryczenie to, że bunt mas powstaje z powodu rzekomego nadmiernego spożywania mięsa, z powodu rosnących cen ropy naftowej, rozluźnienia obyczajów (tego akurat również nie toleruję), z powodu coraz wyższych podatków, a zupełnie obojętny jest wobec tego rodzaju tragedii. Może już przywykliśmy – nie wiem. Oczywiście w naszej historii mieliśmy już zjawiska – wydarzenia medialne na ogromną skalę. Pomijając (oczywiście należy o nich pamiętać i traktować, jako istotne) wojny na Bliskim Wschodzie czy chociażby ludobójstwo, które miało miejsce w 1994 roku w Rwandzie (zainteresowanych odsyłam do obejrzenia fotografii autorstwa fotoreportera wojennego Jamesa Nachtweya), wystarczy wymienić takie zdarzenia, jak chociażby zakończone nie tak dawno Igrzyska Olimpijskie w Londynie, a cofając się nieco, również Tragedię Smoleńską, Pogrzeb Jana Pawła II, ataki terrorystyczne na wieże World Trace Center czy też wypadek Diany. Pójdę nieco śladem, który pozostawili po sobie Daniel Dayan oraz Elihu Katz (zainteresowanych odsyłam do książki „Wydarzenia medialne. Historia transmitowania na żywo). Otóż, dlaczego wydarzenia należące do gatunku tych, do których zaliczają się zamachy dokonane przez Breivika i Holmesa, są w ogóle badane (analizowane) na przykład przez socjologów, antropologów kultury, filozofów, psychologów, medioznawców? Jasno trzeba powiedzieć, że dzieje się tak z powodu transmitowania ich zazwyczaj „na life”, czego bezpośrednią konsekwencją jest gromadzenie się przed telewizorami ogromnej widowni. Tym, co budzi entuzjazm i podziw wśród oglądających jest ich „flame of recognition” – płomień rozpoznania, a raczej świadomość, że nie są sami. Ich „flash ot the Mind” – przebłysk umysłu, podpowiada im, że stanowią część potężnego, międzynarodowego, globalnego, wirtualnego audytorium, liczącego miliony i przekraczającego wszelki granice i podziały. Pomijając „naturalny” dramatyzm, jaki ma w sobie masowa egzekucja, do której doszło w „Aurorze”, wydarzenie tego typu w równie „naturalny” sposób przechodzi automatyczną metamorfozę, przekształca się w medialny news, który nie może pozostać obojętnym. Stąd też telewizja, radio, prasa przyciągają miliony – masy zatopione w morzu ogólnoświatowej przestrzeni telekomunikacyjnej. Niebywała siła mediów sprawia, że wydarzenie (jego przekaz) staje się wszechogarniające, wszechpotężne, natychmiastowe, docierające do widzów w tej samej chwili we wszystkich częściach „globalnej wioski”: „W czasie wydarzenia medialnego wszystkie mechanizmy zakłócające ulegają zawieszeniu. Interakcje i proces dyfuzji nasilają się już przed transmisją. Świat spogląda w jeden punkt, zatomizowana widownia łączy się w całość. Dzięki masowemu przekazowi integracja społeczna osiąga apogeum” [9]. Wydarzenia medialne (pożywka dla spragnionych mas) posiadają funkcję konfiguracyjną: społeczno-polityczną. Jej działanie polega ona na tym, że kształtuje ona, a wręcz atomizuje strukturę społeczną. Weźmy jako przykład Igrzyska XXX Olimpiady i połóżmy je na „tacy analizy”. Otóż zwróćmy uwagę na to, że podczas trwania tych multidyscyplinarnych zawodów sportowych, kraje tzw. Trzeciego Świata (oczywiście mam na myśli ich sportowych przedstawicieli), niejako mogły „dołączyć” do całej reszty. Pomiędzy 27 lipca, a 12 sierpnia 2012 roku podczas pobytu w Londynie nie dzieliła ich polityka, ekonomia, kolor skóry, wyznanie, gospodarka. Liczyło się wydarzenie samo w sobie – sportowa rywalizacja odbywająca się na stadionach i poza nimi, jak również jej telewizyjna kopia wyświetlana na ekranach telebimów, w salach kinowych, na ekranach domowych telewizorów czy nawet w Internecie. Jest jednak jeden negatyw, na które pragnę zwrócić uwagę. Otóż istotny jest fakt, że: „Medioznawczy, sceptyczni wobec determinizmu technologicznego, często w ogóle pomijają techniki przekazu i nie doceniają faktu, że dzięki nim telewizja przekraczać może konwencjonalne polityczne granice. Papirusy i starożytne imperia, druk i reformacja, prasa i ruchy narodowe w Europie, telegraf i integracja rynku amerykańskiego – oto przykłady związków między technologiami komunikowania, a strukturami społecznymi. Przenośność, odtwarzalność, jednowymiarowość oraz jednoczesność zazębiają się, jak widzimy z imperium, z Kościołem, Narodem, rynkiem. I to właśnie dzięki technologiom komunikacji”[10]. A spójrzmy na tak zwany „świecki system religijny mediów”. Wydarzenia medialne zawłaszczając czas i przestrzeń, mają również siłę ustanawiania „świąt” – na wzór religijnych uroczystości odciągają społeczność od codziennych, rutynowych zajęć i obowiązków i nabierają cech wielkich potlaczy, w których udział brali Indianie zamieszkujący Amerykę Północną (Oczywiście tutaj nie niszczy się darów, zbiorów czy innego rodzaju dobra materialnego „na pokaz”. Mam raczej na myśli obrzędowy charakter samego wydarzenia). Za przykład weźmy pogrzeb papieża Jana Pawła II, który był pokazywany (transmitowany) przez prawdopodobnie wszystkie większe stacje telewizyjne naszego ziemskiego padołu. Siłą rzeczy przecież nie wszyscy wierni lub po prostu zainteresowani uczestnictwem, nie mogli wziąć bezpośredniego udziału (cielesnego, materialnego) w uroczystościach odbywających się na Placu Świętego Piotra. Jednak właśnie dzięki mediom, dzięki telewizji byli tam, jak gdyby „na żywo”. Poprzez zbliżenia powstające przy użyciu kamer, poprzez odpowiedni sposób kadrowania rzeczywistości, wszyscy mogliśmy doświadczyć duchowej tajemnicy – dramatu Misterium podobnego do średniowiecznego widowiska. Czuliśmy oddechy i słyszeliśmy głosy trzystu tysięcy współbraci i sióstr zgromadzonych we Włoszech. Staliśmy obok dwustu prezydentów i premierów różnych narodowości. Modliliśmy się wraz z czołowymi przedstawicielami różnych religii światowych, w tym z duchownymi Islamu i z Żydami. Przypominam sobie interesujący fakt: jako, że byłem wówczas gościem jednego z mieszkań znajdujących się w familoku pewnej kolonii robotniczej na Górnym Śląsku, widziałem Rodzinę liczącą kilkunastu członków w przedziale wiekowym od trzeciego do dziewięćdziesiątego roku życia, czynnie biorącą udział we Mszy Świętej. Ludzie ci zgromadzeni w niewielkiej izbie, stali i klęczeli przed telewizorem. Ubrani byli w odświętne stroje (jak na „prawdziwy” pogrzeb), modlili się gorliwie, śpiewali i płakali.Ot przykład wpływu The Violence of the Image.Oto siła mediów.W przypadku pogrzebu Ojca Świętego, media stały się klejem spajającym oglądających w całość, która tworzyła zarazem element ogólnonarodowej zbiorowej pamięci. Przypominam sobie również, że na czas ogłoszonej w dniu 3 kwietnia 2005 roku, a trwającej do dnia pogrzebu Żałoby Narodowej, w wielu miastach odwołano zaplanowane wcześniej seanse filmowe, sztuki teatralne i inne imprezy masowe. Wszystkie (mogę się mylić) stacje telewizyjne w Polsce wstrzymały na ten czas emisje reklam – cóż za strata pieniędzy, nieprawdaż? Stało się to precedensem na skalę tego, jakim było w opinii wielu obserwatorów podanie sobie podczas pogrzebu w Rzymie, w geście pojednania dłoni przez Prezydentów Lecha Wałęsę i Aleksandra Kwaśniewskiego. Biorąc pod uwagę ten „medialny pogrzeb”, myślę również o transponowaniu rzeczywistości: „Miejsce, w którym uroczystość się odbywa, staje się hollywoodzkim studiem filmowym, jest to bowiem pierwotna sceneria działalności mediów. Telewizja wciąż opanowuje przestrzeń w jeszcze bardziej fundamentalnym sensie: przenosi w eter czy w przestrzeń satelitarną wydarzenia dziejące się na ziemi. W epoce wydarzeń medialnych reprodukcja jest nie tylko nie mniej ważna od oryginału, lecz może stać się o niego ważniejsza” [11]. Ciekawe są również wydarzenia, które nie mają tzw. pierwotnej lokalizacji, a są jedynie wynikiem montażu obrazów, które w tym samym czasie odbywają się w odmiennych, często oddalonych od siebie o setki kilometrów miejscach.Debata Kennedy – Nixon: to kolejny przykład The Violence of the Image.Jeden z kandydatów biorących udział w debacie, znajdował się w Nowym Yorku, a drugi w Kalifornii. Mimo tego, że zdarzenie to odbywało się wyłącznie na ekranach telewizorów, było rzeczywiste:„To jest rzeczywistość, ale nie można jej zobaczyć i uchwycić, gdyż dzieje się jednocześnie w kilku miejscach. Nie licząc realizatora telewizyjnego oraz setek milionów ludzi we własnych domach, nikt nie może ujrzeć całości”[12]. Atak terrorystyczny i wszelkie inne formy przemocy mają swoją odmienną retorykę – retorykę wydarzeń medialnych. Pokazywana w mediach strzelanina z Denver nabiera z pewnością również mocy chaotycznej, prowokacyjnej, po części nieco perswazyjnej. Z założenia więc powinna mieć masową publiczność, masowych odbiorców, bowiem tego typu wydarzenia medialne: „Przybierają formę igrzysk politycznych albo ukazują na żywo dokonania heroiczne. Publiczność sekunduje bohaterom ryzykującym dla wielkiej sprawy [z pewnością Holmes i Breivik – mimo, że spaczone – to jednak mieli poczucie wielkiej misji społecznej, którą postanowili wykonać dla ocalenia ludzkości] własne życie lub dobre imię. W systemach totalitarnych ceremonie służą upamiętnianiu. Także i te imprezy mają przyciągać masy, ale sławią one teraźniejszość [Związek Radziecki wraz ze swoim systemem był tego dobitnym przykładem]. Wydarzenia natomiast o charakterze terrorystycznym różnią się tym, że są pokazem siły, a nie perswazji, zamiast ładu i dostojeństwa sankcjonują zamęt i prowokację”[13]. Wspomnę jeszcze o procesie sądowym. Kto w życiu brał udział w rozprawie, ten wie, jak wielkie budzi ona emocje. Rozprawy Holmesa czy Breivika cieszyły się jeszcze większym medialnym rozgłosem, niż ich bestialskie czyny. „Jokerowi” z Kalifornii postawione zostały dwadzieścia cztery zarzuty, z czego połowa dotyczyła popełnienia morderstw pierwszego stopnia, a druga połowa morderstw popełnionych z zimną krwią. Oprócz tego Amerykanin odpowiadać miał za nielegalne posiadanie materiałów wybuchowych i zranienie ponad pięćdziesięciu osób. Czyż to nie rozkosz dla tłumu żądnego krwi, niczym podczas Igrzysk w Starożytnym Rzymie, gdzie podziwiać można było zmagania gladiatorów rzuconych na pożarcie lwom? „Chleba i Igrzysk!” – naczelne hasło tamtego okresu – można zamienić dzisiaj na „Wydarzeń i mediów!”. Oglądając medialne obrazy – zwłaszcza fotografie, filmy czy transmitowany na żywo proces sądowy – zauważyć można to, co Jean Baudrillard nazywał przemocą obrazów. The Violence of the Image! Widać tutaj cały bezsens (może właśnie w tym tkwi jego sens?) i całą niemoc, ponieważ po raz kolejny społeczeństwo pogrążone w chaosie, nie wie, co myśleć o tym, co się stało. Z drugiej strony nie jesteśmy znów tacy nadwrażliwi. Prawie zawsze po tego typu zdarzeniach większość osób dosyć szybko przechodzi do porządku dziennego, jak gdyby całe zajście rzeczywiście nie miało miejsca – było nierealne, nierzeczywiste, wirtualne, hiperrzeczywiste. Wywołuje to u mnie obrzydzenie, jakiego doznałem niegdyś widząc grupę młodocianych „turystów” odwiedzających Muzeum Obozu Zagłady w Auschwitz Birkenau, gdzie podczas spaceru po tym CMENTARZU (tak nazwał to miejsce jeden z przewodników podczas krótkiej rozmowy, do której pomiędzy nami doszło) zajadali oni hamburgery trzymając ociekające tłuszczem papierowe torebki. Wracając jednak na chwilę do Baudrillarda, interesujące jest zadanie z pozoru niedorzecznego i wprowadzającego element zamieszania pytania o to, czy ten francuski socjolog, filozof kultury, rzeczywiście umarł w roku 2007 z powodu duru brzusznego? Może jednak żyje, a jego śmierć to czysta mistyfikacja stanowiąca idealne odzwierciedlenie jego teorii? Oczywiście racjonalnie na to patrząc (skądinąd Kierkegaard krytykował takie podejście mówiąc, że: „Szaleństwem naszych czasów jest panoszący się duch obiektywności, który chce zapanować nad wszystkimi sferami ludzkiego istnienia. Podstawowy kłopot ze współczesnymi czasami polega na tym, że czynią one wszystko obiektywnym”[14].), nie sposób nie wierzyć w jego rzeczywistą fizyczną śmierć. Sarkastyczna wątpliwość jednak, co do autentyczności jego zgonu wynika z tego, że jak na ironię, pomimo, że był krytykiem nowych mediów, szeroko rozumianej globalizacji i ponowoczesnej kultury, znalazł poczytne miejsce w SIECI! Tak, dokładnie, w sieci! Chociaż nigdy podczas swojego życia nie używał komputera i nie korzystał tym samym z Internetu, został złapany przez obiektyw kamery wideo i „wrzucony” na portal youtube.com niemalże na wieczność![15]. Czy zatem umarł? A może jedynie ten Baudrillard znajdujący się w Sieci jest jedynie Symulakrem tego Baudrillarda, który spacerował po Paryżu? Kiedy spoglądam w jego oczy na ekranie monitora, doznaję tego samego uczucia, którego doznał Roland Barthes oglądając fotografię najmłodszego brata Napoleona, Hieronima, wykonaną prawdopodobnie w 1852 roku: „Patrzę w oczy, które widziały Cesarza”[16]. Tutaj jednak efekt wzmocniony jest przez ruchy, gesty, przez mimikę twarzy, przez dźwięki i głos „aktora”, który pojawia się w moim domu na ekranie monitora, w który spoglądam poprzez szkła moich okularów. Zatarła się różnica pomiędzy tym, co realne, a tym, co hiperrzeczywiste. Czy jednak mogę mówić, że mamy do czynienia z fałszem? Czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Podpowiedź znajduję o Ervinga Gofmanna, który twierdzi, że: „Kiedy jednostka pojawia się wśród innych, jej działania wpływają na tworzoną przez nich definicję sytuacji. Ani uczciwość, ani nieuczciwość nie są w przedstawieniu najważniejsze. Być może, nie są nawet dramaturgicznie pożądane”[17]. Oglądający film mogą rzeczywiście odnieść wrażenie, że znajdują się w Szwajcarii, siedzą pośród studentów, słuchają wykładu, a w każdej chwili mogą zadać pytania wciągając przy tym dym papierosów palonych namiętnie „jeden po drugim” przez Baurillarda. Bez znaczenia jest odległość, kolor skóry, narodowość, miasto, w którym się znajdujemy w tym momencie. Prelekcja bowiem odbywa się w czasie rzeczywistym – tu i teraz! Zgodnie z teorią McLuhana jesteśmy zarówno odbiorcami, jak i twórcami tychże treści. Jesteśmy „żywymi uczestnikami”, a sam środek jest przekazem.
Strzelanina w Denver nie jest jedynie wydarzeniem na „sucho” relacjonowanym przez media. Nie jest jedynie wydarzeniem będącym zwyczajną informacją, prostym komunikatem, który bez jakichkolwiek refleksji można przyjąć na wzór rutynowo oglądanych przez siedem razy w tygodniu o tej samej porze, wieczornych wiadomości. Śledząc bowiem dzień po dniu relacje z rozpraw sądowych, jako odbiorcy stajemy się dosłownie bezpośrednimi uczestnikami procesu. Przemieniamy się w ofiary, w sędziów, w członków ławy przysięgłych, w przedstawicieli gazet, radia i telewizji. Stajemy się fotoreporterami polującymi na znakomite ujęcia, jak również członkami rodzin ofiar, a nierzadko (powinno to prowadzić do refleksji, że Holmes czy Breivik nie są wybrykami natury, a po prostu wytworami naszego rzekomo zdrowego i normalnego społeczeństwa) tymi, którzy dokonali mordu. Cała medialna atmosfera wyrastająca wokół tego typu wydarzeń potęguje jedynie ich nierealność, ich nierzeczywistość, ich hiperrzeczywistość na rzecz powstających i oddziałujących z wielką siłą symulacji. Oto przemoc obrazu w całej swej okazałości. Oto The Violence of the Image. Oto kino akcji w rzeczywistym – wirtualnym wydaniu. Z biegiem czasu jednak, jak już wspomniałem, emocje opadają, a pamięć o zamordowanych staje się jedynie zbiorem kolejnych plików komputerowych włożonych do wirtualnej szuflady łącznie z fotografiami wydarzeń, łącznie z portretami zamordowanych, łącznie ze stertami zapisanych kartek papieru, łącznie z taśmami wideo i kamerami, które rejestrowały wydarzenia na wzór pracy reżysera tworzącego nowy film fabularny. Na samym końcu pozostają obojętność, apatia (również Durkheimowska anomia), znużenie, frustracja spowodowane kolejnym brakiem akcji, kolejnym okresem oczekiwania na wzrost poziomu adrenaliny. Spowodowana jest ona brakiem filmu – rzeczywistości. Dzieje się tak dlatego, że po pierwsze: „W miarę jak symboliczna działalność człowieka robi postępy, rzeczywistość fizyczna zdaje się cofać. Zamiast zajmować się rzeczami samymi w sobie, człowiek w pewnym sensie ustawicznie sam z sobą rozmawia. Tak bardzo owinął się w formy językowe, w obrazy artystyczne, w mityczne symbole lub religijne obrządki, że nie potrafi już niczego zobaczyć ani poznać inaczej jak za pośrednictwem tego sztucznego środka”[18]. Po drugie zaś dzieje się tak, gdyż: ,,Najbardziej oczywistą cechą wydarzenia medialnego, która wyróżnia je spośród pozostałych formuł czy też gatunków telewizyjnych, jest jego niecodzienność. Wydarzenie medialne to istotnie przerwa w rutynie – zarówno telewizyjnej ramówki, jak i naszego życia. Wydarzenia medialne podobnie jak święto, które jest odejściem od codzienności, każe nam myśleć o rzeczach niezwykłych, oglądać je i w nich uczestniczyć. Przerwę w codziennym programie poprzedzają wielokrotnie zapowiedzi i zwiastuny, dzięki którym dzień powszedni staje się niezwykły, a gdy wydarzenie dobiegnie końca, widz odprowadzany jest z powrotem w sferę codzienności. Ta przerwa jest wszechogarniająca, gdyż z powodu wydarzenia medialnego zazwyczaj wszystkie stacje (może z wyjątkiem garstki kanałów niezależnych) odchodzą od ramówki”[19].
Kiedy przeglądam serwisy internetowe najbardziej znanych codziennych gazet opisujących czyny, jakich dopuścił się Holmes, na myśl przychodzi mi hipoteza Platona, który w swoich listach, jakby mając świadomość przyszłych wydarzeń, twierdził, że pismo wywoła rewolucję w sferze percepcji o tyle, że napisane na papierze wiadomości (istnienia Internetu i sieci nie był pewnie w stanie sobie nawet wyobrazić) są potężniejsze, aniżeli zwyczajne przypominanie – co w czasach jego życia było powszechną praktyką. Słowo pisane bowiem według Platona„od-twarza przeszłość w teraźniejszości i daje nam nie rzecz znaną, pamiętaną, ale połyskującą intensywność przywołanej halucynacji”[20]. Wśród informacji dotyczących samego sprawy, jak i aktu, którego się dopuścił, media podają tę, która jakoby dowodzić miałaby o wcześniejszych jego planach. Rzekomo przed popełnieniem morderstw Holmes napisał scenariusz masakry na wzór tych, jakie tworzą reżyserzy przed rozpoczęciem prac na planie filmowym. Obrońcy młodego mordercy stoją po stronie argumentów przemawiających za tym, że ich klient jest chory psychicznie. Może rzeczywiście nie zdawał sobie sprawy z popełnianych czynów? Może nie rozróżnił rzeczywistości od realności? Wysłanie przez niego przed popełnieniem tragicznego czynu do psychiatry, z którym konsultował swoje problemy, paczki zawierającej opisy przyszłych wydarzeń, pokazały, że rzeczywiście: „Słowo pisane nie jest jedynie echem wypowiadanych wyrazów. Jest ono zupełnie innym rodzajem głosu, jest trikiem sztukmistrza najwyższej klasy. Tak się z pewnością musiała jawić tym, którzy, którzy je wynaleźli; nic więc dziwnego, że egipski bóg Tot, który podobno skłonił króla Tamusa do wprowadzenia pisma, był również bogiem magii”[21].Prawdopodobnie nigdy do końca nie dowiemy się, jakie były prawdziwe i jednoznaczne przyczyny zbrodni. Nie sposób również prawdopodobnie przewidzieć, jak tego typu wydarzenia wpłyną na dalsze losy społeczeństwa. Jednak spośród niezliczonej ilości napisanych artykułów, przeprowadzonych debat, spośród wielu hipotez postawionych w kontekście tego wydarzenia medialnego, można znaleźć kilka celnych uwag. Pozwalają one odpowiedzieć w dużym stopniu na pytanie: jak to wszystko wpływa na widzów? Podobnie, jak w przypadku powodów, dla których badane są wydarzenia medialne, tak w kwestii wpływu na widzów, można wymienić kilka skutków oddziaływania. Wpływ na widzów bowiem może być następujący:
1.Wydarzenia medialne stanowią wyłom w rytmie życia ludzkiego i zmianę tego, wokół czego jest ono zorganizowane na co dzień.
2. Transmisja na żywo prowadzi do zmiany zwyczajnej roli widzów jako odbiorców, w rolę uczestników wydarzenia – w przypadku strzelaniny w Denver wszyscy może stać się sędziami, dziennikarzami, naocznymi świadkami, jak i sprawcami wydarzenia.
3. Dzięki mediom ukazujących dano wydarzenie, przesuwane są granice społeczności – nie ma znaczenia, gdzie znajdujemy się w danym momencie na kuli ziemskiej. Dzięki technice możemy dzielić nasze doświadczenia wraz z milionami innych odbiorców: „niektóre wydarzenia, będąc retrospektywną celebracją symboli centralnych, by zaspokoić z pozoru przebrzmiałe formy społecznej tożsamości, stanowią zapowiedź nadejścia społeczeństwa przyszłości”[22].
4. Wydarzenie powoduje wzrost wzajemnego zrozumienia, powstawania tzw. globalnej, ogólnoświatowej wspólnotowości – jednym zdaniem „wszyscy łączymy się w cierpieniu”.
5. Następstwem wzajemnego zrozumienia jest powstawanie „,mechanicznej solidarności” – „konsekwencją nowego modelu ceremonii publicznej jest to, że cała ludność jest dopuszczona do uczestnictwa, którego wręcz się od niej oczekuje. W przeciwieństwie do rytuałów plemiennych, przemarszów pocztów królewskich czy nawet do przykładu pogrzebu Lincolna w dziewiętnastowiecznej Ameryce, wydarzenie nie może pozostać poza zasięgiem jakiejkolwiek osoby, która ma chęć w nim uczestniczyć, ani też być przedstawiane w różny sposób dla różnych segmentów społeczności [z prawdziwością tej tezy można polemizować]. Wydarzenie oferuje wspólne członkowstwo w narodowej bądź międzynarodowej wspólnocie”[23].
6. Wydarzenie stanowi dla widzów przeżycie oczyszczające – większość widzów oglądających transmisję z rozprawy sądowej, jak i przebieg wcześniejszych wydarzeń, jak gdyby „otrząsa się” na chwilę z nieświadomości. Dociera do nas, jak cenne jest życie, często zmieniane są priorytety życiowe i dotychczasowe wartości. Można odważyć się nawet na postawienie odważnej tezy, że zbrodnie, terroryzm, wypadki, wojny, śmierć są odpowiedzą na ludzkie wewnętrzne zapotrzebowanie, dzięki czemu wszystko znów powraca do „normy”.
7. Wydarzenia medialne są elektronicznym, cyfrowym, wirtualnym, współczesnym, nowoczesnym pomnikiem pamięci – poprzez zapis elektroniczny czy wrzucenie informacji do sieci, służą pamięci zbiorowej, nadając jej mocy skojarzeń.
Wymieniliśmy jedynie niewielką część wpływu, jaki strzelanina w Denver mogła wywrzeć na widzach, bo oczywiście skutków tego typu wydarzeń jest o wiele więcej. Można również rozpatrywać je w kategoriach wpływu na instytucje polityczne, opinię publiczną, dyplomację, rodzinę, nawet na spędzanie czasu wolnego czy religię. Niewątpliwie jednak wszelkie tego typu zbrodnie, nagłaśniane przez media powodują wzrost niepewności wśród społeczeństw. Jesteśmy wszyscy, a jednak każdy osobno. Odbiegając od samej strzelaniny, relacji telewizyjnych, artykułów prasowych, nasuwa się na myśl teoria dotycząca powstawania miejskich gett. Weźmy za przykład Sao Paulo, drugie co do wielkości miasto Brazylii, o którym pisze Teresa Caldeira: „Sao Paulo jest dziś miastem murów. Wszędzie wzniesione zostały fizyczne bariery – wokół domów, apartamentowców, parków, placyków, kompleksów biurowych i szkół. Nowa estetyka bezpieczeństwa kształtuje wszystkie rodzaje konstrukcji, narzucając im nową logikę nadzoru i dystansu”[24]. Rodzaj getta powstaje również dzięki użyciu technik medialnych, bowiem coraz większy brak dostrzegania różnicy pomiędzy rzeczywistością, a wirtualnością, doprowadza do izolowania się od tej pierwszej. Znikamy za zasłoną ekranu telewizora lub w Internecie, tworząc samotny tłum, jednolitą masę interaktywnych członków społeczeństwa sieci. I w większości wypadków nie potrafimy znaleźć racjonalnej odpowiedzi na pytania: „jak mogło do tego dojść? Czy to stało się naprawdę?”. Próbujemy się w tym wszystkim odnaleźć, mając pełną swobodę wyboru (czy aby na pewno?) środków interpretacyjnych, jak i możliwość weryfikowanie różnych poglądów na ten temat, z którymi możemy spotkać się oglądając debaty telewizyjne z udziałem ekspertów, naukowców, czytając artykuły pochodzące z różnych gazet, słuchając przedstawicieli odmiennych opcji politycznych. A jednak zapominamy niejednokrotnie o tym, że „jednostka ludzka nie jest na tyle niezależna, by mogła opisywać rzeczywistość w sposób absolutnie bezstronny, ale zmuszona jest do posługiwania się pewnymi ramami interpretacyjnymi nawet wówczas, gdy uważa się za najbardziej niezależną”[25]. W perspektywie tych wydarzeń wydaje się jednak, że ramy pękają, a my pozostajemy bezsilni, tak jak bezsilni pozostawali świadkowie biorący bezpośredni udział w seansie kinowym, jaki zgotował im James Holmes. Środki bezpieczeństwa w tym przypadku, jak i w wielu innych przypadkach są niezbędne. Działania prewencyjne stanowią część normalnego porządku społecznego, dbając o normalne funkcjonowanie społeczeństwa za pomocą prawa. Jednak nikt nie przewidział tego, co zaplanował młody niedoszły wykładowca akademicki. Sytuacja do jakiej doszło w kinie Aurora wydaje się nieprawdopodobna również dlatego, bo doszło tam do podwojenia niczym w jaskiniach Lascaux. Z jednej strony na multipleksie wyświetlano „wirtualny” film z „nierzeczywistymi” bohaterami, a z drugiej strony w sali kinowej „realny aktor” (wystarczy zwrócić uwagę na opisany wcześniej strój, w który przebrał się morderca przybierając w ten sposób postać złego charakteru z filmu „Batman”) dokonywał zbrodniczego aktu strzelając do widzów z pragnieniem zniszczenia ludzkości na wzór jego wirtualnego odpowiednika. Stał się repliką, jak te, które znajdują się w odległości pięciuset metrów od oryginałów malowanych na ścianach jaskiń Lascaux pod pretekstem rzekomego ratowania oryginały przed wyniszczeniem. I tak, jak pomiędzy filmem na ekranie, a tym „realnym” zatarła się różnica, tak być może: „wspomnienie autentycznych grot zatrze się w umysłach przyszłych pokoleń, [ponieważ] nie ma już między nimi [oryginalnymi, a tymi ,które są kopią] różnicy: podwojenie wystarczy, by odesłać obydwie w sferę sztuczności. Z tego właśnie względu żyjemy w świecie niesamowicie podobnym do oryginału – rzeczy są w nim podwojone poprzez ich szczegółowy plan”[26]. Oczywiście to, że cała sytuacja, do której doszło w amerykańskim kinie jest – jakby ją nazwał Baudrillard – symulakrem, nie oznacza, że była mniej okrutna niż realna. Ludzie nadal cierpieli okrutnie, zostali zabici. Podobnie jednak, jak w przypadku wojny wietnamskiej, gdzie bombardowania Hanoi skrywały fakt zgody na kompromis pomiędzy Amerykanami, którzy pragnęli się wycofać, a Wietnamczykami, którzy pragnęli zachować twarz, tak i tutaj, dzięki mediom osiągnięto ostateczny cel – symulację nieustannego i czyhającego na każdym kroku potencjalnego niebezpieczeństwa. Dzięki mediom, stwarzającym i podtrzymującym sztucznie sytuację zagrożenia, powstaje system kontroli społeczeństwa. Jeśli rozpatrywać nagłaśnianie przez media sytuacji w Denver z punktu politycznego, to była ona i jest „dobrym” pretekstem do wprowadzenia zaostrzenia procedur sprawowania władzy nad ludźmi, do wprowadzenia wzrostu kontroli i szerzenia polityki strachu, lęku, ciągłego zagrożenia. Jest to jednak symulacyjna gra, ponieważ „póki zagrożenie pochodziło z rzeczywistości, władza odwoływał się do prewencji i symulacji, dokonując rozkładu wszelkich sprzeczności poprzez produkowanie równoważnych znaków. Dziś, kiedy niebezpieczeństwo jest wynikiem symulacji (groźba rozproszenie się w grze znaków), władza ucieka się do rzeczywistości, kryzysu, podejmuje ryzyko i stawia na powtórną obróbkę sztucznych, społecznych i ekonomicznych i politycznych stawek. Dla niej stanowi to sprawę życia i śmierci. Jednak jest już za późno”[27]. Sama debata na temat dostępu do broni, która odrodziła się po tych wydarzeniach, dowodzić może tego, że cała sytuacja była [mogła być] jedynie krótkim spięciem rozdmuchanym przez media do kolosalnych rozmiarów i szerzącym społeczną histerię. Wziąć za przykład można słowa: „nie powinniśmy obawiać się, że będziemy świadkami kolejnej strzelaniny lub morderstwa na podobieństwo tego, które miało miejsce w Aurorze”. Przypomnieć można tutaj słowa włoskiego działacza komunistycznego, polityka, członka, a następnie sekretarza generalnego KC WPK, twórcę tzw. kompromisu historycznego i współtwórcę idei eurokomunizmu, Enrico Berlinguera, który oświadczył niegdyś, że „nie powinniśmy obawiać się, że będziemy świadkami przejęcie władzy we Włoszech przez komunistów”. Słowa te trafnie zinterpretował Baudrillard. Według niego oznaczały one jednocześnie, że:
- nie ma się czego obawiać z tego względu, że komuniści, gdyby nawet doszli do władzy, niczego nie zmienią w jej podstawowym kapitalistycznym mechanizmie działania;
- nie istnieje najmniejsze choćby niebezpieczeństwo, by kiedykolwiek doszli oni do władzy (z takiego właśnie powodu, że jej nie pragną) – nawet gdyby udało im się ją zdobyć, sprawować ją będę jedynie per procura;
- w rzeczywistości władza, prawdziwa władza już nie istnieje, a zatem nie istnieje również niebezpieczeństwo, by ktokolwiek ją zdobył bądź przejął;
- również to oto twierdzenie: Ja, Berlinguer, nie obawiam się, że będę świadkiem tego, jak komuniści obejmują władzę we Włoszech – co może wydawaćsię oczywiste, lecz nie tak bardzo, gdyż:
- oznaczać to może również coś przeciwnego: obawiam się, że będę świadkiem tego, jak komuniści obejmują władzę (istnieją uzasadnione powody ku temu, nawet dla komunisty).
Baudrillard dodaje, że jak widać zatem „Iluzja stała się już niemożliwa, ponieważ sama rzeczywistośc jest niemożliwa. Tutaj tkwi cały polityczny problem parodii, hipersymulcji bądź symulacji o charakterze ofensywnym. Interesującym zadaniem byłoby przykładowo sprawdzenie, czy aparat represji nie reagowałby z większą gwałtownością na symulowany zamach niż na atak rzeczywisty? Gdyż ten zaburza jedynie porządek rzeczy, narusza prawo własności, podczas gdy tamten targa się na samą zasadę rzeczywistości. Symulacja jest nieskończenie bardziej niebezpieczna, gdyż zawsze pozwala sądzić, że poza jej obiektem sam porządek i samo prawo mogłoby rzeczywiście być tylko symulacją”[28].
The Violence of the Image – przemoc obrazu. Kiedy słyszy się te słowa, na myśl przychodzą historie dwóch rodzin, które zostały uwikłane w symulacyjny charakter mediów – rodzina Loduów z Santa Barbara, miasta położonego w zachodniej części Stanów Zjednoczonych w stanie Kalifornia oraz rodzina Waśniewskich z Sosnowca na Górnym Śląsku w południowej Polsce. Zacznijmy od pierwszej. Otóż na początku lat siedemdziesiątych amerykańska stacja PBS emitowała dwunastogodzinny serial telewizyjny cieszący się ogromną popularnością. Od 11 stycznia 1973 roku kamery zamontowane w domu przez siedem miesięcy śledziły codziennie życie rodziny. Pomysłodawcą projektu był Craig Gilbert, a realizacją zajęli się Alan i Susan Raymondowie. Program reality show (relity TV) stał się na tyle popularny , że osiągnął rekordy oglądalności. Dodatkową „atrakcją” dla oglądających stał się fakt, że podczas kręcenie materiału i emitowania go na żywo rodzina zaczęła się rozpadać, a syn Państwa Loudów, nastoletni Lance na oczach kamer przyznał się do swojej odmiennej orientacji seksualnej (był homoseksualistą). Prawie trzydzieści lat później, bo w roku 2001 powstał kolejny film z serii „An American Family: The Final Episode – Amerykańska rodzin: ostatni rozdział”. Zarejestrowano wówczas i pokazano ostatnie chwile życia Lance’a Louda, który zarażony wcześniej wirusem HIV, umierał z powodu AIDS w jednym z kalifornijskich hospicjów. Dodać należy przy tym, że był on pierwszym homoseksualistą, który pojawił się na ekranach amerykańskiej telewizji w takiej „roli”. Powstał niewątpliwie dramat spowodowany „przemocą obrazu”, bo warto zadać sobie pytanie o to, jak potoczyłoby się życie rodziny, gdyby nie ingerowała w nie telewizja? Czy reżyser i realizatorzy, a zarazem sami członkowie rodziny, którzy zgodzili się dobrowolnie na wzięcie udziału w tym eksperymencie, są odpowiedzialni i winni za tragiczne rezultaty tych wydarzeń? Czy może winne są same media? Pytanie jest proste, a jednak udzielenie jednoznacznej odpowiedzi z pewnością nie należy do łatwych zadań. Jean Baudrillard zwraca uwagę, że interesującą kwestią w tej sytuacji jest: „Sam fantazmat filmowania rodziny Loudów w taki sposób, jakby telewizji przy tym nie było. Zwycięstwo według realizatora polegało na tym, że „żyli oni tak, jakby nas tam nie było”. Jest to stwierdzenie absurdalne, paradoksalne – ani prawdziwe, ani fałszywe; raczej utopijne. To „jakby nas tam nie było” równoznaczne jest z „jakbyście to wy tam byli”. To właśnie ta utopia, ten paradoks zafascynował dwadzieścia milionów telewidzów w o wiele większym stopniu, niż „perwersyjna” przyjemność wypływająca z pogwałcenia prywatności”[29]. Jeżeli w przypadku rodziny Loudów można mieć jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, co do negatywnego wpływu mediów na ludzkie życie i co do tego, czy rodzina rozpadła się z powodu filmowania, to w mniejszym stopniu wątpliwości pojawiają się w kontekście rodziny Waśniewskich z Sosnowca. Sprawa dotyczy śmierci półrocznej Magdy, córki Katarzyny W., która podejrzana jest o morderstwo dziecka (czynności procesowe trwają, a 1 sierpnia 2012 roku sąd okręgowy w Katowicach uchylił decyzję sądu rejonowego o aresztowaniu podejrzanej o zabójstwo swej córeczki, zamieniając go na dozór policji i zakaz opuszczania kraju). Jak podaje PAP: „Uchylając areszt, sąd uznał, że nie można mówić o uzasadnionej obawie matactwa, brak też przesłanek, że podejrzana będzie nakłaniała świadków do fałszywych zeznań. Areszt nie jest niezbędny do zabezpieczenia prawidłowego toku śledztwa, w którym zgromadzono już najważniejsze dowody – powiedział sędzia Tomasz Salachna. W odczytywanym przez prawie godzinę uzasadnieniu wskazał też m.in. na sprzeczności w opiniach biegłych. Kobieta przebywała w areszcie od 13 lipca 2012 roku, a kiedy prokuratura – właśnie na podstawie opinii biegłych – zmieniła stawiane jej zarzuty z nieumyślnego spowodowania śmierci dziecka na zabójstwo. Poza zabójstwem kobiecie zarzuca się też zawiadomienie organów ścigania o nie popełnionym przestępstwie oraz tworzenie fałszywych dowodów, by skierować postępowanie przeciwko innej osobie. Według nieoficjalnych informacji podejrzana nie przyznaje się do zabójstwa dziecka, obstając przy wersji o nieszczęśliwym wypadku. W lutym Katarzyna W. była już przez kilkanaście dni w areszcie - wyszła na wolność dzięki decyzji sądu drugiej instancji. Zaginięcie małej Magdy zgłoszono 24 stycznia tego roku. Początkowo jej matka utrzymywała, że dziewczynkę porwano. Potem podała, że dziecko zginęło w wyniku nieszczęśliwego wypadku i wskazała miejsce ukrycia zwłok”[30]. O rodzinie Waśniewskich rozpisywały się gazety (inne media również) w całym kraju, a do udziału w poszukiwaniach dziecka przyłączył się wraz ze swoją grupą (pomijając pełne kontrowersji dalsze z tym związane wydarzenia) operacyjną detektyw Rutkowski. O opinię w sprawie śmierci Magdy pytano nawet jasnowidza Jackowskiego oraz kryminologa profesora Brunona Hołysta. Przeglądając ponownie setki stron Internetowych, oglądając wiadomości emitowane w lokalnych i ogólnopolskich stajach telewizyjnych, czytając fora internetowe czy też słuchając wypowiedzi ekspertów z zakresu kryminologii, wypowiedzi policjantów, lekarzy, przedstawicieli mediów oraz nauki, można odnieść wrażenie, że cała sprawa przerodził się w telewizyjny show, w telewizyjny serial, w dramaturgiczny spektakl cieni. Powstał wręcz syndrom nie odróżniania przekaźnika od przekazu, a cała sytuacja stała się nieuchwytna, rozproszona, załamana w rzeczywistości. Trudno już było nawet stwierdzić, co jest prawdą, a co fikcją. Media bowiem wraz z ich odbiorcami (czynnymi uczestnikami) przestały jedynie relacjonować i przedstawiać fakty wydarzeń – same zaczęły je tworzyć niczym na planie filmowym. Ludzkie życie zostało nieuchronnie przepuszczone przez filtr telewizji. Ludzie z namiętnością śledzili dzień po dniu losy rodziny Waśniewskich, oczekując wręcz na olejne części spektaklu, którego stali się nieodłączną częścią, aktorami i widzami w jednym: „To już nie wy oglądacie telewizję, to telewizja was ogląda (ogląda życie) – przemiana panoptycznego urządzenia nadzoru w system prewencji, w którym zostaje zniesiona różnica pomiędzy biernością, a aktywnością. Koniec z nakazem uległości i posłuszeństwa wobec modelu czy spojrzenia. To wy jesteście modelem! To wy stanowicie większość! Oto jeden z aspektów hiperrealistycznego społeczeństwa, w którym rzeczywistość staje się nieodróżnialna od modelu, jak w operacji statystycznej, bądź od przekaźnika, jak w operacji z udziałem Loudów”[31].
Przypadki zarówno rodziny Loudów, jak i Waśniewskich, ale także strzelania w Denver czy zamachy w Norwegii, są przykładem wydarzeń, które ukazywane poprzez lub przy użyciu mediów przekraczających niejednokrotnie wszelkie bariery, tworzą istną bombę informacyjną, o której pisał Paul Virilio. Na końcu pozostaje chaos, który wdał się w sytuację (raczej powstał z niej samej) i stworzył przekaz wybiegający ponad wszelką rzeczywistość, ponad wszelką prawdę. Obraz pokazywany w mediach, a raczej wytworzony na ich potrzeby i trwający dłużej niż realność. Przekroczono tutaj zapewne nie tylko granice etyczne, moralne czy estetyczne. Przekroczono granice rzeczywistości. The Violence of the Image – była to zbrodnia obrazu, a raczej zbrodnia uczestników wydarzenia, którzy, jak w fotografii masowej: „utrwalili na zdjęciach wyłącznie perwersyjnie zniekształcony świat, nie mający z rzeczywistym nic wspólnego poza tym, że jest jego perwersyjnym zniekształceniem, któremu wyłącznie oni są winni. Fotografowanie [masowe] to pospolita mania, która z biegiem czasu ogarnęła całą ludzkość, gdyż ludzkość jest nie tylko zakochana, lecz wręcz zadurzona w zniekształceniu i perwersyjności, i rzeczywiście wskutek tego nieustannego fotografowania zaczyna z wolna postrzegać zniekształcony i perwersyjny świat jako jedyny prawomocny. Fotografowanie jest nikczemną namiętnością, która ogarnęła wszystkie części świata, wszystkie warstwy ludzkości, chorobą, na którą zapadła cała ludzkość i której nigdy nie zdoła wyleczyć”[32].
[1] J. Baudrillard, Przejrzystość zła, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2009, s. 48.
[2] J. Baudrillard, Zbrodnia doskonała, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2008, s. 13.
[3] Tamże, s. 92.
[4] N. Postman, Zabawić się na śmierć, MUZA SA, Warszawa 2002, s. 25.
[5] http://polskathetimes.pl/artykul/623293,strzelanina-w-denver-doktorant-odegral-jokera-w-realu,3,id,t,sa.html (dostęp: 30.07.2012).
[6] J. Baudrillard, Zbrodnia…, op.cit., s. 88.
[7] J. Baudrillard, Przejrzystość zła, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2009, s. 48.
[8] J. Baudrillard, Dlaczego wszystko jeszcze nie zniknęło?, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2009, s. 9.
[9] D.Dayan, E. Katz , Wydarzenia medialne. Historia transmitowania na żywo, MUZA SA, Warszawa 2008, s. 55-56.
[10] D.Dayan, E. Katz, Wydarzenia…,op.cit., s. 56.
[11] Tamże, s. 56.
[12] Tamże, s. 58.
[13] D.Dayan, E. Katz, Wydarzenia…,op.cit., s. 63.
[14] Kierkegaard’s Journals and Papers, Indiana University Press, vol. I, 1967, s. 306.
[15] Wśród kilku wykładów, w których Jean Baudrillard brał udział, a które zamieszczone na stronie internetowe youtube.com, na szczególną uwagę zasługuję te, które zostały zarejestrowane podczas seminarium w European Gradute School w Szwajcarii w 2002 roku. Przykład takiego wykładu znaleźć można na stronie: http://www.youtube.com/watch?v=9QF-eThkBOg (dostęp: 30. 07. 2012).
[16] R. Barthes , Światło obrazu, Aletheia, Warszawa 2008, s. 1.
[17] E. Goffman, Człowiek w teatrze życia codziennego, Aletheia, Warszawa 2008, s. 36, 100.
[18] E. Cassiser, Esej o człowieku. Wstęp do filozofii kultury, przeł. A. Staniewska, Warszawa 1977, s. 80.
[19] D.Dayan, E. Katz , Wydarzenia medialne. Historia transmitowania na żywo, MUZA SA, Warszawa 2008, s. 44.
[20] Platon, Listy, PWN, Warszawa 1987, przeł. M.Maykowska, s. 53.
[21] N. Postman, Zabawić się na śmierć, MUZA SA, Warszawa 2002, s. 32.
[22]D.Dayan, E. Katz, Wydarzenia…,op.cit., s. 292.
[23] D.Dayan, E. Katz, Wydarzenia…,op.cit., s.291.
[24] T. Caldeira, Fortified enclaves: the new urban segregation, Public Culture 8/2, 1996, s. 303-329.
[25] E.Hall, Ukryty wymiar, MUZA SA, Warszawa 2009, s. 132.
[26] J.Baudrillard, Symulakry i symulacje, Wydawnictwo Sic, Warszawa 2005, s. 15-18.
[27] Tamże, s. 32.
[28] Tamże, s. 25-29.
[29] Tamże, s. 39.
[30] http://wiadomosci.wp.pl/kat,1019409,title,Matka-polrocznej-Magdy-wychodzi-z-aresztu,wid,14810811,wiadomosc.html (Dostęp: 4.08. 2012).
[31] Tamże, s. 41.
[32] Thomas Bernhard, Wymazywane, przeł. Ilona Lisicka, Warszawa 2004.



Komentarze
Pokaż komentarze