Die Weisse Band
„Dlaczego człowiek nie może trwać zamknięty w samym sobie? Dlaczego goni za formą i wyrazem, usiłując wyzuć się wszelkich treści i jakoś ułagodzić chaotyczny, niesforny proces? Czy nie byłoby pożyteczniej zatonąć w nurcie wewnętrzności, nie myśląc zgoła o żadnej obiektywizacji i smakować tylko z cichą rozkoszą najintymniejsze swoje porywy i poruszenia? Gdyby to się człowiekowi udało, przeżywałby w sposób nieskończenie wprost intensywny i bogaty cały ów wewnętrzny wzrost, który dzięki doświadczeniom duchowym może osiągnąć pełnię”
Emil Cioran, Na szczytach rozpaczy
„I jest w tym wola, co nie umiera. Któż zbadał tajemnice woli oraz jej moce? Albowiem Bóg jest tylko możną wolą, dzięki swemu natężeniu przenikającą wszechrzeczy. Człowiek nie ustępowałby aniołom i nie podlegałby wcale śmierci, gdyby nie słabość wątłej jego woli”.
Joseph Glanvill
Podczas odbywającego się (zresztą, jak zawsze w tym miejscu) na Lazurowym Wybrzeżu tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes, jury pod przewodnictwem Naniego Moretiego uznało (tym samym wybierając) za najlepszy film, dzieło „Miłość” w reżyserii Michaela Heneke. Nie jest to pierwza nagroda, jaką otrzymał w ciągu kilkudziesięciu lat trwania pracy zaowodej, ten 70-cio letni już dzisiaj, urodziny w Monachium twórca. Szczególna uwagę bowiem zwraca produkcja z roku 2009. za którą reżyser nagrodzony został nie tylko Złotą Palmą, czy Złotym Globem, ale otrzymał nominację do Oscara w kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny”. Mowa o Die Weisse Band – Białej wstążce.
Twórca przenosi nas do niewielkiej niemieckiej wsi doby drugiego dziesięciolecia XX wieku, której mieszkańcy żyją w zgodzie z ( może pod przymusem i presją?) weberowską etyką protestantyzmu, której to zasady ponowoczesnemu człowiekowi wydawać się mogą podniesionymi do granic fanatyzmu pseudo-prawem, pseudo-moralnością, pseudo-religią. Jakkolwiek byśmy to nazwali, literą prawa panującego we wsi jest Słowo Boże, na którego chwałę mieszkańcy muszą oddawać się ciężkiej, rygorystycznej pracy, prowadzić ascetyczny tryb życia, w którym wydatki redukowane są do minimum, a w przypadku posiadania bogactwa, nie mogą ulegać lenistwu i bezczynności. Kiedy spogląda się na czarno-białe obrazy, wykadrowane w prosty, a zarazem perfekcyjny sposób (przykładem operatora filmowego, który fotografował w podobny sposób, był współpracujący z Ingmarem Bergmanem, Sven Nykvist), można zatopić się w atmosferze błogiego, nostalgicznego, melancholijnego spokoju. Widzimy tutaj piękne łany zbóż, wśród których „buszują” w zsynchronizowanym rytmie rolnicy. Widzimy piękno drzew, ptaków, nieba, krajobrazu, ukazanych w całej swej okazałości. Błoga cisza i spokój roztacza się nad okolicą w niemalże baśniowy sposób. Czy jest to potwierdzenie tezy Maxa Webera, że oto etyka protestancka wyzwala w człowieku jedynie dobro, czyniąc go „użytecznym”, czego efektem jest potężny rozwój kapitalizmu i gromadzenie przez społeczeństwo pokaźnego majątku mającego świadczyć o sile ducha? Nie jest moim celem wdawanie się w polemikę z „gigantem socjologii”, jak również opisywanie jego koncepcji, nie mniej jednak dodam jedynie, że owa teza została już dosyć dawno obalona. Wracając jednak do filmu Michaela Heneke, na pierwszy rzut oka nie widać, by mieszkańcy wsi zmagali się z jakimiś problemami natury wewnętrznej( psychicznej), takimi jak głębokie poczucie winy wynikające z bycia naznaczonym złem i grzechem, których należy się wystrzegać na każdym kroku, a których popełnienie jest tak proste. No właśnie „nie widać tego jeszcze na powierzchni, ale pod ziemia huczy już ogień”, jak rzekł indonezyjski pisarz Y.B Mangunwijaya w roku 1998. Otóż pod przykrywką spokoju ducha, równowagi struktury społecznej, jaka panuje we wsi, pod przykrywką dobrych czasów przed pierwszą wojną światową, gdzie jeszcze ludzie żyją spokojnie w cichym zakątku dbając o rodzinę, pracę i wiarę, kryją się i szaleją demony. Bowiem mimo, że ład i porządek krzewiony wśród ludzi zgodnie z kazaniem „muss sein” przynosi wiele owocnych plonów, niejednokrotnie wiąże się to z głębokimi obciążeniami psychicznymi, z jakimi zmagać muszą się bądź, co bądź – żywe istoty. Widzimy, że we wsi panuje swoista i niepodważalna hierarchia. Majątkiem i ziemią zarządza baron zatrudniając większość mieszkańców. Pasterzem ludzkich dusz jest surowy – zwłaszcza dla swoich dzieci – pastor. Istotne role odgrywają również lekarz – przy okazji molestujący seksualnie swoją córkę – i nauczyciel szkolny nie potrafiący poradzić sobie w kontakcie z kobietą. Wszak „aby społeczeństwo mogło dobrze funkcjonować, jego członkowie muszą przyswoić sobie charakter, który sprawiałby, że chcieliby postępować tak, jak postępować powinno jako członkowie tego społeczeństwa lub którejś z jego poszczególnych klas. Powinno oni pragnąć tego, co mocą obiektywnej konieczność czynić muszą. Zewnętrzną siłę zastępuje wewnętrzny przymus oraz określony rodzaj energii ludzkiej działającej poprzez cechy charakteru”[1]. Całość środowiska tej niemieckiej wsi, zamyka ciemny, prosty, chłopski lud wciąż obawiający się o swoją przyszłość i pracujący ponad siły. To, co jednak interesujące, to zimna, surowa, sztywna atmosfera, do jakiej przyzwyczajać muszą się kolejne pokolenia dzieci. Widzimy brak zainteresowania ze strony dorosłych o uczucia swych podopiecznych. Najważniejsze jest to, by młodzi byli grzeczni, posłuszni, słuchali nakazów, przestrzegali zakazów i wierzyli w kazania. Nie liczy się rozwój ich cech indywidualnych. Brak tutaj miejsca na swawolę, zabawę, swobodę w podejmowaniu decyzji czy poznawaniu świata. Przypomina to po części riesmanowski typ rodziny tradycyjnej, jak i społeczeństwo wewnątrzsterowne. Ludzie ci niemal od przyjścia na świat, mają we krwi podporządkowanie. Jest to wręcz ich naturalny made od confornity – mechanizm przystosowania, którego symbolem staje się biała wstążka przywiązywana przez pastora do ramion dzieci w celu naznaczenia ich piętnem win, jakich rzekomo dopuściły się w oczach swojego ojca, jak również w oczach pozostałych członków rodziny. Psychiczny żyroskop zostaje wprawiony w ruch po to, by utrzymać niepokornych na właściwym torze. Powinni oni „przez całe życie widzieć w swym charakterze coś nad czym trzeba pracować”[2].
Oglądając Die Weise Band widz spostrzec może, że w tym z pozoru niezakłóconym i sielskim życiu mieszkańców wsi, dochodzi do serii niemal wręcz tajemniczych i niewytłumaczalnych wypadków: koń lekarza przewraca się potykając o rozciągnięty między drzewami niewidoczny drut, w młockarni ginie matka Felderów, za co jej syn obwiniając barona niszczy jego pole z kapustą, następnie zostaje ukarany przez Ojca, wydziedziczony i pozbawiony czci. Nawet śmierć żony nie zachwiała psychiką starego Feldera, który bezgranicznie ufał swojemu jedynego żywicielowi i wierzył w „Die protestantische Ethik und der Geist des Kapitalismus”. Myślę, że niewątpliwie interesującym zdarzeniem mogłoby być nagłe pojawienie się w wiosce postaci, który pojawia się w jednym z opowiadań Edgara Allana Poe. Mam na myśli młodzieńca o cudzoziemskim wyglądzie, który pewnego dnia nawiedził mieszkańców Vondervotteimittiss. Miał cerę śniadotabaczkową, długo, haczykowaty nos, groszkowate oczy, szerokie usta i przedziwnie rozwinięte zęby, z którymi widocznie nie lubił się ukrywać, szczerząc je od ucha do ucha. Pewnego dnia ów młodzieniec – dodam w ramach ścisłości, że był to diabeł – wskoczył na dzwonnicę ratuszową, na której to od zarania dziejów dzwonnik o godzinie 12:00 wybijał potężny rytm. Mieszkańcy zaś będąc w transie liczyli do dwunastu spoglądając równocześnie i każdy z osobna na swoje naręczne zegarki. I wszystko pozostałoby w porządku, gdyby nie diabeł, który wykrzyczał liczbę trzynaście, całkowicie tym samym zaburzając rytm życia mieszkańców. Usłyszawszy jego wypowiedź, doznali wewnętrznego porażenia, jakiego doznał pewien były radziecki żołnierz, który przez całe swoje życie głęboko wierzył w to, że walczył w słusznej sprawie zawłaszczając polskie ziemie w czasie II Wojny Światowej myśląc przy tym, że jest zbawicielem ludzkości. Kiedy pewien reporter oznajmił mu, że to nie tak, że Armia Radziecka nie była Bratem, a okupantem, jego system wartości się załamał, a dla niego samego życie straciło sens. Całe Vondervotteimittiss pogrążyło się w żałosnej rozterce. Zmiana czasu zrodziła chaos.
„ - Co bendje s muj pszuch? – ryczeli wszyscy chłopcy – Mam głud o ten godin!
- Co bendje z muj krat? – skwierczały wszystkie baby – Fstawiłam go na ten godin!
- Co bendje z muj fajka? – klęli wszyscy mali staruszkowie – Dunder und Blitzen! Nie ma w nij tabak o ten godin! – i napełnili je znowu z wielkim gniewem, a rzuciwszy się w swe fotele, jęli kopcić tak mocno i tak zawzięcie, że cała dolina pogrążyła się w nieprzeniknionym dymie”.
By we wsi ukazanej przez Michaela Heneke doszło do tragedii, obecność „diabła w dzwonnicy” była zbędna, bo przecież widzimy, jak spętani siecią zakazów i nakazów ludzie w końcu nie wytrzymują ciągłej presji. Obrazem tego jest postać Maksa, który zbuntowany (któż nie byłby oburzony znając winnego śmierci własnej matki, a mimo to musiałby trzymać gębę na kłódkę?) doprowadza przez swoje niekontrolowane i wybuchowe postępowanie do tego, że cała rodzina zostaje odtrącona przez barona i wyrzucona poza nawias społeczności. Siostra traci pracę, dzieci zaczynają cierpieć głód, a stary Felder popełnia w końcu samobójstwo. Oto konsekwencja stosowania się bezgranicznie do etyki weberowskiej, do riesmanowskiego kontrolowania za pomocą żyroskopu będącego składnikiem autorytarnej skali wartości. Reżyser postawił tezę, że oto właśnie paradoksalnie z powodu stosowania się do bezwzględnych nakazów, z powodu życia w ciągłym posłuszeństwie, w którym ludzie muszą zmagać się z poczuciem winy i tłumić własne potrzeby, że w końcu z powodu braku opiekuńczych postaw ze strony rodziców wobec dzieci, rodzi się zło! Oczywiście, żadna jednostka ani społeczeństwo nie może istnieć bez oparcia o tradycję (Czy aby na pewno? Nie wiem), która kształtuje kolejne pokolenia. Warto jednak również zwrócić przy tym uwagę na fakt, że bardzo często pod przykrywką etyki i całej tej troski o moralność, kryją się fałsz, hipokryzja, a ludzie posłuszni kodeksom bez względu na wszystko, zakrywają prawdę o samych sobie. W konsekwencji mamy zakłamany świat, gdzie lekarz gwałci własną córkę, baron traktuje żonę niczym szmatę do podłogi, pastor tresuje dzieci niczym psy obronne czuwając nie tylko nad ich duszami, ale i cielesnością – przykład przywiązywania do łóżka rąk chłopaka, który dopuszczał się masturbacji. To, na co chcę zwrócić właśnie teraz uwagę, to cielesność ujęta w ramy konsumpcjonizmu. Pomijając kwestie religijnych zakazów, jak również tematykę masturbacji czy generalnie rzecz biorąc seksu, nie bez przyczyny sparafrazowałem na samym początku tytuł dzieła Maxa Webera dotyczący protestantyzmu, na temat białej wstążki, jako oznaki czystej cielesności i na temat etyki ponowoczesności i ducha konsumpcjonizmu. Nie bez powodu również zanalizowany został film stworzony przez Michaele Heneke, ponieważ oglądając ponowoczesną rzeczywistość, niejednokrotnie można spotkać się z presją, której jesteśmy poddawani, a z którą mieli do czynienia mieszkańcy tej niemieckiej wsi z okresu przed drugą wojną światową. Dziś presja ta przybiera jednak nieco inną formę.
24 września 2007 roku , czyli na dwa lata przed premierą „Die Weise Band” we włoskiej gazecie La Repubblica oraz na bilbordach pojawiły się fotografie autorstwa Oliviero Toscaniego. Na zdjęciach mogliśmy zobaczyć nagą, znajdującą się w półleżącej pozycji kobietę, wychudzoną do granic wytrzymałości organizmu – podobne fotografie można spotkać w Muzeach Byłych Obozów Koncentracyjnych takich jak Auschwitz, tam jednak ich cierpienia mimo, że spowodowane głodem, miały zupełnie inny wymiar i nie można ich porównywać do tych, z jakimi zmagała się kobieta z gazety. Była to francuska modelka i aktorka Isabelle Caro cierpiąca na anoreksję od prawdopodobnie już 13-go roku życia. Publikacja fotografii i wywieszanie bilbordów miało miejsce przed rozpoczęciem Mediolańskiego Tygodnia Mody, a inicjatywa z jaką wyszedł fotograf Benettona oraz jego obiekt była częścią większej kampanii NO – ANOREXIA, prowadzonej przeciwko anoreksji, a finansowanej przez włoską firmę odzieżową No-lita. Opublikowane fotografie wywołały szok niemal w całym Zachodnim świecie, a włoska rada do spraw reklamy zakazała publikacji obrazów, które według opinii m.in. Fabioli De Clerk (włoska pisarka zajmującą się tematyką zaburzeń odżywania oraz założycielka fundacji ABA mającej na celu wsparcie osób cierpiących na anoreksję i bulimię) mogły jedynie jeszcze wzmagać rywalizację wśród chorych o bycie ekstremalnie chudym. Sama Isabelle Caro na rok przed śmiercią wystąpiła w programie telewizyjnym Jessiki Simpson :The Price of Beaty”, gdzie wyznała, że zamierza walczyć o swoje życie, które powinno być przestrogą dla wszystkich dziewcząt pragnących rozpoczęcie stosowanie diet odchudzających. Na pytanie „jak właściwie zaczęła się jej męka” odpowiedziała, że właściwie w dużej mierze przedstawiciele agencji modelek wpłynęli na jej psychikę zarażając ją wirusem choroby: „Kiedy zaczynałam powiedziano mi, że muszą schudnąć dziesięć kilogramów. Później, kiedy już jako anorektyczka, pojawiałam się na castingach, nikogo nie dziwiła moja waga. Wszyscy byli przyzwyczajeni do chudych dziewczyn”. Z dalszych zwierzeń Isabelle Caro dowiedzieć się można było, że w roku 2006 ważyła 25 kilogramów przy wzroście 165 cm i zapadła w śpiączkę. Był to jeden z najgorszych okresów choroby, a lekarze nie dawali jej szans na przeżycie. W końcu 17 listopada 2010 roku (rzekomo do dzisiaj nie określono jednoznacznie przyczyn śmierci) zmarła w Tokio – japońskiej stolicy zapchanej setkami świecących reklam, bilbordów czy Love-Hotelami.
Jej przykład pokazuje, jak w ponowoczesnej kulturze, w ponowoczesnej rzeczywistości ludzie są więźniami nowej etyki. Etyki niszczącej ich w większych stopniu, aniżeli ta, do której stosować musieli się mieszkańcy niemieckiej wsi zobrazowanej przez Michaela Heneke. Jest to etyka konsumpcji, w której najpiękniejszym jej przedmiotem stało się CIAŁO zajmujące dzisiaj miejsce duszy w jej ideologicznej i moralnej formie. Ciało, które wykorzystywane jest dzisiaj niemal wszędzie – w reklamach kosmetyków i napojów energetycznych, w promocji określonego, rzekomo „zdrowego” trybu życia, w badaniach związanych z medycyną, inżynierią genetyczną, w kampaniach politycznych czy nawet na rynku pracy. Z każdej strony otacza nas swoisty kult higieny, czystości, obowiązkowego seksapilu. Ludzie wpadli w obsesję bycia wiecznie młodym, aktywnym, wiecznie ponadprzeciętnie męskim lub kobiecym: „Zabiegi kosmetyczne, diety, towarzyszące im praktyki samopoświęcenia i ascezy, spowijający je Mit Przyjemności – wszystko to świadczy o tym, że ciało stało się dziś przedmiotem zbawienia”[3]. Założyliśmy sami na siebie kaganiec, wprowadzając kodeks powszechnie uznawanych nakazów o wiele bardziej surowych od tych, które mieściły się w etyce protestantyzmu. Nieustanna propaganda przypomina nam o tym, że musimy być piękni, szczupli, umięśnieni, elastyczni, giętcy, pachnący, ze skórą gładką i pozbawioną jakichkolwiek defektów w postaci zmarszczek, zbędnego owłosienia czy nawet okularów! Co więcej, naturalny, dany nam w genach wygląd twarzy, kształt ust czy nosa, jest nie przystający do filmowych czy prasowych standardów, do wirtualnych, hiperrzeczywistych odpowiedników. Prowadzi to do medycznego kultu: operacji plastycznych, wstrzykiwania botoksu, wycinania „zbędnych miejsc” naszej cielesnej powłoki, która w koncepcji Platona była więzieniem duszy – dziś wydaje się, że to Dusza jest więzieniem ciała. W szerzeniu tej ideologii wspomagają nas guru cielesnej mody, mistycy seksualnego objawienia stosując taktykę represyjnej troski oddziałującej zwłaszcza na ludzi o niskim poczuciu własnej wartości.
Oto mit body salvution, gdzie jednostki stają się ofiarami symboli
i fantazmatów mieszczących się w obrębie już nie tylko reklamy, ale i codziennego życia, które nie może obejść się bez zażywania kolejnej dawki tej „heroiny” ! Na końcu w najlepszym przypadku każdy, kto został poddany takiej deprywacji osobowości, zamienia się w zseksualizowaną lalkę. W najgorszym zmaga się z depresją, anoreksją, bulimią czy innymi zaburzeniami psychicznymi połączonymi ze społecznym wykluczeniem. Wzrasta frustracja spowodowana niemożliwością dorównania „ideałowi z okładki, ekranu czy głośnika”, a dzieła dokańcza nieokreślona i znajdująca się w nieokreślonej przestrzeni goffmannowska instytucja totalna o specyfice bardziej skomplikowanej aniżeli zakład karny, szpital psychiatryczny czy wojsko. NO – ANOREXIA i śmierć Isabelle Caro – oto wynik nieustającego szczucia funkcjonalnym erotyzmem, kultem formy i szczupłej sylwetki oraz etyką ponowoczesności przepełnionej duchem konsumpcjonizmu.
[1] Individual and Social Origins of Neurosis w: „American Sociological Review” nr IX, 1944, s. 380.
[2] D. Riesman, Samotny tłum, PWN, przeł. Jan Strzelecki, Warszawa 1971, s.59.
[3] J. Baudrillard, Społeczeństwo konsumpcyjne. Jego mity i struktury, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2006, s. 169.



Komentarze
Pokaż komentarze