Dziś dość niespodziewanie doszło do pierwszej debaty telewizyjnej podczas obecnej kampanii wyborczej. W studiu Polsatu spotkali się Donald Tusk z Waldemarem Pawlakiem. Zaproszenie zostało także wystosowane do Jarosława Kaczyńskiego, Grzegorza Napieralskiego i Pawła Kowala. Jednak z różnych względów wspomniana trójka na debacie się nie pojawiła. Paweł Kowal był w tym czasie w Castel Gandolfo, a Jarosław Kaczyński z Grzegorzem Napieralskim najprawdopodobniej uznali, że taka debata może im tylko zaszkodzić.
Paradoksalnie, można stwierdzić, że zarówno lider PiS-u, jak i SLD na dzisiejszej debacie zyskali. Przecież rozmowę Tuska z Pawlakiem trudno nazwać debatą. Jeszcze gdyby zamiast Tuska do rozmowy z Pawlakiem stanął chociażby minister finansów to można byłoby się wówczas spodziewać jakiejś różnicy z zdań, a tak to mieliśmy tylko wzajemne przytakiwania.
Uczestnikiem tej debaty był także szef polsatowskich wydarzeń Jarosław Gugała. Trudno go podejrzewać o sprzyjanie opozycji, ale jego obecność na szczęście trochę zakłócała tę sielankę pomiędzy Tuskiem a Pawlakiem. W pewnym momencie premier powiedział swojemu wicepremierowi, że go ostrzegał, że z Jarosławem Gugałą będzie trudniej niż z opozycją. Podsumowując całą debatę mogę stwierdzić, że cieszę się, że liczba uczestników ograniczyła się tylko do tercetu Tusk, Pawlak, Gugała, bo dzięki temu można było usłyszeć odpowiedzi obydwu polityków na pytania Jarosława Gugały. Obecność Kaczyńskiego i Napieralskiego na pewno ograniczyłaby liczbę pytań, a pytanie które padło pod sam koniec debaty mogłoby wówczas w ogóle nie paść.
To pytanie dotyczyło polityki prorodzinnej i tego jak PO i PSL planują walczyć z kryzysem demograficznym. Na początku duet Tusk/Pawlak przekonywał dziennikarza Polsatu, że obecnie polityka prorodzinna działa bez zarzutu, bo przecież są ulgi na dzieci. Przypomnę tylko, że te ulgi to nie zasługa PO, tylko polityków Prawicy Rzeczypospolitej, którzy przeforsowali ten pomysł podczas rządów Jarosława Kaczyńskiego. Na szczęście Jarosław Gugała nie dał się tak łatwo zbyć i dalej drążył temat. Po kilku minutach doczekał się odpowiedzi.
Pierwszy odpowiedział Tusk. Stwierdził on, że jego rząd planuje w przyszłej kadencji wprowadzić zapis, że ulga na dzieci będzie przyznawana tylko rodzinom mającym 3 lub więcej dzieci. Nie podał co prawda o jaką kwotę chodzi, ale nawet gdyby myślał o kwocie wyższej niż obecnie to pomysł wydaje mi się całkowicie nietrafiony. W jaki bowiem sposób taka ulga przekona będące w trudnej sytuacji materialnej małżeństwo do powiększenia rodziny? Jeśli takiemu małżenstwu od razu urodzą się trojaczki to problem z głowy, ale co taka rodzina zrobi jak urodzi się tylko jeden potomek, albo nawet bliźniaki? Nie powiem, że obecna ulga na pewno działa tak, że taka rodzina nie będzie się bała o swoją przyszłość, bo sam Marek Jurek przekonywał, że ta ulga to dopiero pierwszy krok w odpowiedzialnej polityce prorodzinnej państwa. Ale nie mieć nic, a dostać ponad 1000 lub 2000 PLN odpowiednio przy jednym lub dwójce dzieci to jednak spora różnica. Widać jednak premier Tusk uważa, że trojaczki rodzą się bardzo często i dzięki jego pomysłowi kryzys demograficzny przestanie istnieć.
Inny pomysł miał Waldemar Pawlak. Stwierdził on, że PSL będzie dążyło do tego by matki nie wychowywały swoich dzieci, tylko mogły pójść do pracy i oddać dziecko w opiece niani. Przyznam, że bardziej idiotycznego pomysłu to chyba się nie spodziewałem. Nie trzeba bowiem kończyć Harvardu by wiedzieć, że dla dziecka, zwłaszcza w pierwszych latach jego życia, kontakt z matką jest nieoceniony. Nawet najwspanialsza niania nie da dziecku tego, co własna matka. Widać prezes Pawlak pomylił walkę z kryzysem demograficznym z walką z bezrobociem, bo gdyby jego pomysł udało się wcielić w życie to znacznie wzrósłby popyt na nianie.
Cieszę się więc, że miałem okazję dowiedzieć się jak PO i PSL rozumieją politykę prorodzinną i mam nadzieję, że inne młode małżeństwa, które zastanawiają się nad powiększeniem rodziny też wysłuchały tych wypowiedzi.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)