Patrzę w górę i co widzę? Niebieskie niebo. Jeżeli stopień zapylenia jest tak niewielki, to dlaczego mielibyśmy się bać latać?
Jedyny problem polega na kosztach.
To co obserwujemy na Europą to rozsiane pyły wulkaniczne niewielkiej erupcji. Niewielkiej, gdyż tego typu emisje 2 lub 3 stopnia odbywają się gdzieś na świecie co roku. Pyły nie są skoncentrowane w chmurze jaką zwykliśmy oglądać nad wulkanami, są rozproszone na obszarze porównywalnym z całym europejskim kontynentem. To nie są sytuacje skrajne, lecz całkowicie zwyczajne.
Sytuacja skrajna wystąpiła jedynie raz. Kiedy samolot wleciał bezpośrednio w chmurę popiołów niedaleko alaskańskiego wulkanu. Tutaj zagęszczenie było tak wielkie, że pracujące silniki paliły się podczas lotu.
Silniki wlatujące w gęstą jak smoła chmurę popiołów jak nad Alaską jakiś czas temu, wyłączyły się. Następnie po obniżeniu lotu przez samolot i wyleceniu z chmury włączyły się ponownie. Pilot nieświadomy przyczyny problemów, po włączeniu silników ponownie zwiększył pułap, ponownie wlatując w chmurę. Wtedy również zaczynały gasnąć silniki, dlatego rozumiejąc, że przyczyna problemów ma coś wspólnego z wysokością, obniżono pułap lotu. Wtedy wszystko wróciło do normy. Co prawda po lądowaniu okazało się, że łopatki silnika zostały poważnie powycierane, jak przy piaskowaniu, jednak sam silnik dalej mógł wykonywać swoją pracę. Lot w takich warunkach jedynie bardziej go zużył.
Samolot wylądował bez problemów, pomimo zamazanych szyb, ponieważ współcześnie prawie każde lotnisko ma radarowy system wyznaczający ścieżkę podejścia na pas. Piloci nie muszą niczego widzieć, system bowiem zakłada, że widoczność jest ograniczona z powodu mgły. Nie wszędzie co prawda jest taki system instalowany. Nie był on zainstalowany między innymi na lotnisku w Smoleńsku. Jednak wszystkie największe międzynarodowe lotniska go mają.
Dlaczego więc powinniśmy się bać latać?
Do obaw o bezpieczeństwo lotów nie ma podstaw.
Jedyny problem polega na kosztach.
Szybciej matowiejące szyby, szybciej zużywające się łopatki silnika odrzutowego. To oczywiście podroży ceny biletów, jednak z powodu rozrzedzonego pyłu wulkanicznego w powietrzu, żaden dobry samolot nie ma prawa sprawiać kłopotów.
Jedyny problem polega na kosztach.
Być może z tego powodu zdrożeją nieco loty nad Europą. Właściciele samolotów odbiją sobie większą niż zwykle amortyzację maszyn. Jednak pod pretekstem jednej małej erupcji wulkanu, nie można odcinać starego kontynentu od najsprawniejszej z możliwych dróg łączności ze światem.
Rząd unijny stara się rekompensować zakaz lotów odszkodowaniami dla przewoźników. Umierające śmiercią naturalną linie kolejowe przeżywają drugą młodość.
Jednak nikt nie mówi o ogromnych globalnych stratach całego europejskiego biznesu.
To już nie jest tylko problem kosztów – to jest hekatomba strat.
Ile spotkań biznesowych się nie odbyło?
Ile umów handlowych nie zawarto?
Jak wiele firm handlujących do tej pory z Europą, w przyszłości szerokim łukiem ominie nasz region, ponieważ w naszych warunkach nigdy nie wiadomo, kiedy znowu dojdzie do paraliżu komunikacji z powodu urzędowego zakazu lotów?
Dlaczego nikt nie widzi, że z tak zachowawczymi urzędnikami przestajemy być konkurencyjni?
Na te pytania nikt nie odpowiedział, a właśnie one są kluczowe w rozpatrywaniu realnych konsekwencji absurdalnego zakazu lotów, wydanego na wyrost i pod wpływem lobby kolejowego.
Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby w przyszłości globalny handel omijał Stary Kontynent, z powodu ciągłego zagrożenia uziemieniem ważnych ludzi, z punktu widzenia ekonomiczno-informacyjnych przepływów. Nie możemy sobie pozwolić na uziemienie towarowych przepływów, choćby zwykłych przesyłek lotniczych.
Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby Stany Zjednoczonego i daleki wschód zawierały układy o podziale gospodarczych wpływów – ponad naszymi głowami, ponieważ nad naszymi głowami niebo od samolotów będzie czyste.
Wulkany pomimo tego, że to twory naturalne są skrajnie nieekologiczne. Dlatego powinniśmy wymyślić sposób radzenia sobie z ich wpływem na świat, wraz z tworzeniem sztucznego globalnego ocieplenia włącznie.
Zamiast tego ulegamy wpływom natury za bardzo. Tak bardzo, że nasza dbałość o bezpieczeństwo podróżnych jest w tym przypadku nie tylko nie na miejscu – dla świata staje się ona powoli po prostu śmieszna.
ZibiKendo
Komentarze
Pokaż komentarze (1)