Kiedy zatem wszyscy czekali na kolejny półfinał piłkarskich mistrzostw, ja wsiadłem w samochódi ruszyłem do Kałkowa.- relacjonuje autor. Co kazało nagle wyruszyć autorowi, oderwać się od ekranu telewizora i gnać? Wyjaśnia to tak:
Kiedy tylko ujrzałem na zdjęciach w internecie kolejny pomnik katastrofy smoleńskiej, tym razem w formie tupolewa z betonu postawionego w sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Kałkowie, uznałem, że monument ten ujrzeć muszę osobiście, naocznie przekonać się o jego demonstrowanym na zdjęciach szkaradzieństwie, są rzeczy, o których pisać należy jedynie po bezpośredniej konfrontacji.
Groteskowy pomnik nie byłby w pełni groteskowy, gdyby Varga nie odbył swej groteskowej pielgrzymki. Groteskowość pielgrzymki Vargi dopełnia groteskowości pomnika tak, że oboje: on - statyczny monument i ona - dynamiczna pielgrzymka, osiągają doskonałą pełnię groteskowości i szkaradzieństwa.
A może Varga zbiera materiał do kolejnej książki? Czy narodzi się Ulisses świętokrzyski, na wzór dublińskiego?
Początek podobny, pierwszy odcinek (zaczątek) w gazecie znajdujemy...
Leopold Varga Bloom błądzi po polskich bezdrożach, wiedziony na manowce zjawami nazw miejscowości, niby śpiewem syrenim ...
Na końcu podróży, u celu, rozczula się i oddaje swoisty hołd koślawemu pomnikowi,"monumentowi ku chwale polskiego nieudacznictwa wszelkiego rodzaju". I wtedy właśnie odkrywa w sobie tę polskość, tę swojską obcość, której tak u innych się brzydzi. Wymiotuje (duchowo oczywiście) i gardząc sobą nie-sobą, gardząc tym karłowatym poganinem katolickim, który w nim podstępnie się zadomowił, powraca uspokojony, obmyślając jak skarb odnaleziony"wpisać do jakiegoś rejestru i chronić"... uspokojony i jakby nieco uniesiony ponad szosą,"albowiem wszelkie nasze uniesienia są po prawdzie z betonu i odpadków surowcowych".

![]()



Komentarze
Pokaż komentarze