Active lifestyle
To nie jest kolejny blog fitnessowego kaznodziei. Fajnie jest być sprawnym, zdrowym i czasem gnać ku wolności! Dlatego dzielę się tym, co otrzymałem od innych. Jeśli choć jedna osoba z tego skorzysta, to znaczy, że było warto.
2 obserwujących
14 notek
22k odsłony
1051 odsłon

Long day in Arctic - Trekking przez Spitsbergen #1

Północny brzeg Isfjordu widziany z ujścia doliny Grumantbyen
Północny brzeg Isfjordu widziany z ujścia doliny Grumantbyen
Wykop Skomentuj6

Stoję zmarznięty pośrodku arktycznej doliny, próbując ogrzać się płomieniem z kuchenki. Wczoraj w okolicy grasował niedźwiedź, a mój towarzysz, idąc na zwiad, zabrał jedyną strzelbę, jaką mamy...


Pomysł na trekking po Spitsbergenie zrodził się ponad rok temu. Początkowo chęć udziału zgłaszało sporo osób, lecz jak to zwykle bywa, większość wykruszyła się w tzw. międzyczasie. Ostatecznie wybraliśmy się we dwóch, co w niebagatelnym stopniu wpłynęło na nasze plany. Mateusza poznałem kilkanaście miesięcy temu w schronisku Piątce i od razu się zakolegowaliśmy. Od tego czasu byliśmy razem kilkukrotnie w Tatrach a w zeszłym roku wybraliśmy się w kazachski Tianszan. To on w naszym duecie reprezentuje zdrowy rozsądek i przygotowanie merytoryczne. Często musi mi wyjaśniać, dlaczego mój pomysł jest szalony albo przynajmniej brawurowy.

Termin wyprawy nie był przypadkowy, bo w pierwszy weekend czerwca Svalbard gości biegaczy z różnych krajów na corocznym maratonie. Uznaliśmy że to okazja, by nieco wydłużając pobyt, upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Jako że Norwegia, a zwłaszcza arktyczny archipelag, rajem cenowym nie jest, a siedzenie w hotelu to żadna przygoda, zdecydowaliśmy się na namiot. Przy temperaturze około zera nie jest to aż tak ekstremalny wariant, jak by się mogło wydawać – oczywiście jeśli się człowiek odpowiednio przygotuje. W kwestii szykowania miałem sporo szczęścia, bo większość inicjatywy wziął na siebie mój partner.

image
Autor uchwycony na trasie Spitsbergen Marathon - źródło: Mateusz Hil

Na Spitsbergen z kontunentu można dotrzeć drogą morską lub tak jak my, powietrzną. Jako że nie ma bezpośrednich połączeń z Polski, mieliśmy przesiadkę na lotnisku w Oslo, gdzie udało nam się przespać kilka godzin. Z dużymi plecakami, mieszczącymi m.in. zimowe ubrania, sprzęt turystyczny i obfite zapasy jedzenia, 1 czerwca wylądowaliśmy w Longyearbyen. Udało nam się złapać stopa do, oddalonego od lotniska o pięć kilometrów, miasta, gdzie załatwiliśmy kilka przyziemnych spraw typu zakupy spożywcze i wysłanie pocztówek. Na Svalbardzie żyje 2.500 ludzi, dla których podwożenie się nawzajem jest rzeczą całkiem normalną.

Longyearbyen Camping jest najdalej wysuniętym na północ polem namiotowym świata, odległość stąd do bieguna wynosi zaledwie 1300 km. Usytuowanie na 78 równoleżniku (czyli za kołem podbiegunowym) oznacza, że występują tutaj noc i dzień polarny. W czasie tego drugiego trwa sezon turystyczny i wtedy w obozowisku można spotkać podróżników z całego globu. My pierwszego dnia poznaliśmy grupę Polaków, którzy również przyjechali zanęceni perspektywą przebiegnięcia maratonu w tak wyjątkowej lokalizacji. Potem dowiedzieliśmy się, że kemping regularnie przyjmuje gości z naszego kraju, przyjeżdżających na początku i pod koniec sezonu.

image
Nieproszony gość w hotelu Isfjord Radio - źródło: www.visitnorway.com

Pierwszym punktem programu naszego wyjazdu, jeszcze zanim mieliśmy wymaszerować na spotkanie przygodzie, był więc Spitsbergen Marathon. Tegoroczna, osiemnasta edycja epickiej imprezy biegowej, zgromadziła kilkaset uczestników, chcących zmierzyć się z surowym klimatem i własnymi słabościami. Dla mnie był to już czwarty w ciągu 6 tygodni bieg na dystansie „królewskim“ lub dłuższym, więc nie można powiedzieć, żebym błyszczał formą. Jednak powodów do dumy nie zabrakło, ponieważ pierwsze miejsce zajął Polak, Piotr Suchenia. Dodatkową nagrodą po zawodach dla rezydentów kempingu, okazały się być pamiątkowe tabliczki belgijskiej czekolady.

Po kilku dniach relaksu w arktycznym sanatorium, 5 czerwca wyruszyliśmy z Mateuszem piechotą do oddalonego o ok 35 km w linii prostej Barentsburga. Przed wymarszem odbyliśmy jeszcze odprawę z poznanym na miejscu Finem, który udzielił nam wskazówek dotyczących trasy. Zabraliśmy wypożyczone na miejscu: karabin Mauser, pistolet hukowy i telefon satelitarny a także m.in.: namiot, kuchenki, jedzenie, mapy itd. Zaplanowaliśmy dojście do chaty Rusanowa bez spania po drodze, ponieważ rozbicie obozu przy zaledwie dwóch osobach wartujących, byłoby wyczerpujące. Po opuszczeniu kempingu skierowaliśmy się na zachód i choć nasze plecaki nie były lekkie, tempo na początkowych kilometrach mieliśmy całkiem przyzwoite.

Pierwszy postój zrobiliśmy po ok półtorej godziny, żeby załadować broń, która nie może być nabita na terytorium miasta. Przed wyjazdem przeszliśmy szybkie przeszkolenie w obsłudze tego sprzętu, jednak nie powiem żebym czuł się biegłym snajperem. Dzień wcześniej w tej części wyspy niedźwiedź włamał się do hotelowego magazynu i dopiero hałas śmigłowca go spłoszył. Takie nowinki mocno poruszają moją wyobraźnię, więc im dalej odchodziliśmy od cywilizacji, tym większy niepokój odczuwałem. I chociaż strzelba dodaje nieco pewności siebie, to zmysły miałem wyostrzone z obawy przed zagrożeniem. A jest się czego bać, bo miś polarny, występujący tam w liczbie ok 3000 to największy lądowy drapieżnik, który czasem w menu miewa również człowieka.

Wykop Skomentuj6
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Sport