Lojalność w polityce jest cnotą tym bardziej godną podziwu, że rzadką. Po tym, co wykręcił wszystkim swoim eks-współpracownikom wyrastającym nieco ponad szary tłum pochlebców (a może właśnie dlatego) nigdy nie podejrzewałbym Donalda Tuska o ludzkie odruchy przywiązania się do kogoś. Chociaż, jakby się tak głębiej zastanowić, być może jest to przywiązanie na poziomie pan - posłuszne zwierzątko, co i radość sprawi, ogonkiem pomerda, a jak ktoś pana atakuje, to zębami dziabnie.
W każdym razie - premier miło mnie zaskoczył, bowiem murem stanął za Pawłem Grasiem i zostawić go na pożarcie dziennikarskim sępom nie zamierza. Kiedy tabloidowcy z "Super Expressu" popełnili medialne faux pas (znaczy, uchylili żelazną, przyjazną kurtynę) i poczęli grzebać w niejasnych sprawkach rzecznika rządu, doszli do znanej afery z zasiadaniem we władzach spółki Agermark, a w dodatku prokuratorzy mieli czelność ustalić, że podpisy pod służbowymi papierami są autentyczne i obciążają Pawła Grasia, który publicznie się ich wypierał.
Opcji do rozważenia jest kilka. Albo Graś ma na Tuska potężnego haka, albo łączy ich intymna solidarność ludzi znających cały przebieg wydarzeń prowadzących do 10 kwietnia (ciągła obecność Arabskiego w wierchuszce byłaby potwierdzeniem tejże tezy), albo też po prostu premier wie, że kogoś innego, kto zechce swoją facjatą firmować te wszystkie brednie i przeinaczenia nie znajdzie.
Którakolwiek z odpowiedzi byłaby właściwą, Tusk przyciśnięty do muru pokazuje swoje realne oblicze - dalekie od uśmiechów, jakimi zwykł nas częstować z telewizji i plakatów. Bezceremonialnie rozprawia się z dziennikarzami, którzy usiłują dobrnąć do prawdziwej wersji afery z Grasiem. Na konferencji peroruje do żurnalistów: "Mam zaufanie do pana ministra Grasia. W jakimś sensie, ze względu na lojalność wobec państwa, muszę ostrzec przed formułowaniem nieprawdziwych oskarżeń pod adresem ministra Grasia, ponieważ tego typu oskarżenia, tak czy inaczej, będą trafiały do sądu".
Nie jestem wprawdzie w stanie pojąć, cóż ma lojalność państwowa wobec lojalności względem współpracownika, który w omawianej sprawie z pewnością krystalicznie czysty nie jest - o czym świadczy chociażby miotanie się jego ślubnej - ale ostrzeganie dziennikarzy i występowanie jako advocatus diaboli w sprawie, która Tuska osobiście nie dotyczy, po prostu nie przystoi premierowi Rzeczpospolitej.
Podejrzewam wprawdzie, obserwując tą i poprzednią kadencję Donalda Tuska, że mamy nieco inne definicje bezczelności, ale kierowanie do ludzi, zawodowo zajmujących się patrzeniem na ręce władzy słów treści: "Uważam, że wreszcie najwyższy czas, aby to głośno powiedzieć: nie możecie państwo przesadzać w tych sprawach" chyba wyczerpują termin bezczelność i dla mnie, i dla niego.
Pytanie po co to wszystko? I czy warto, panie Tusk?
618
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (20)