Wieść niesie, że w przyjaznej Polsce Donalda Tuska zakłada się najwięcej podsłuchów w Europie. Sprzeczność jedynie pozorna - jak ktoś kocha tak mocno, jak premier Nas, ma prawo być zazdrosnym i miliony oblubieńców i oblubienic kontrolować. Druga wieść niesie, że albo odtąd podsłuchów będzie mniej, albo roboty dla pozostałych agentów więcej. Obstawiam to ostatnie. Jak ktoś raz zasmakował zabawy w Boga, nie odpuści tak łatwo.
W dwa miesiące odeszło więcej agentów ABW niż w całym ubiegłym roku. Agent ABW to nie jest jakiś wąsaty Mietek ze Straży Miejskiej, którego idzie przysposobić do założenia blokady w kilka dni. Wyszkolenie takiego fachury to konkretne koszta - na każdym zrezygnowaniu ze służby tracimy grube tysiące. Już nie wspominając o tym, że prawie każdy odchodzący to żywa encyklopedia wiedzy o jakimś tam wycinku kuchni tajnych służb. Ludzie są różni, i ciężko nie zakładać, że któryś z weteranów nie zechce dorobić do emerytury niewinną rozmową w Łazienkach z jakimś uśmiechniętym cudzoziemcem, dzierżącym kwiat rozpoznawczy w jednej, a torbę z makdonalda w drugiej ręce. Bynajmniej nie będą się umawiać na wspólną konsumpcję chemicznych hamburgerów.
ABW tłumaczy, ustami swojej ppłk rzeczniczki (lecąc środzizmem: podpułkowniczki), że większość żegna się ze służbą z powodów emerytalnych. Biedaczka musi mówić to, co ma na kartce, a co wymyśliły jakieś tęgie głowy w zaciszu Bondarykowego gabinetu. Agenci twierdzą z kolei - i śmiem wierzyć im - że uciekają z tonącego okrętu, nim po Euro spadnie Bondarykowa głowa, zastąpiona przez bliższego i bardziej godnego zaufania kolegę ministra Cichockiego. O to przecież w hermetycznym świadku chodzi, prawda? Koleżeństwo, zaufanie i wierność na pierwszym miejscu. Mówi się też, że na ABW poskąpiono budżetowych środków. Cóż, wszak dewiza "tanie państwo" obowiązuje. Zresztą, po cóż nam bezpieczeństwo, jesteśmy w Unii i NATO. Włos nam z głowy nie spadnie, jak mawiał Kojak.
Tym sposobem dochodzimy do sedna sprawy. Do największej imprezy w historii Polski - wizytówki, która zwróci oczy świata (inwestorów, polityków, etc.) na kraj nadwiślański. Już wiemy, że wyjadą zażenowani polskimi drogami i polskimi kolejami. Już wiemy, że olśnią ich Nasze stadiony - o ile dadzą radę dojechać na czas. I można nawet obstawiać, że nie tylko Bondaryk zapłaci stanowiskiem za czerwcową kompromitację. Tusk zagra rozgniewanego cara, odprawi kilku niepopularnych ludzi ku uciesze słupków sondażowych, i kolorowa karawana niekompetencji pojedzie dalej, do następnej stacji "kryzys".
Rzeź etatów w ABW, rzeź etatów w innych służbach mundurowych jest nieciekawym prognostykiem dla bezpieczeństwa turnieju, bo ktoś przecież porządku pilnować powinien. A agent czy policjant, robiący za trzech czy czterech nieobecnych kolegów gwarantem wysokiej jakości ochrony raczej nie jest, choćby był skrzyżowaniem Borewicza i Bonda. A rząd, który z taką troską i przestrachem pochyla się nad każdą ligową kolejką naszej pożal się Boże "ekstraklasy" zdaje się tym zupełnie nie przejmować.
Chociaż nie, skłamałbym. Straż Graniczna schwyciła sprawy w swoje ręce - na czas igrzysk czerwcowych przeprowadzi się operację międzynarodową, dzięki czemu pilnować polskiego turnieju, w 40-to milionowym kraju (+Chicago) przyjedzie ponad setka funkcjonariuszy z Unii Europejskiej.
Jak mawiał kolejny klasyk, dziadowskie to państwo mamy. Niestety.
771
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (13)