Mogę się tylko domyślać, w jakim "tak-taku" prezydent ma swój telefon, lecz pewien jestem, że taryfę sklecił sobie (czy też sklecili mu jego "doradcy") atrakcyjną. A skoro ma darmowe minuty (jeśli sms-y i mms-y też, to już się boję), to wydzwania gdzie popadnie, wszak urząd, polegający na pilnowaniu żyrandola (copyright Donald "Abonament to haracz" Tusk) nie jest specjalnie wymagający i pracy człowiek zbyt wiele nie ma, tym bardziej, że w literalnie każdej sprawie (ACTA, kryzys finansowy, emerytury, kolejnictwo) odzywa się za ciebie twój doradca d/s historii i dziedzictwa narodowego.
Gdybyśmy tak - nielegalnie naturalnie - dostali na chwilę w ręce ten telefon, dajmy na to podczas państwowej wizyty w Budzie Ruskiej ("jaka wizyta, taki zamach"), to z pewnością na czele listy kontaktów znajdziemy enigmatyczny zapis: "aaaaWołodia", zaraz pod tym "aaaaaKoziej" i "aaaaaDentysta". A zatem, słowo się rzekło - mamy Wołodię na pierwszym miejscu, dzwonić trzeba bardzo szybko, bo i gratulować jest czego, a i pocieszyć może trzeba będzie, nie wiadomo wszakże, czy ta dusza wrażliwa nie płacze nadal. Rozkleił się zupełnie Putin, to pewnie Komorowski pewności siebie nabrał, on sam przecież łzy po zwycięstwie nie uronił. No ale - gdzie arystokracja rodowa, programowo patriotyczna, a gdzie jakiś tam pułkowniczyna...
Zadzwonił przeto Komorowski do Putina i pogratulował zwycięstwa w "wyborach". W imieniu Unii Europejskiej (czy Unia o tym wie?) przyznał wręcz, że liczy na dobre stosunki z Rosją. Panowie przerzucali się też miłymi frazesami o "partnerskich" relacjach i rzekomym "dialogu" jaki udało się nawiązać. Farsa.
Doprawdy, śmieszne jest, że człowiek, który przy każdej możliwej okazji podkreśla, że ukształtował go etos "Solidarności" i walka z wypaczeniami komunizmu teraz bez żenady gratuluje zwycięstwa czekiście, który uczciwie do władzy z pewnością nie doszedł. O fałszerstwach wyborczych nie zająknęło się również Twittujące Zwierciadło Sprawiedliwości , tak chętnie oskarżające polityków krajowych o niedemokratyczne dążenia i nawołujące do "dorzynania". Ostatecznie zrozumiałbym takie gesty w imię racji stanu, ale wątpię, by prezydent z Nałęczem doszli już do litery "r" w słowniku.
Jest wyjątkową niegrzecznością, panie prezydencie, że do tej pory nie pogratulował pan nowej ekipie w Korei Północnej. Nie słyszałem też, by wyraził pan współczucie z okazji śmierci Ukochanego Przywódcy (odmiennie niż GazWyb, która bez większego problemu uchyliła szpalty na nekrologi). W dyplomacji nie wolno być wybiórczym, skoro wybrało się ścieżkę przymykania oko na wszystko.
Panu prezydentowi życzę również spokojnych kolejnych podróży na szybko rozwijający się rynek chiński, i udanych międzylądowań na terytorium rosyjskim. Teraz powitają jeszcze wylewniej.
596
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (13)