Piękne miasto Gdańsk, które niegdyś szczyciło się tytułem Wolnego, jest miastem szczęśliwym. Nie tylko dlatego, że posiada Stocznię (im. Lenina), Lecha Wałęsę (i jego erport), Bursztynowy Stadion (na który nie ma absolutnie żadnego pomysłu po Euro). Gdańsk jest miastem wyjątkowo, ba, napiszę więcej i dobitniej - obrzydliwie bogatym. Gdańsk stać na wszystko, lub na jeszcze więcej pod światłym przewodnictwem Pawła Adamowicza.
Piszę tę notkę nieco z oddalenia, bo w Gdańsku nie mieszkam, i czuję pewne opory przed wypowiadaniem się o wewnętrznych sprawach miasta. Ale niechże ten bulwersujący przykład będzie asumptem do rozważenia, jaką też studnią bez dna dla wesołego rozdawnictwa pieniędzy publicznych są tak zwane Wydziały, Biura, Referaty - zwał jak zwał - służące samorządowej promocji. Gdańsk zdecydował się zapłacić kitesurferowi (ki czort?) Janowi Lisewskiemu za propagowanie herbu miasta na jego akcesoriach sportowych, gdy ów dzielny zdobywca mórz zdecydował się rzucić wyzwanie samemu Morzu Czerwonemu. Niby tylko 40 tysięcy, kropla w morzu, ale liczy się fakt i przykład.
Wydaje się przeto, że wszystko jest w porządku - dzielny pływak istotnie rozsławił nadmorski gród, jednak nieco w innym stylu, niż oczekiwano. Fora wszelakie - nawet po obowiązkowym przesiewie przez sito frustracji - zaroiły się od oburzonych głosów. W zasadzie słusznych - Lisewski postawił na nogi całą maszynerię ratunkową w okolicy, zaginął na dwie doby, uzbrojony w imię McGyver'owskiego profesjonalizmu jeno w nóż i GPS. Mówi się, że instrumentarium elektroniczne odebrał dzień przed wyjazdem, a podczas samej akcji wprowadzał ratowników w błąd panicznym przyciskaniem wszystkiego, co się świeci. Zresztą, jako nieodrodny syn polskiej ziemi po powrocie z niebezpiecznych przygód zwalił winę na producenta GPS i zamachał pozwami sądowymi, cienia skruchy nie wykazując.
Tutaj pewna dygresja, od której nie mogłem się powstrzymać - owszem, z obsługi GPS Lisewski okazał się nogą, za to nożownik z niego przedni - jeśli wierzyć jego wersji (raczej trudnej do zweryfikowania) kawałkiem żelaza toczył heroiczny (i zwycięski) bój z 11-toma rekinami, przepływającymi akurat po sąsiedzku. Rekiny nie zabrały jeszcze głosu w tej sprawie, być może przytłoczone haniebną porażką. Ale wieść musiała dojść do Stevena Spielberga, i kolejnej części "Szczęk" możemy być pewni.
Mimo - delikatnie mówiąc - obsuwy i kompromitacji, magistrat twardo stoi na stanowisku - nagrodę wypłacamy, Lisiewski z umowy się wywiązał, wszak słowo "Gdańsk" padało w światowych mediach więcej niż często, ba! nawet sam Radek był łaskaw o nas zaćwierkać. Zgodnie z zasadą - nieważne jak się mówi, byleby się mówiło. Naturalnie, podniósł się rwetes - inni, równie zasłużeni dla gdańskiego sportu ludzie protestują, że jednak nie do końca wypada nagradzać za coś takiego.
Tak poskładałem do kupy opowieści znajomków, pracujących lub mających styczność z oddziałami promocji miast rozsianych po Polsce - i w zasadzie wszędzie jest podobne. Wypaczeń dużo, a kontroli prawie żadnej, no i efekty śliskie - wszak trudno oszacować, czy promocja się komuś podobała, czy jednak nie.Lekką ręką macha się tam podpisy, lekką ręką przerzuca forsę z jednej kupki na drugą, promuje nawiedzonych artystów tuż po ASP, zaprasza "znane z tego, że są znane" gwiazdy na przaśne Dni Miast, etc, etc. Ot, kolejna Stajnia Augiasza do uprzątnięcia. Niestety, Stajni coraz więcej, a Herkulesów jakby brakowało.
A drobną złośliwością na koniec będzie przeciek, że poroniona wyprawa Człowieka-Orki (Orki są jedynymi naturalnymi wrogami rekinów, więc pasuje jak znalazł) odbywała się pod patronatem Lecha Dwie Twarze. Ja żadnych wniosków naturalnie nie wyciągam. Ot, szarada na dobranoc.
289
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (1)