Niektórzy nazywają to ucieczką z tonącego okrętu rządowego, inni - ucieczką przed odpowiedzialnością, jeszcze inni - zasłużonym "kopem w górę" i wyjściem z Polskiego bagienka na światłe, europejskie salony. Prawda, jak bywa zwykle, leży pośrodku. Sekretarz stanu ds. europejskich, Mikołaj Dowgielewicz został zarekomendowany przez Polski rząd na wiceszefa Banku Rozwoju Rady Europy. Sam hołubiony (przynajmniej we własnym mniemaniu) w Brukseli Vincent Rostowski przyklepał jego kandydaturę, twierdząc, że lepszego się nie znajdzie, a zresztą imć Dowgielewicz wręcz przebierał rękami, nogami i językiem byleby tylko objąć świetnie płatne i rokujące dobrą karierę stanowisko w Europie. Można się mu dziwić? Nie można.
Podnoszą się wprawdzie głosy, że doprawdy, wypychanie zarówno Dowgielewicza i Bieleckiego na eksponowane stołki jest może i korzystne dla prestiżu Państwa - im więcej Polaków u europejskiej władzy tym lepiej - niemniej realnych możliwości sprawczych mieliby tam tyle, co nie przymierzając profesor Buzek. A takich realnych, kluczowych stanowisk w unijnych strukturach Polakom jednak brakuje - i nigdy dość - a szkoda, bo to tam wyrabia się brukselską politykę, zaś uśmiechnięte garnitury z banków jeno ją swoimi facjatami firmują.
Ponieważ pani Merkel, za wszystkie drobne posługi, jakie wykonał dla niej premier jest do Naszego Kraju usposobiona niezwykle pozytywnie, możemy liczyć na poparcie Niemców, którzy, jak wiadomo, trząść będą Unią jeszcze przez kilka lat. Potem w imieniu Niemców trząść będą przedstawiciele innych większości narodowych i religijnych, zamieszkujących landy między Odrą a Renem. Zatem, powtarzam - fajnie, że do jakiejś brytyjskiej czy francuskiej szychy w skromnym, urządzonym raptem za kilkanaście milionów euro gmachu w Brukseli czy Stragburgu podejdzie uśmiechnięty łysoń i machnie wizytówką ze staropolskim nazwiskiem Dowgielewicz. Zawsze lepiej to, niż "internacjonalistyczne" wizytówki z nazwiskami Hubner czy Róża Maria Gräfin von Thun und Hohenstein - aczkolwiek obie damy istotnie, sporo dla Polski w tych dziwacznych okolicznościach brukselskiej przyrody zrobiły, za co honor zwrócić trzeba.
Nie można Dowgielewiczowi odmówić doświadczenia - wiedzy o zagmatwanych (często wzajemnie sprzecznych) procedurach europejskich liznął niemało, swoje też przepracował w rządzie, odpowiadając za sprawy z Unią. Byłby więc dobrym kandydatem - słuchając go, widzę, że potrafi długo, przekonująco mówić nie mówiąc nic konkretnego, toteż pasuje jak ulał - gdyby nie jeden, malutki zgrzyt z Polską prezydencją. Po pierwsze - kosztowała pieniądze zgoła gigantyczne, jak na to, co Państwo dostało w zamian. Owszem, były panele dyskusyjne, z pewnością wiele ludzi wierzących w dziejową misję Unii pracowało wydatnie u podstaw, niemniej najidealniejszym podsumowaniem naszej prezydencji był raczej niesławny Europejski Kongres Kultury, pod światłym i jedynie słusznym przewodnictwem ideologicznym "Krytyki Politycznej".
Jasne, nie ma wątpliwości, że prezydencje w Unii to po prostu łechtanie mniejszych państewek, by poczuły się dowartościowane (wszak na codzień muszą skamleć o uwagę w antyszambrach), by popodejmowały u siebie trochę VIP-ów, by VIP-y pozwiedzały za Nasze pieniądze cały piękny kontynent, by urządzano wesołe, przaśne festyny z kwiatami. A jak jeszcze szczęśliwym trafem zbiegnie się to z rokiem wyborczym, to nagromadzenie koalicyjnych polityków na cal kwadratowy nowego, świeckiego Polskiego przyjaciela domu - wypasionej plazmy, lepszej niż ta sąsiada - przekracza wszystkie normy przyzwoitości i estetyki.
Trudno więc mieć do Dowgielewicza pretensje, że wydał sto milionów euro na wielkie igrzyska ku czci unijnych i platformianych bogów - wprawdzie to dużo więcej niż taka Dania czy Węgry, ale na upartego można powiedzieć, żeśmy kraj większy, pełen kompleksów zaścianka, to postawić musieliśmy się odpowiednio. No i wybory mieliśmy. A ludzie u Nas muszą zarabiać na tzw. eventach - stawki rynkowe są nieubłagane.
Ale mam do Dowgielewicza spory żal, że po zakończeniu prezydencji - prawda, że wówczas startował nowy rząd, a burza z ACTA grzmiała już gdzieś na horyzoncie - nie zdobył się na konstruktywne rozliczenie wszystkich plusów i minusów tego półrocza. Zamiast rzeczowej dyskusji, co udało się Nam załatwić, a co umknęło Naszej uwadze i Naszym możliwościom, mieliśmy propagandę sukcesu w najlepszym, gierkowskim stylu - było cudownie, było świetnie, Europa nas pokochała (i Ona da się lubić za abonamentową kasę), to gigantyczny sukces, generalnie - jesteśmy lokalnym hegemonem. Generalnie raczej - za różowo nie było. Nazwałbym to półrocze fiaskiem, nawet biorąc pod uwagę czysto fasadową rolę prezydencji.
Zły to prognostyk dla Naszych interesów w Brukseli, jeśli Dowgielewicz nie wypleni swoich hurraoptymistycznych nawyków. Wierzę, że dla dobra Państwa weźmie się do ciężkiej pracy, i chociaż wyrobi Nam dobrą markę. Tyle zrobić może na takim stanowisku, i tego trzeba mu życzyć.
I Bogu dziękować, że następna prezydencja hen, hen. Mamy pilniejsze wydatki.
330
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze