trescharchi trescharchi
774
BLOG

Lekka ręka Hanny G-Waltz.

trescharchi trescharchi Polityka Obserwuj notkę 7

Wiele złych rzeczy można napisać o pani prezydent stolicy, zarazem piastującej ważne stanowisko wiceprzewodniczącej PO, co, jak sama zapewnia, w żaden sposób nie wpływa na Jej efektywność rządzenia największym miastem w Kraju. Z pewnością natomiast nie można zarzucić Jej tzw. węża w kieszeni - wręcz przeciwnie, jest Damą bardzo hojną i entuzjastyczną w rozdawnictwie pieniędzy, a już zwłaszcza tych publicznych. Nie jest to bynajmniej tylko stołeczny przymiot, uważne oko skierowane na gro samorządów w Polsce dostrzeże identyczne, wesołe wyrzucanie publicznego grosza w nie przymierzając błoto. Literacko nazywamy to "miłosierdziem gminy", przy czym w większości przypadków miłosierdzie jest cokolwiek wybiórcze i skierowane głównie do najbardziej potrzebujących znajomych/członków rodziny/przyjaciół/towarzyszy partyjnych, którzy akurat mają zestaw pewnych szczególnych umiejętności, wypisz wymaluj takich, jakich gmina (czy inny samorząd) na ten moment najbardziej potrzebują i gotowe są słono zapłacić.

Niemniej w Warszawie wszystko jest widoczne jakby trochę bardziej. Oto otwarto coś, czego Stołeczni potrzebują niemal tak jak drugiej nitki metra lub (hehe) wielkiego Stadionu tuż przy brzegu Wisły. Mostów w Stolicy nigdy dość, i bardzo fajnie się stało, że powstał kolejny - tym razem Północny, przez pozostających w tzw. mylnym błędzie przyjezdnych i Ratusz nazywany mostem Curie-Skłodowskiej. Wybranie takiej patronki (naturalnie, że zasłużonej, nie odmawiam niczego) rodzi niejakie podejrzenia, że pani prezydent powoli przyzwyczaja swoje owieczki do budowli, których patronkami są Damy Dwojga Nazwisk. Wszystko byłoby pięknie, niemniej staropolskim zwyczajem most/droga/budynek nie oddane do użytku przy wielkiej fecie, przy VIP-ach przecinających wstęgę, przy biskupach lejących wodą święconą, przy fotoreporterach trzaskających zdjęcia - nie istnieją.

Pal sześć, gdy impreza ma charakter chwilowy i kończy się w godzinę (tu polecam sezon jesienny, gdy zmarznięci znamienici goście przebierają już nogami do namiotu z cateringiem). W Warszawie jest inaczej - reprezentatywność kosztuje, i za imprezę trzeba było zapłacić. Konkretnie, bagatela, ćwierć miliona złotych. Wiedziony bardziej ciekawością rozwiązań inżynieryjnych niż stadami kolorowych balonów, udałem się na miejsce fety. Z całą odpowiedzialnością mogę też rzec, że z tego, co widziałem z niejakiej oddali (zbliżać się nie zbliżałem, tłok wystarcza mi w autobusach), to mieliśmy do czynienia z najdroższym wiejskim festynem w dziejach III Rzeczypospolitej. Baloniki, cukierki, płaczące dzieci, brak tras ewakuacyjnych dla ludzkiej ciżby (poza oczywistą - skok na główkę w wiślane odmęty), błyskające oczy kieszonkowców, wesołe pokrzykiwania nadmiernie pobudzonych celebrytów prowadzących "imprezę", i tak dalej, i tak dalej. Plus, naturalnie, multimedialne "show" z laserami i pieszczącą uszy muzyką umc-umc.

Zastanawiałem się w gruncie rzeczy nad popełnieniem tej notki, coby nie wyjść na całkowitego smutasa, któremu nic się nie podoba, który wolałby, żeby Warszawa była szara i ponura, albo którego najbardziej wkurza u młodzieży to, że sam już do niej nie należy. Ale dwie rzeczy mnie natchnęły, by postąpić jednak inaczej. Po pierwsze, posłyszałem, a i sam zagadnąłem, wielu przedstawicieli wieku przedmaturalnego i studenckiego, krytykujących całość za obciach, tandetę i kicz. Toteż argument anty-młodzieżowy mi odpadł. Po drugie zaś, kuszony populistycznym demonem zasiadłem na balkonie i obliczyłem, na co lepiej można było wydać ćwierć bańki - a zaręczam, w Warszawie jest masa miejsc, w których nawet 10 procent tej kwoty przyjętoby z pocałowaniem w dłoń  - natomiast nieszczęsny most otworzyć wstęgą i zamknąć się w kwocie kilku tysięcy. I w zasadzie się zasmuciłem. O ile jestem w stanie pojąć - co nie znaczy, że to naganne i żenujące kupczenie głosami - takie "akcje" podczas roku wyborczego, kiedy "wadza" musi pokazać społeczeństwu, jak dba i szanuje, to w sezonie ogórkowym wesołe rozdawnictwo (któż zarobi? ot, celebryci, ot, firma produkująca "show") tylu pieniędzy zakrawa na niegospodarność.

Nie ma się jednak co przejmować. Wszystkie koszty wrzuci się pod "promocję miasta" i produkowanie "pozytywnych eventów" i żaden, nawet najbardziej dokuczliwy kontrol się nie przyczepi. Ale niesmak pozostaje. Gdybyż to jeszcze wyborcy mieli lepszą pamięć...



 

trescharchi
O mnie trescharchi

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka