Naturalnie, jak to w łapownictwie politycznym bywa - rzecz odbyła się w białych rękawiczkach, przy uściskach rąk i uśmiechach do rzędu kamer, zwołanych na wielkie medialne wydarzenie. Wszyscy pamiętamy, z jaką pompą Bartosz Arłukowicz przechodził na Jasną Stronę Mocy, prowadzony za dłoń przez troskliwego opiekuna - Donalda Tuska. Jeden z "agentów" TVN wyzwolił się z mroków lewicy i okazał się być doskonałym kandydatem na urzędnika opiekującego się tak zwanymi "wykluczonymi", przy czym dla bezpieczeństwa nikt do końca jasno nie zakreślił, kim owi wykluczeni są.
Donald Tusk odnalazł w szczecińskim lekarzu pokłady wrażliwości i opiekuńczości, niezbędne dla sprawowania tej nader istotnej funkcji, bo kimkolwiek by oni nie byli, Polska "transformacja" pozostawiła na mieliźnie stanowczo zbyt wielu ludzi. Podobnie umiłowanie Polskiej "przedsiębiorczości" przez kolejne rzesze urzędników spod różnych chorągwi partyjnych dorżnęło tych, którzy próbowali rozruszać Polską gospodarkę bez znajomości i układzików - i wszyscy oni również zasilili grono odsuniętych. Tak jakby na marginesie Arłukowicz dostał biuro, samochód służbowy, skórzaną teczkę, panią Joasię z sekretariatu i pole do popisu.
Niestety, wkrótce - o dziwo - nadeszły wybory parlamentarne, i sprawy "wykluczonych" odejść musiały chwilowo na dalszy plan, gdyż należało zagrać Napieralskiemu na nosie i odciągnąć odeń wyborców. Wszystko przebiegło zgodnie z planem, neofita Arłukowicz zasilił szeregi "wielbiącego ideały Solidarności" ugrupowania Donalda Tuska i co bardziej naiwni mogli spodziewać się, że powróci do swoich szczytnych planów wspomagania tych, którym się nie powiodło. Premier miał jednakowoż inne plany i jego nowy lewicowy ulubieniec zajął - jako lekarz, bo innych kompetencji u niego nie widzę - gorący fotel ministra zdrowia, który został opróżniony przez niejaką Ewę K. (zdecydowałem się na anonimizację w formie protestu przeciwko pozostawianiu tej Damy na wolności)
Tak oto naiwny Bartosz Arłukowicz dał się wmanewrować w zamieszanie receptowe, czyli mówiąc wprost obrywać w twarz za kogoś innego, nagrodzonego tymczasem najwyższym stołkiem w Parlamencie. Myślę, że wspólna niedola odszczepieńców musiała zbliżyć go do Czerwonego Żakietu, i razem łkają w zaciszu gabinetu, cóż najlepszego zrobili, ale potem ocierają mokre oczy, spoglądają na wyciąg z konta i życie jakoś idzie naprzód. Tymczasem można było się spodziewać, że nowo utworzony urząd - w chwili wyborów liczył sobie raptem kilka miesięcy - obejmie kto inny, najlepiej jakiś sprawny zarządca ze Służby Cywilnej, który istotnie mógłby, mimo mglistych kompetencji jakoś nieszczęsnym ludziom pomóc. A tu niespodzianka - urząd został zlikwidowany, bo jako szyty na arłukowiczowską miarę nie pasowałby na nikogo innego.
Niby działał tylko kilka miesięcy, niby zatrudniał jeno sześć osób (z niemałą pensją), niby oszwabił Kraj na ćwierć miliona złotych - ale to można jeszcze wybaczyć, tak jak wspominałem - łapówkarstwo polityczne istnieje pod każdą szerokością geograficzną i partyjną, na to nie ma rady, bo wszystko jest w majestacie "prawa".
Ale wycierać sobie gębę ludźmi naprawdę potrzebującymi pomocy, którzy wierzą w to, co zobaczą w telewizji, i wiązali jakieś nadzieje z osobą Arłukowicza, to już naprawdę draństwo. Doprawdy, można było przechować go do wyborów w jakimś tam ministerstwie w randze podsekretarza - też byłoby służbowe auto i niezła pensja. Ewentualnie zrobić go, bo ja wiem, komisarzem ds. ciężkiego przemysłu, czy ministrem bez teki, zajmującym się wszystkim i niczym (patrz: Boni). Ale prościej było łgać do kamer, że nowo mianowanemu Arłukowiczowi leżą na sercu sprawy "wykluczonych" i zrobi wszystko, by ulżyć ich niedoli, nieprawdaż?
Kolejna granica bezwstydu została przekroczona. Niestety, granic pozostałych do przekroczenia jest coraz mniej.
959
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (2)