Cóż, nie mam złudzeń - w porze rozpalenia głów i serc brukselskimi rozmowami o tym, co działo się pod Smoleńskiem taka informacja przemknęła gdzieś bokiem, jakby nieśmiało. Trochę szkoda, bo - nie umniejszając wagi wydarzeń z 10 kwietnia - podobnie ukazuje bylejakość Państwa Polskiego na arenie międzynarodowej, a kto wie, może da asumpt do kolejnych polish jokes. Przede wszystkim zaś psuje obraz Państwa sprawnego, konkretnego, potrafiącego dotrzymywać swoich zobowiązań i wywiązującego się z obietnic.
Przez niemal trzy lata w potwornych bólach rodziła się umowa zbrojeniowa z Hindusami, która miała dopompować świeżą gotówkę w obumierający Bumar Łabędy. Kwota kontraktu niebagatelna - 275 milionów zielonych, w zamian za które Pakistan miał umierać ze strachu przed Naszymi wozami techniczno-ewakuacyjnymi, jakich dostarczyć mieliśmy w sumie dwieście i cztery. Wreszcie, w styczniu bieżącego roku udało się w błysku fleszy podpisać stosowne dokumenty, bracia Azjaci zacierali ręce, zacieraliśmy dłonie i my, wierząc, że Bumar przetrwa kryzysową zawieruchę i mocno stanie na nogi.
Fachowcy pukali się w głowy, kiedy tylko ujawniono skalę produkcji i terminy dostaw. Zapowiadane tempo produkcji skomplikowanych wozów bojowych pozwalało na domysły, że indyjska delegacja zgubiła się w gąszczu gliwickich uliczek i trafiła niespostrzeżenie do tamtejszej fabryki Opla, gdzie produkuje się taśmowo i niemal od ręki. Można wzruszyć ramionami i mruknąć "widziały hinduskie gały co brały", ale kto wie? Może poprowadzono ich przez tzw. wzorcowy oddział potiomkinowski fabryki, w którym "praca" wre od rana do późnej nocy, i naiwni zamorscy goście uwierzyli w każde zapewnienie prezesów, popychających w te pędy do kantorka, gdzie już mrozi się szkło i pani Anetka w minispódniczce rozdaje kanapeczki.
Sprawa jednak się rypła, i negocjujący umowę z hinduską firmą - reprezentującą tamtejszy MON - dyrektor Bumaru poleciał ze stanowiska (być może "odszedł na własną prośbę"?) za "naruszenie prawa korporacyjnego". Interesującą ciekawostką może być fakt, że człowiek, któremu własna rada nadzorcza stawia takie zarzuty pozostał na etacie w firmie, co może być pretekstem do głębszego zadumania się nad strukturą płac w spółkach zbrojeniowych. Tak czy siak, zarząd z nowym szefem na czele uniżenie prosi indyjskich kontrahentów o "renegocjację" umowy, bo wicie, rozumicie, cuś nam nie zagrało...ale dajcie nam drugą szansę, my się poprawimy, dotarczymy wszystko na tip-top...
Nie podejmuję się stwierdzić, czy szefostwo Bumaru z rozmysłem działało na szkodę firmy, byle tylko położyć łapę na grubej forsie, czy istotnie chcieli jak najszybciej - nie licząc się z możliwościami - wprowadzić fabrykę w ożywczy ruch, fakt pozostaje faktem - po raz kolejny skompromitowano Polskę. Rynek handlu bronią (ten oficjalny) jest hermetycznym, zamkniętym światkiem w którym każdy zna każdego, toteż odpowiednia fama o "rzetelności" Polaków pójdzie w świat. I po raz kolejny sprawdzi się pokutująca od kilku lat opinia, że lepiej nad Wisłę wciskać badziewny offset (niedługo przetarg na śmigłowce, kwiatków znowu będzie co niemiara!) niż cokolwiek od Nas kupować.
Niestety. Żal można mieć i do byłego ministra, który obecnie senatoruje, ale i do jego poprzedników (Panie prezydencie, od przeszłości pan nie uciekniesz) - poziom przekrętów, wałków i zwyczajnej, ordynarnej korupcji w Wojsku Polskim wykracza poza wszystkie normy przyzwoitości. Można twierdzić, że silna armia jest Nam niepotrzebna - bo mamy Sojusze, do których i tak w sytuacjach kryzysowych (utrata samolotu NATO, śmierć wysokich oficerów NATO) nie chce Nam się zwracać - ale, do diaska, warto chociaż, żeby nie była to armia zdemoralizowana.
Minister Siemioniak nie jest z mojej bajki politycznej, ale kibicuję mu z całego serca - póki jeszcze jest co ratować.



Komentarze
Pokaż komentarze