Co rusz dochodzą do Nas wieści o powstawaniu nowych ruchów społecznych - dlaczegóżby wobec tego, zwłaszcza w okresie Wielkiego Tygodnia, nie założyć grupy domagającej się ostatecznego zniknięcia wizerunku Maryi z prezydenckiej klapy? Zakładam, że jako Boska Oblubienica Maryja swój rozum ma i wyjątkowo głupio czuć się musi przyszpilona do człowieka który coraz bardziej stacza się w ciemne odmęty niegodziwości.
I tutaj dotykamy sedna. Niegdyś Lech Wałęsa kojarzył się z jowialnym, uśmiechniętym spod wąsów wujkiem z Pomorza - ot, ma swój cięty język, ot, ma grube żarty, ot, gracja słonia w składzie porcelany - ale to jednak wuj, a jak mawiał klasyk "wuj - to jest wuj". Lecz od pewnego momentu Lech Wałęsa bardzo się zmienił. Niestety, na niekorzyść. Nie ma sensu bawić się w tanią psychologię polityczną, po prostu na chłopski rozum - odsunięcie prostego człowieka o rozbuchanym ego ("ja byłem strategiem", "mój ruch", "moje przywództwo" etc.) od wpływu na wydarzenia w Polsce musiało odbić się negatywnie na karmionej dotąd wizjami nieomylności i wielkości (ukłony, panie Wachowski) psychice. No cóż - sfrustrowanych polityków w Polsce na pęczki, od prawej do lewej strony i to jeszcze powodem do niepokoju nie było, może co najwyżej do wstydu - doprawdy, ciężko przechodzi to przez palce, ale nawet Kwaśniewski (poza Kijowem naturalnie) zachowywał się na prezydenckiej emeryturze spokojniej niż Wałęsa.
Ostatecznym impulsem do przejścia Wałęsy na ciemną stronę mocy była książka jego żony, która nagle wyszła z cienia (żona, nie książka) i pokazała, ku zdumieniu wszystkich, że też jest człowiekiem z własnymi przemyśleniami. O jakości "dzieła" nie będziemy się rozpisywać - koń, jaki jest, każdy widzi - niemniej ujawnione tam "sensacyjne" informacje skutecznie zachwiały konstrukcją psychiczną Lecha Wałęsy. Czego dowodem jest chociażby wywiad w ostatniej "Polityce" - doprawdy, Janina Paradowska odpytywać musiała byłego prezydenta na kolanach i waląc czołem w wykładzinę, a mimo to ów polityk wygaduje tam rzeczy niestworzone. Widać wolno mu więcej, bo gdyby taką wizję rodziny, roli kobiety, miłości małżeńskiej przedstawił "tykalny" polityk - zostałby zjedzony przez różne oburzone "środowiska" z kosteczkami. Od czasu publikacji Lech Wałęsa to inny Lech Wałęsa - wiecznie naburmuszony, po wszystkich kanałach rozpowiadający o swoim pożyciu małżeńskim, wreszcie zaś tak po ludzku wściekły, i to się czuje. Można uciec w tani populizm, i przypomnieć, że na szafce nad telewizorem leży Nobel, panie prezydencie, a to zobowiązuje do pewnego kanonu zachowań.
Lech Wałęsa wielokroć dawał do zrozumienia, że jego przeciwnicy polityczni ("noga" z Kwaśniewskim) traktowani są przezeń nie do końca tak demokratycznie, jak dobre maniery przewidują - tym większe rozbawienie budzi więc fakt lansowania prezydenta na dobrego, szczerego demokratę, przywiązanego do jawności i przyzwoitości w życiu publicznym. Pretensje Wałęsy do braci Kaczyńskich są po części zrozumiałe - prawdziwej historii wypadków, jakie wydarzyły się w tym trójkącie pewnie nigdy nie poznamy, nie ulega wątpliwości, że każdy każdemu może coś zarzucić. Problem z Wałęsą polega na tym, że począł niebezpiecznie żeglować w strony Niesiołowskiego - jeszcze raz powiadam, publiczne wypowiedzi byłego prezydenta o byłym prezydencie typu "Kaczyński to nie był polityk, na którego ktoś zrobiłby zamach, nawet kwiatkiem...", "to było nieszczęscie dla Polski..." czy wreszcie w sprawie afery ze strzałami w Gruzji "ktoś strzelił, to ledwo na zakrętach wyrabiali"po prostu nie uchodzą. Ferwor walki politycznej tak, ale nie oskarżanie kogoś, kto już nie może się bronić. Abstrahując naturalnie od zatroskanego, przejętego Lecha Wałęsy, który tegoż 10 kwietnia skupionym tonem mówił dziennikarzowi, że wprawdzie "były spory", ale "Katyń po raz kolejny zabrał elitę Państwa Polskiego".
Poza wypowiedziami o śp. Lechu Kaczyńskim wywiad toczył się w doskonałym, Wałęsowskim stylu. Monika Olejnik też specjalnie nie przeszkadzała, bo przecież prezydentom przeszkadzać się nie godzi. Kto chce, może odszukać w Internecie inny wesoły program z udziałem Wałęsy, gdzie dość radykalnie zabrania "wnukom ubeków" pracować w IPN - wobec takich andronów słychać niezwykły rarytas w zachowaniu redaktor Olejnik, mianowicie autentyczne zdumienie i zakłopotanie poziomem gościa, którego trzeba przecież "hołubić". Poza tym coś, co zawsze mnie zdumiewa - Lech Wałęsa wiele razy wcześniej, tym razem również opowiadał o "wielkim programie" którego jako prezydent nie mógł dokończyć (tym razem obowiązuje wersja, że przez Kwaśniewskiego). Cóż to za program - konia z rzędem temu, kto wskaże. Może należałoby spytać ministra Wachowskiego. W każdym razie widać, że w czasoprzestrzeni Lecha Wałęsy nie ma roku 1995 i 2000 (1,01 %) gdy werdykt społeczeństwa zepchnął go z wieży z kości słoniowej. Widać są "układy", których istnienie jest szanowane przez media, i "układy" które należy wyśmiewać.
Doprawdy, panie prezydencie, może nie trzeba będzie powoływać ruchu Zdejmowania Maryi z Klapy. Może się pan opamięta, jak podczas dni po śmierci Jana Pawła II - wierzę święcie, że ta hałaśliwa koncyliacja nie była wówczas na pokaz. Może jako były prezydent będzie pan tym, czym byli prezydenci powinni być w demokracji - przykładem kultury, opanowania, troski o Polskę i żywym pomnikiem Godności i Majestatu Rzeczypospolitej. Miast obrazoburczej książki pańskiej żony, proszę sobie poczytać życiorys śp. Ryszarda Kaczorowskiego - warto naśladować, boście szefowali temu samemu Państwu.
801
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (36)