trescharchi trescharchi
499
BLOG

"Nasz, oswojony" kibol z RAŚ.

trescharchi trescharchi Polityka Obserwuj notkę 12

Są Święta. Czas rodzinnego szczęścia, spotkań, mazurków (czy u Senatora Libickiego mazurek pojawi się w tym roku na stole, czy trzeba jednak odczekać?) , jajek i tym podobne. Tym bardziej dziwię się sobie, że popełniam notkę podszytą ledwie skrywaną złośliwością. Nie mogłem się jednak powstrzymać - za co przepraszam.

Uwielbiam zakłopotanie rysujące się na szpaltach "Gazety Wyborczej" gdy któryś z ich hołubionych pupili wyjedzie z czymś niebezpiecznie przypominającym kanon zachowań czy słów, jakie wierni czytelnicy tegoż medium zostali nauczeni rozpoznawać tylko u ludzi "z tamtej strony". Tym razem "popisał się" dr Jerzy Gorzelik - przypomnijmy, po pierwsze: wykładowca akademicki, po drugie: członek zarządu województwa śląskiego (po ichniemu: Oberschlesien), wreszcie, gdzieś tam na szarym końcu lider Ruchu Autonomii Śląska, przypadkowo bądź nie zwanego w Katowicach RAŚ-istami. Dr Gorzelik i cały jego Ruch od początku swojego istnienia są traktowani z pewną życzliwością przez środowisko z Czerskiej, jak wiadomo - lubujące się w pomaganiu wszelkim diasporom, tłamszonym przez złe Państwo Polskie.

Z artykułów - zwłaszcza w katowickim dodatku "Wyborczej" - wyziera na czytelnika Ruch uprzejmych, wykształconych ludzi, walczących w zasadzie tylko o dobrobyt Górnego Śląska, o lokalne zwyczaje, o gwarę, niekiedy sam mistrz Kutz zejdzie ze szczytów swojej demencji plwaczej (jednostka chorobowa dotykająca ludzi w podeszłym wieku, charakteryzująca się nienawiścią do przeciwników politycznych) i poprze kolegów dra Gorzelika. Mało tego - mitycznych "Ślązaków" (do tej pory musieli być zaginieni niemal jak "Atlanci") jest, wedle ostatniego spisu niemal 800 tysięcy - tak przynajmniej donosi "Wyborcza", nie uważając za stosowne podkreślić, że gro z tej liczby zadeklarowało po prostu narodowość śląską "przy okazji", pod Polską. Jak się mówi - fakty się nie zgadzają, tym gorzej dla faktów.

Do rzeczy. Wczoraj odbył się mecz Legii Warszawa z Ruchem Chorzów - i jedni, i drudzy walczą o mistrzostwo, stąd nastroje podniesione, zresztą, trudno by Warszawiok i Ślązok za sobą przepadali (piszący te słowa jest katowickim "Wallenrodem" w Warszawie, więc wie co mówi). Emocje udzieliły się i panu dr - jeszcze raz podkreślę, wykładowcy akademickiemu, młodzież o pięknie sztuki uczącemu - który po porażce ukochanego Ruchu zdecydował się na facebooku umieścić wpis o treści, cytuję "zwycięski ciul pozostaje ciulem...".

Generalnie - troszę chamowato, jakaś nieprawomyślna dusza może nawet ośmielić się nazwać takie teksty kibolstwem. Gdym to przeczytał, już czekałem na aktykuł. Burza mózgów w redakcji trwała cokolwiek przydługo, w tym czasie pan doktor zdążył już wpis skasować, wreszcie ktoś z "Wyborczej" pokusił się o komentarz. Ponieważ w święta nie wypada nikomu dowalać, a już zwłaszcza "swoim" (tym bardziej, że ciemnogrodzka opozycja spędza dni wolne w gronie rodzinnym i żadnych "kwiatków" do których możnaby się przyczepić nie wypuszcza), toteż całe wydarzenie obrócono w żart, że żona tłumaczyła, że Juruś się zeźlił, ha, ha, że w sumie to tylko ferwor kibicowania, zapomnijmy o sprawie. Artykulik krótki i bardzo informacyjny - bez zwyczajowego rzucania gromów i komentarzy "zatroskanych" autorytetów moralnych najwyższego, bo stołecznego szczebla.

Pojawia się co prawda drobna szpileczka, że politykowi w zasadzie "nie wypada" używać takich słów w przestrzeni publicznej. Drobniutka jak bibilijne ucho igielne, pozostając w aktualnych tematach. Ani słowa o tym, że dr Gorzelik jest czymś więcej niż politykiem - jest wykładowcą akademickim i przyniósł wstyd sobie i swojej Alma Mater. Panie doktorze - przestrzegam, Czerska nigdy nie zapomina, i za te nerwy w Święta, i zmuszanie redaktorów do kieratu kiedyś zostanie panu odpłacone. Nie zna pan dnia ani godziny.

trescharchi
O mnie trescharchi

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (12)

Inne tematy w dziale Polityka