Wielu ludzi - w tym piszący te słowa - nie zostawiało suchej nitki na Donaldzie Tusku, tymczasem premier po raz kolejny zaskoczył wszystkich przemyślną woltą i pokazał, że co jak co, ale troskę o dobro Ojczyzny nosi głęboko w sercu (choć dotychczas byliśmy przekonani, że i owszem głęboko, ale w innym organie ludzkiego organizmu). Otóż w zacnym gronie prawdziwych ludzi renesansu - ministra gospodarki (absolwenta wydziału samochodów i maszyn roboczych) oraz ministra skarbu (historyka i archeologa - czemuż zabrakło Go w Smoleńsku?) premier frunie pod koniec miesiąca do Arabii Saudyjskiej, by znaleźć kupców na te spółki, które jeszcze ostały się "przemyślanej" akcji prywatyzacyjnej, jaką od kilkunastu lat z gracją małych łobuziaków w piaskownicy prowadziły kolejne Polskie rządy.
Nie ma w tym nic zdrożnego - lobbing na rządowym szczeblu istnieje na całym świecie, a gdy jest się (wbrew temu co twierdzą hurraoptymiści) wciąż Państwem na dorobku, okazji do wzbogacenia się trzeba szukać na każdym kroku. Pewien jestem, że gdyby Białoruś miała rosnącą w oczach gospodarkę, w prasie zaroiłoby się od zdjęć uśmiechniętych Tuska, Sikorskiego i Łukaszenki - wszystko jest kwestią ceny, skoro prezydent z grupą biznesmenów lata do "totalitarnych i krwiożerczych" (według Amnesty) Chin. Aczkolwiek w tym przypadku nie jestem do końca pewien, czy chodziło o wizytę za Wielkim Murem, czy jednak o międzylądowania w pewnym zaprzyjaźnionym mocarstwie.
Robić interesy z Arabami to z jednej strony pływać w ptasim mleku (patrz: Manchester City), inną kwestią pozostaje jednak zaakceptowanie dość twardych warunków muzłumańskich inwestorów, to jest kupna maluteńkich pakietów akcji i prowadzenia interesów z tylnego siedzenia (taka forma musi bardzo spodobać się choćby Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu, przyzwyczajonego do podobnego sposobu sprawowania władzy) przy akompaniamencie ułatwień w eksporcie tamtejszych paliw. Bo właśnie o złoty rynek paliw głównie będzie toczyć się gra - dopieszczone przez Państwo PKN Orlen i Lotos są łakomym kąskiem. Innym obiektem zainteresowania Arabów jest Polska energetyka, o której można dużo i pięknie mówić wśród piasków pustyni, jednak kiedy dojdzie do konkretów i trzeba będzie uczciwie przedstawić poziom Naszej infrastruktury energetycznej (który puka w dno od spodu i grozi katastrofą na skalę Krajową) obawiam się, że tamci podwiną swoje kiecki i rozpłyną się jak fatamorgana.
Zasadniczo byłbym optymistą, bo takie rozmowy zawsze pozostawiają po sobie dobre wrażenie i pozwalają ludziom z rozlicznych delegacji dogadywać się za plecami polityków, co zazwyczaj owocuje jakimiś konktaktami biznesowymi - a takowych w Polsce nigdy dość. Napisałem jednak byłbym, bo nie jestem pewien czy ta grupa amatorów politycznych olśni Arabów czymkolwiek poza drogimi garniturami i nowym tabletem (tu pole do popisu dla Ibrahima ibn-Pawlaka). Wiadomą rzeczą jest, że rząd i media zgodnie wierzą w zbiorową amnezję Polaków, są jednak tacy, którzy pamiętają jeszcze głośną, a nierozwiązaną (vide: afera hazardowa; czyżby i tej sprawy w ogóle nie było?) aferę z "katarskim inwestorem". Premier wykorzystywał wtedy minę nr 7 - minę prawdziwie srogą po czym wszem i wobec obiecywał, że jeśli sprawa się nie rozwiąże, to polecą głowy, a polityka i gospodarka będzie czysta i jawna. Skończyło się skrzętnie zamiecioną pod dywan niepamięci kompromitacją - nihil novi.
Cóż stało się więc z człowiekiem odpowiedzialnym za kompromitację? Który, wedle słów prawdomównego premiera miał zostać ukarany "natychmiastową dymisją"? Ano cóż, w największym spokoju zasiada w ławach sejmowych. Podobno hazard jest zabroniony, a z pewnością niebezpieczny - ale znów, gotów jestem założyć się ile jeszcze gniewnych min będzie musiał zaprezentować Donald Tusk, a potem po wielkopańsku wybaczyć. Ciężko jest być premierem, doprawdy.
566
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (12)