Lubię czytać felietony Janiny Paradowskiej. Nie ukrywam, że z przyczyn estetycznych (nadwrażliwy słuch) o wiele bardziej wolę słowo drukowane niż słowo mówione pani redaktor obskakującej naraz kilka tytułów prasowych i radiowych, naturalnie w imię "rozszerzania poglądów" tychże. Bogu dziękować, przynajmniej w ścieżce politycznej pani Janina była konsekwentna i należała bodajże tylko do jednej Partii, którą do dzisiaj (Partię, nie panią Janinę) prawicowe oszołomy chcą sądownie obwołać organizacją przestępczą, tylko z tej marnej przyczyny, że w jej szeregach dochodziło do "wypaczeń".
Dlaczegóż lubię twórczość pani Janiny? Cóż, jest w pewnym sensie uczciwa wobec swoich czytelników. Inni redaktorzy z jej nurtu pojmowania Państwa (Lis, Michnik, Wołek, Blumsztajn, Szacki...lista nie ma końca) usiłują kreować się na "zatroskanych obiektywnych", podszczypujących tylko nielubianych przezeń polityków w imię "dobra Polski". Pani Janina postępuje inaczej (znać "starą szkołę" mistrzów PRL-owskiego pióra, oj znać) - wali odłamkowym raz za razem (aż Gustlik poczułby się zawstydzony tą stachanowską robotą) w znienawidzoną prawicę, nie przejmując się nikim i niczym. Ano cóż - wiek już nobliwy, emerytura i godna starość zapewnione, więc i kłopotów żadnych nowych sobie nie napyta, a dlaczegóżby nie płynąć z prądem, skoro prąd potrafi tak pięknie nagradzać (vide: nagroda Kisiela)?
Z okazji opublikowania sondażu prezydenckiego i "wałęsowskiej" deklaracji Kaczyńskiego o kandydowaniu (nie zapominajmy też o istotnie poronionym pomyśle Ziobry organizowania prawyborów na trzy lata przed wyborami) pani Janina pozwoliła sobie popełnić kolejny felieton. Cóż możemy w nim wyczytać? Ha, z jednej strony Kaczyńskiemu obrywa się za sam pomysł dyskusji o wyborach prezydenckich tak zawczasu (i Ziobro dostaje za swoje), aczkolwiek pani redaktor wieszczy, że wprawdzie wybory dopiero za tyle miesięcy, ale już dziś możemy bez kozery orzec, iż "Komorowski zdaje się mieć drugą kadencję zapewnioną, zresztą bardzo zręcznie na nią pracuje". Tutaj naturalnie wkradł się chochlik, bowiem nie chodziło o "pracuje", jeno o "pracujemy" - i nie jest to bynajmniej pluralis maiestatis Janiny Paradowskiej. Co z Kaczyńskim? Ano cóż, zbiera "te swoje" (czy Państwo też widzą w tym określeniu prawdziwie demokratyczny szacunek dla wszystkich wyborców, nawet z mniejszości?) kilkanaście procent stronników co dla pani redaktor jest wynikiem "normalnym". Łatwo wobec takiego postawienia sprawy wysnuć wniosek, że ostatnie wybory prezydenckie należałoby unieważnić jako "nienormalne" i sfałszowane - wszak kandydat opozycji dostał nadprogramowe poparcie.
Interesującym wydaje się również stwierdzenie "przenikliwej" komentatorki politycznej (jak się rzekło, nagradzanej branżowymi wyróżnieniami), że obchody drugiej rocznicy 10 kwietnia były startem kampanii prezydenckiej - no, w takim razie Nasza demokracja, chociaż tak młoda i koślawa wreszcie ma się czym pochwalić - mamy przeto najdłuższe na świecie kampanie wyborcze do Pałacu Prezydenckiego (w 2015 roku proponuję sformować sztaby dzień po ogłoszeniu wyników, a jeszcze przed "klepnięciem" ważności przez PKW). Podobnie interesujące są wszystkie "smaczki" na prawicy, które Janina Paradowska wyłapuje bez pudła i opisuje w swoim, niepowtarzalnym stylu (Ziobro może pokonać Kaczyńskiego w prawyborach, obóz Kaczyńskiego kostnieje i posługuje się zużytą retoryką, nadużywa wielkich słów, Ziobryści mają wolę walki). Aż chciałoby się zakrzyknąć: Pani Janino! Skoro posiada pani tyle wiedzy na temat nienawistnych opozycjonistów, dlaczegóż nie podzieli się pani z Nami wiedzą o roszadach wśród swoich "przyjaciół" z innej strony politycznych ław? To byłby rarytas, samo by się czytało o bezsennych nocach na nieodżałowanym Rozbrat...
Wreszcie nadchodzi creme de la creme felietonu - wskazanie wroga, prawdziwego wroga. Wychodzi więc poważnej znawczyni życia politycznego, że kandydata wskaże ojciec Rydzyk (niemniej, jakiż on może mieć wpływ, skoro KRRiT uznała owo gigantyczne "imperium medialne" za niewypłacalnego karła?) - któremu, wedle opinii Paradowskiej obaj antagoniści podporządkowują się "bez szemrania", a na toruński adres wszyscy ślą "wiernopoddańcze adresy" (boleję, ale autorka nie podjęła się wytłumaczyć, co ma na myśli). Okazuje się zresztą, że marsze w obronie telewizji Trwam służą jedynie "przedłużeniu i podgrzewaniu posmoleńskich emocji" (czemuż więc służyłyby, gdyby nie było Smoleńska? Ech, nieszczęście nieszczęściem, ale ile ładnych wytłumaczeń rzeczywistości przyniósł ów 10 kwietnia...) - niestety, jest to redaktorski zarzut do imć Jana Dworaka, który nie przyznając miejsca na multipleksie działa widocznie za wiedzą i pod dyktando "oszołomów", by ci mogli wyprowadzać "flagi i pochodnie" na posprzątane ulice Warszawy.
Lubię ludzi uczciwych, więc lubię i Janinę Paradowską - cokolwiek o niej mówić, owa dama nie owija w bawełnę, nawet mimo wzajemnych sprzeczności logicznych (skoro wedle jej słów Trwam potrzebuje bardziej "widzów niż obrońców" to po cóż pochyla się redaktorka nad losem "niszowej" stacji?). Mówi się, że kobietom wieku nie powinno się wypominać - co jest pełną racją. Acz nachodzi mnie niebezpieczena refleksja, że w poemerytalnym okresie życia trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć sobie : basta!
Wnuki czekają, pani Janino. Proszę im napisać zbiór bajeczek (tylko nie czytać na głos! beztroski, nieprzerywany sen dziecka najważniejszym jest!) politycznych, by jak dorosną, wiedziały jaką Polskę budować. By już żaden głos oddany w wyborach nie był "nienormalny".
610
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (7)