Nie wiem, jaki los czeka pewnego poznańskiego działacza za oficjalną krytykę wiceprzewodniczącej swojej partii. Z pewnością dostanie po łapach, i to zdrowo, i oby skończyło się tylko na publicznej samokrytyce przed frontem lokalnych współtowarzyszy w Miłości. Zaboleć go może tym bardziej, że dzięki swojej fachowości jest z zawodu dyrektorem w spółce miejskiej - bez poparcia swojej partii może być mu bardzo ciężko utrzymać się na tym stołku. Chyba że to człowiek z gatunku "przyspawanych" - co to żadna zawierucha go nie rusza.
Tak czy siak, większośc komentatorów zachwyca się relacjami Kamińskiego odnośnie tego, jak źle dzieje się na opozycji - z pewną taką masochistyczną przyjemnością, chociaż troszkę wbrew logice, bo wszak opozycja nie jest u władzy i realnego wpływu na Państwo nie posiada. A partia rządząca wpływ takowy posiada jak najbardziej, i wszelkie w niej niesnaski (tym rzadsze, że skutecznie wyłapywane i uciszane przez "sito medialne") mogą pośrednio czy bezpośrednio oddziaływać na sprawność Naszego Kraju. O ile naturalnie przyjmiemy optymistyczny aksjomat, że Kraj pod rządami Donalda Tuska jest sprawny, co stanowi kwestię co najmniej dyskusyjną.
Jaką więc zbrodnię popełnił poznański działacz, wywlekając "rodzinne brudy" na światło dzienne? Otóż w publicznym (ciekawostka - całkowicie komerycyjnym, a jednak gratisowo reklamowanym co rusz w Polskim Radiu) serwisie społecznościowym zamieścił dość obraźliwy dla pani prezydent Warszawy wpis, występując z pozycji kibica Lecha, oburzonego zakazem stadionowym na mecz z Legią w najbliższą sobotę. Pewnym interesującym spostrzeżeniem może być to, że dość obraźliwe określenie per "Bufetowa" nie jest wymysłem "chorej na władzę" opozycji, ale i epitetem powszechnie stosowanym w łonie samej Platformy, stąd też całkiem zgrabny cytacik: "No i Bufetowa zamknęła swój sklepik". Po czym następują utryskiwania, że panu działaczowi jest bardzo, ale to bardzo wstyd (" po raz kolejny" - co poeta miał na myśli?) z bycia członkiem Partii Miłości, że w zasadzie jego matczyne ugrupowanie łamie podstawowe swobody obywatelskie i prawo, że aparatczycy tłamszą wyrażanie poglądów, i tak dalej, i tak dalej.
Wpis jest ciekawy, ale poniekąd słuszny - gdy wojewoda mazowiecki zamknął dla przyjezdnych kibiców stadion Legii, poznańscy fani chcieli zebrać się pod obiektem, na co z kolei (jako na "zgromadzenie") zgody nie wydała rzeczona Hanna Gronkiewicz. Tłumaczenie jest dość proste, chociaż miastu dobrej laurki nie wystawia - Ratusz twierdzi przeto, że tegoż dnia przechodzi już marsz w obronie Telewizji Trwam (zupełnym przypadkiem organizowany właśnie przez opozycję) i policjanci nie będą w stanie zabezpieczyć obu wydarzeń - jakkolwiek zarzucić kibicom można wiele, to jednak jak żyję nie słyszałem o ataku jakiejś bandy na ludzi niosących Polskie flagi. Kto wie, może rozchodzi się po prostu o to, by oba zgromadzenia nie połączyły się pod jednym hasłem, a pani prezydentowa jest niezwykle wyczulona na gniewne okrzyki motłochu na ulicach. Motłochu, przypomnijmy, który zaśmieca stołeczne chodniki zniczami i kwiatami. Złe, ale dobrze poinformowane stołeczne języki głoszą, że próbuje się w ten obrócić frustrację kibiców Lecha na "mohery" - zawsze to kilka kresek przy kolejnych wyborach mniej, a jak i jakiś agresywny "kibol" trzepnie babcię z flagą to nic złego się nie stanie.
Rozumiem więc zdenerwowanie poznańskiego działacza PO - po kim jak po kim, ale po koleżance partyjnej takiego kija w szprychy się pewnie biedak nie spodziewał. No cóż - działacz lokalny, nie zna meandrów wielkiej Warszawskiej polityki, gdzie najpierw myśli się o partii, a dopiero potem o ludziach.
733
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (9)