Zazwyczaj unikam oceny tych polityków, co to dostają drgawek na widok żółtego czy czerwonego paska w informacyjnych telewizjach, po czym gwizdają na swoich znudzonych towarzyszy, pakują się do limuzyn/helikopterów/samolotów i śmigają na miejsca, w których stało się coś strasznego, uzbrojeni w zatroskane miny i potężny ładunek mało autentycznej empatii. Robią tak i robili wszyscy statyści w Polsce, praktycznie z każdej partii kiedykolwiek pozostającej u władzy. Widać tak musi być - kto wie, może istotnie obecność jakiegoś VIP-a usprawnia akcję ratowniczą, strażacy szybciej rozcinają wraki, lekarze załatwiają więcej miejsc w szpitalach (na codzień tak łatwo do izby przyjeć się człowieku nie dostaniesz - chyba, żeś pijany w sztok i rozwalisz sobie łeb o chodnik, wówczas masz tomograf na cito) a dziennikarze nie zamieniają się w hieny i nie cykają fotek ofiar, tylko strzelają obiektywami w zatroskanego premiera czy ministra (obowiązkowo bez krawata - taki prosty zabieg, coby pokazać "pośpiech" w docieraniu na miejsce).
Osobnym problemem jest naturalnie nadmiar polityków na miejscu wypadku - do dziś zachodzę w głowę, abstrahując od sympatii politycznych, cóż właściwie skłoniło Tuska i Komorowskiego do niemal wspólnego pojawienia się w Szczekocinach, i niestety z tego pasjansa raz za razem wychodzi mi czysty, nieskrępowany PR. Takie medialne czasy - niechże ich przyjeżdża i dwudziestka, byleby nie szkodzili ofiarom i nie zawadzali ratującym.
Tym razem jednak zabiorę głos, bo bardzo rozeźlił mnie minister Arłukowicz. Minister zdrowia nie "panuje" dość długo, a i tak scheda odziedziczona po poprzedniej władczyni resortu, plus własna nieudolna polityka czy to kadrowa (zatrudnianie znajomków z lewicy) czy polityka receptowa, plus zamykanie się w skorupie milczenia, gdy wypadałoby skomentować ważne sprawy - wszystko to powoduje, że nie cieszy się dobrymi notowaniami, zarówno społeczeństwa, jak i ekspertów z branży medycznej. Jak najzupełniej słusznie.
Czymże mnie zezłościł minister? Ano właśnie, obecnością nam miejscu wypadku autobusu z ciężarówką w zachodniopomorskim, gdzie sporo osób zostało rannych i sytuacja nie była za wesoła. Tak się złożyło, że Arłukowicz przebywał w tym czasie w "swoim" Szczecinie i miał przysłowiowy rzut beretem, toteż popędził, by pokazać się przed kamerami po raz pierwszy od dłuższego czasu. Zawiadomieni o tym dziennikarze takoż popędzili, by słowa ministra zdrowia unieśmiertelnić na taśmie filmowej i na dyktafonach.
Trzeba w tym miejscu przyznać, że specjalnie się Arłukowicz nie popisał - ot, spotkał się z rannymi (w błysku fleszy), ot porozmawiał z ratownikami, ot mruknął do żurnalistów o tym, że ranni zostaną objęci opieką psychologiczną i jak na razie krwi oddawać nie potrzeba - z całym szacunkiem, ale takie truizmy równie dobrze mógłby wypowiedzieć ogniomistrz Kowalski z Państwowej Straży Pożarnej. Jeszcze weselszą była kolejna decyzja ministra, by wraz z miejscowym wojewodą "koordynować" akcję w szpitalach. Co to może oznaczać - konia z rzędem temu, kto zgadnie. Ja to widzę tak, że zasiadają wspólnie w centrum zarządzania kryzysowego, pani Krysia podaje kawkę, wojewoda opowiada o okolicznych szpitalach (płynnie pomijając ich zadłużenie, kolejki do lekarzy, strajki personelu, przestarzały sprzęt) a minister podpiera ręką brodę i powtarza "aha, yhm".
Wszystko powyższe nie stanowi jeszcze asumptu do zezłoszczenia, przyznacie Państwo - ot, jak powiadałem, robią tak wszyscy politycy i nic się na to nie poradzi, trzeba po prostu taką "inwazję" zatroskanych głów z Warszawy przeżyć i jak najszybciej wyprawić w drogę powrotną. Zezłościło mnie coś innego. Jedna z dziennikarek słusznie zapytała ministra (pierwsza okazja od wielu tygodni, jak mniemam), co właściwie dzieje się w niezwykle poważnej sprawie braku lekarstw dla ludzi walczących z rakiem. Nie chciałbym w niedzielę używać mocnych słów, ale to, co odpowiedział Arłukowicz zakrawa na bezczelność, jeśli nie gorzej. Odparł oto z wyraźnym wyrzutem, że przecież jesteśmy teraz na miejscu wypadku, jedziemy do szpitali...
Chciałoby się zapytać podobnie bezczelnie - co z tego, ministrze Arłukowicz? Pańskie ciągoty do paradowania przed kamerami na miejscu ludzkich tragedii mają zatykać usta tym, co chcą się dowiedzieć czegoś o innych - z całym szacunkiem dla poszkowadanych - o wiele dramatyczniejszych ludzkich tragediach, które z winy zaniedbań i lenistwa pańskiego resortu nabrzmiały niemal do kwestii życia i śmierci? Jesli jest pan tak zatroskany o losy ludzi poszkodowanych przez los, to skoro "jedzie" pan już do szpitali, niech pan zajrzy na oddział onkologiczny i porozmawia z umierającymi na raka. Spokojnie - gro z nich jest już tak osłabionych, że na żadne rękoczyny nie może pan liczyć, chyba że w pobliżu czekają ich najbliżsi - wtedy bym za nich nie ręczył.
Rozczarował mnie pan ministrze Arłukowicz. Witałem pana kadencję - nie wiedząc jeszcze o haniebnym zlikwidowaniu "resortu" do spraw wykluczonych - z nadziejami. Wydawał się pan energicznym, konstruktywnym człowiekiem (bez doświadczenia menedżerskiego wprawdzie, ale przykład poprzedniczki pokazał, że nie jest to żadną przeszkodą) i liczyłem na spokojne, rozsądne oczyszczenie zdrowotnej "Stajni Augiasza". Nie wiem, czy to przesiadywanie w tym aroganckim rządzie tak pana zmieniło, czy tylko limuzyna, gabinet i sekretarka. Wiem tylko, że minister zdrowia, zwłaszcza w tak starzejącym się społeczeństwie jak Nasze, winien być człowiekiem najdelikatniejszym z delikatnych. Pan okazał się być - niestety - bezczelnym, chorym na władzę politykiem. Szkoda kolejnej straconej szansy.
437
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (17)