trescharchi trescharchi
898
BLOG

Demonstracja ludzi oszukanych.

trescharchi trescharchi Polityka Obserwuj notkę 19

Pogoda w Warszawie dopisała, toteż demonstracja zapowiadała się na udaną. Wyszedłem więc z domu ubrany niczym rasowy prowokator - wszechobecna czerń i bladość twarzy (jaką nabiera się podczas nieskończonych przesłuchań w kazamatach) - bez flag, bez transparentów, jedynie z ciekawością w sercu.

Pierwsza napotkana grupa rozłożyła się w pobliskim parku, odpoczywając przed wściekłym kwietniowym słońcem. Byli z Tychów - tak wynikało z napisu na fladze. Swoją drogą, być może jestem staromodny, ale delikatnie drażni mnie nawet tak banalna rzecz, jak nazwa miasta na barwach Narodowych. Flaga jawi mi się jako biało-czerwona i tyle. Nawet orzełka nie potrzeba. Niemniej - co kto lubi. Tyszanie wymykali się (potem okaże się to normą) "moherowym" stereotypom - byli i harcerze, i babcie, i kilka pięknych dziewczyn, wreszcie paru "partyjnych" w garniturach. Babcie były porządnie zestrachane - wskazywały mi krążący nad Nami śmigłowiec (policyjny - nieopodal był stadion, lub Błękitny 24, dojrzeć nie mogłem), wskazywały ciąg "suk" jadący wzdłuż Wisły i złowieszcze pick-upy mundurowych z najnowocześniejszym sprzętem do ogłuszania bodajże ultradźwiękami. Przełamały początkową nieufność (przypominam o moim image'u) i wyznały wreszcie, że najbardziej boją się właśnie wszelkiej maści prowokatorów. To był mój pierwszy (nie ostatni) smutek tej soboty - w Państwie cieszącym się kulawą, ale zawsze demokracją, należącym do Unii, leżącym w środku Europy ktoś może obawiać się uczestnictwa w legalnej, pokojowej demonstracji. I to nie bez powodu - starczy przypomnieć wybryki pijanej swołoczy na Krakowskim Przedmieściu, atakującej starszych ludzi którzy przyszli się tylko pomodlić.

Msza Święta na pobliskim Placu Trzech Krzyży była interesująca - chyba niezależnie od sympatii politycznych, jeśli ktoś czuje się Polakiem, za gardło ściskać musi las biało-czerwonych flag, powiewających na wietrze. Podczas kazania biskupa Dydycza obserwowałem swoich sąsiadów, stojąc w grupce - znów, podkreślam - nie tylko starszych babć, ale i młodzieży, ale i zwykłych Warszawiaków zatrzymujących się z ciekawością. Z mieszaniną smutku, ale i pewnego wzruszenia przyglądałem się ludziom w podszedłym wieku, biednie ubranym, po których znać było, iż dokonują wyrzeczenia - i finansowego i zdrowotnego - byleby jeszcze raz poczuć, że stoi przed nimi jakiś cel. Trzeba wyjątkowo złej woli i klapek na oczach, by wszystkich tych ludzi wrzucać do jednego, szczelnie związanego worka z napisem "fanatyzm" czy "ciemnogród" - burze oklasków zrywały się po tak uniwersalnych (i nie pasujących do wizerunku "zacietrzewienia") słowach biskupich, jak pluralizm mediów, wolność, godność i poszanowanie każdego człowieka, poszanowanie Państwa. Gdy zapowiedziano łączenie się z ojcem Rydzykiem przeciętny Polak, wychowany na wizerunku budowanym przez media mógł spodziewać się masowego padania na kolana, bicia głową w placowy bruk, zbiorowych łkań i lamentu ("my niegodni" czy coś w tym stylu), wreszcie wrzucania banknotów do sprawnie krążących między ciżbą koszyczków. No cóż, czekała ich przykra niespodzianka - ludzie wysłuchali dyrektora Radia Maryja godnie, na spokojnie, z entuzjazmem, oklaskami, ale bez przesadnej egzaltacji.

Marsz był rzeczywiście długi - ciągnął się Alejami Jerozolimskimi i ciągnął. Chińczycy robili setki zdjęć, tubylcy też dobywali aparatów i trzaskali bez wytchnienia, kibice Legii z nosami na kwintę przemykali obok, przełykając swój wstyd, a nie myśląc o zaczepkach, na co cicho liczył Ratusz. Policjanci obserwowali wszystko ze spokojem, acz w strojach szturmowych - zawsze można jednak wytłumaczyć, że przybyli wprost z meczu.Transparentów było morze - zgodnie z wymową marszu dominowały hasła "Trwamo-obronne", chociaż dojrzałem trochę politycznych, a także z pewnym niesmakiem (demonstracja, było nie było katolicka, tuż po Mszy Świętej) parę napisów wyzywających rząd, Tuska i Komorowskiego - że złodzieje, że pachołki Rosji, że rozbierają Polskę. Jasne, coś na rzeczy jest - ale czy to na pewno miejsce i czas? Posmutniałem też na widok paru agresywniejszych ludzi, wykrzykujących wulgaryzmy pod adresem rządu i Państwa Polskiego - chociaż może bardziej zasmucił mnie fakt, że sąsiedzi ich nie uciszali. Ale, powiadam, był to tylko promil, dominowały albo powaga albo uśmiech, ze świecą szukać było tych "wykrzywionych nienawiścią" twarzy. Szkoda tylko, że organizatorzy nie zadbali o jakiegoś trzymającego wszystko w ryzach "wodzireja" - w efekcie jedne grupki śpiewały pieśni religijne, inne "Rotę", inne krzyczały "precz z rządem", inne gwizdały. Taki chaos niestety skutecznie temperował budzącą respekt potęgę wielotysięcznych tłumów. Najbardziej zaś brakowało mi hymnu - ech, gruchnąłby Mazurek Dąbrowskiego z dziesiątek gardeł, od KPRM po plac Trzech Krzyży, to aż szyby w pobliskiej ambasadzie Rosji drżałyby nerwowo.

Zaś prawdziwy "pazur" demonstracji pokazały dopiero przemowy pod Belwederem - w tym istotnie porywająca tłum wypowiedź Ewy Stankiewicz, która zebrała chyba najwięcej oklasków. Tego właśnie ów marsz potrzebował - swoistego trybuna (trybunki?) ludu, trzymającego rękę na pulsie. Bowiem - siłą rzeczy ograniczeni przez "poprawność polityczną" - i Kaczyński, i Ziobro nazbyt uciekali w retorykę partyjną, w szukanie poparcia, miast wyczuć, że ludzie zebrali się tu w nieco innym celu. Już doprawdy abstrahując od tego, że będąc w takiej dyspozycji głosowej Ziobro mógłby wydelegować do przemówienia kogoś innego (bez złośliwości - trudno traktować serio tak poważne kwestie, gdy wypowiada je do mikrofonu "becząca koza z załamującym się głosem").

Czas już najwyższy wyjaśnić tytuł. Dość przewrotny, przyznaję. Z jednej strony, jak powiadam, serce rośnie, gdy Polacy potrafią się w takiej liczbie zjednoczyć w walce o pluralizm mediów i - cokolwiek powiedzą media - w trosce o Kraj. Z drugiej strony sobota przyniosła mi wiele smutków. Widziałem, jak wspominałem ludzi, którzy na katolickiej manifestacji lżą bliźnich, miast konstruktywnie ich skrytykować (a jest za co). Widziałem ludzi którzy sprzedawali po zawyżonych cenach krzesełka i flagi starszym, strudzonym i biednym ludziom. Widziałem odważnych tylko w grupie wyrostków, którzy fotografowali się z głupimi minami na tle modlących się ludzi, byle szybciej od znajomych wrzucić zdjęcie na Facebooka. I im dłużej posłuchałem rozmów ludzi z demonstracji, tym bardziej doszedłem do wniosku, że trochę oszukali ich również ojciec Rydzyk wraz z innymi, parafialnymi księżmi. Ludzie naprawdę wierzyli - nie można czynić im z tego wyrzutu - że idą w obronie swojej wiary, swojej religii, na którą zasadza się bezbożny Donald Tusk. Domyślam się, że ojcu Rydzykowi było w ten sposób prościej skonsolidować rząd dusz w obronie własnego medium. Ale to jednak nieprawda - ludzie u władzy w Naszym Kraju nie posiadają żadnego kręgosłupa moralnego, żadnej pchającej ich do przodu ideologii, nawet hałaśliwie antyklerykalnemu Palikotowi sprawy religijne są doskonale obojętne. Nienawiść do Radia Maryja bierze się tylko i wyłącznie z powodów pragmatycznych - "czarni" odbierają nam i naszym kolegom głosy, a co za tym idzie - dostęp do Państwowego koryta, z którego przecież tak smacznie się obżeraliśmy przez dwadzieścia lat. Gdyby ojciec Rydzyk był charyzmatycznym przywódcą milionów Polskich scjentologów, to byłoby analogicznie - Tuska nie obchodziłoby, że wierzą w Złego Lorda Xenu. Odbierają głosy - odbierają koryto, więc w obronie swoich interesów należy ich zdeptać.

Na koniec - nie widziałem, by ktokolwiek z Kancelarii Premiera odważył się wyjść i przemówić do zebranego tłumu - wychodząc widocznie z założenia, że skoro jeno śpiewają, a nie palą opon, to nie ma sensu udawać, że się nimi przejmują. Nie oczekiwałem naturalnie pojawienia się Tuska - ale dlaczegóż nie wyszedł ktoś z prasowego resortu Grasia, czy sam Graś? Naturalnie, na początku zostałby zakrzyczany i wygwizdany, ale czy prawdziwego, troszczącego się o Państwo polityka nie poznaje się właśnie po tym, że wytłuszcza swoje racje w sposób klarowny tłumacząc przyczyny całego zamieszania? Dlaczegóż urzędnik Państwowy, jakim jest Jan Dworak nie pomyślał, że jego obowiązkiem jest stanąć przed ludźmi i wyjaśnić tym, którzy go utrzymują, co kierowało nim i Krajową Radą? Organizatorzy twierdzili, i nie mam powodów, by im nie wierzyć, że udało się zebrać dwa miliony podpisów pod wnioskiem do Krajowej Rady - naturalnie, większość z tych ludzi z różnych przyczyn na demonstrację dotrzeć nie mogło. Ale te tysiące w Warszawie występowały w imieniu tychże dwóch milionów. Oszukanych obywateli. Smutno to pisać, ale chyba oszukiwanych po trochu przez wszystkich. Zawsze tak było, i zawsze tak będzie, że na gromadnych zrywach społecznych ktoś chce coś ugrać.

Byleby tylko znaleźli się wreszcie tacy, co chcą ugrać coś nie dla siebie, a dla Państwa. Tysiące biało-czerwonych flag na ulicach Warszawy to bardzo dobry początek. I chyba jednak powód do optymizmu.

trescharchi
O mnie trescharchi

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (19)

Inne tematy w dziale Polityka