Poświęcać poniedziałkową notkę Tomaszowi Lisowi to de facto wydać wyrok na cały nadchodzący tydzień. Nie mam jednak skrupułów - bo i ów redaktor ich nie posiada. W świeżo "przejętym" przez siebie Newsweeku Lis,(który, jak mniemam, postawił sobie za punkt honoru odwiedzić wszystkie redakcje w Polsce) zdecydowanie przesadził. I takie rzeczy trzeba piętnować, o takowych sprawach należy pisać, by dziennikarstwo w Polsce nie pogrążało się nadal w odmętach degeneracji.
Jest zasadnicza różnica między Lisem "oficjalnym" - ulizanym, pozującym na profesjonalistę w amerykańskim stylu, chwalącym się piękną żoną i dobrymi ciuchami, a Lisem "prawdziwym" - starczy poczytać jego teksty, a jeszcze lepiej posłuchać iście orwellowskiej "godziny nienawiści" jaką uprawia redaktor ze swoimi kolegami w piątkowym poranku TOK FM. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn - odnosi przecież sukcesy w życiu prywatnym i zawodowym - Tomasz Lis jest człowiekiem sfrustrowanym, rozgniewanym i pełnym pogardy dla ludzi myślących inaczej niż on. Innymi słowy - wypisz wymaluj wszystkie te cechy, przeciw którym rzekomo prowadzi swoją "medialną krucjatę". Nie pierwszy i nie ostatni to przykład podwójnych standardów w Polskich mediach, a i kolejny smutny pretekst do głębszego zastanowienia się nad kondycją nadwiślańskich żurnalistów.
Środowiska zbliżone do Lisa - a zatem około "Wyborcze" - mają z nim pewien problem. Z jednej strony jest to człowiek, którego głosu lekceważyć i pomijać nie wolno (raz: jest bardzo czuły na własnym punkcie, a przez to pamiętliwy, dwa: dowala tym, którym dowala też Czerska), z drugiej zaś strony w swojej niezdrowej pasji nader często przyjmuje retorykę, która dla "Wyborczej" jest niebezpieczna. Bo jakże bez hipokryzji głosić umiłowanie "demokracji", umiłowanie "innych wyznań", umiłowanie "tolerancji dla mniejszości", jakże zapraszać na łamy "Gazety" duchownych muzłumańskich, jakże nadal wyśmiewać "ciemnogród" protestujący przeciwko budowie meczetu w Warszawie, skoro Lis w najnowszym Newsweeku popełnia taką okładkę, jaką popełnia?
I wreszcie, czy redaktor Lis zapomniał, że w Afganistanie wciąż mamy "swoich chłopców", a nawet na tamtejszych bezdrożach hula Internet?
Z pewnością wiele osób wizerunek Macierewicza przerobionego na muzłumanina w turbanie, z wielkim podpisem "Amok" rozbawi. Wiele innych przyklaśnie - że Lis trafił w samo sedno, bo akurat za takowego "taliba" Macierewicza uważamy. Naturalnie - można posła PiS nie lubić, można wyśmiewać jego niekiedy przesadny zapał w rozwiązywaniu kwestii 10 kwietnia, można się z nim nie zgadzać. Problem leży gdzie indziej - to problem granic, których przekraczać w krytyce nie można.
Nie można, redaktorze Lis, miłośniku "ojczyzny demokracji" - Stanów Zjednoczonych - reprezentancie sił "postępu" i "nowoczesności" w imię doraźnych interesów ideowo-finansowych (można i dowalić, i zwiększyć nakład jednocześnie) obrażać ludzi innych wyznań. Chciałbym napisać : bezkarnie obrażać, ale znając przeczulenie co radykalniejszych muzłumanów wieszczę panu pewne kłopoty. Może nie tak wielkie, jak w sprawie duńskich karykatur Mahometa, ale pewny jestem, że kilkakrotnie nerwowo odwróci się pan przez ramię. Operowanie tak prymitywnymi kalkami - jak porównanie Macierewicza z talibem - przynosi panu jako dziennikarzowi wielką ujmę, i to przede wszystkim swoją inteligencję, a nie inteligencję czytelników pan obraża.
Pamiętam doskonale "gorzkie żale" środowisk medialnych, gdy Gazeta Polska Codziennie na pierwszej stronie zamieściła hasło "prezydent został zamordowany" - o, sam pan redaktor Lis wyrażał zaniepokojenie, że dziennikarstwo w Polsce stacza się w zastraszającym tempie i każdą bzdurę można już bezkarnie napisać. Nie minęło tak dużo czasu, raptem parę miesięcy, i robi pan redaktor dokładnie to samo, a jedyną reakcją Gazety Wyborczej (tak zatroskanej o braci muzłumanów, przypominam) jest nazwanie żenującej okładki "kontrowersyjną". Można i tak, nie pierwszy i pewnie nie ostatni to przypadek, że "Naszym" wolno więcej.
Doprawdy, nie życzę Tomaszowi Lisowi jakiegoś nieszczęścia ze strony arabskich radykałów. Liczę jednak na to, że skandaliczną sprawą zajmie się Rada Etyki Mediów, że wypowiedzą się działacze i duchowni muzłumańscy. Na przeprosiny redaktora względem innowierców też liczę - kto wie, może napór "środowiska" zmusi go do delikatnej samokrytyki. Naturalnie do przeproszenia Macierewicza zmusić go może tylko wyrok sądowy, toteż nie ma o czym pisać.
Niemniej - tą okładką przekroczono kolejny Rubikon w historii Polskich mediów. Ale mam nadzieję, że jej wydźwięk pozwoli niektórym przejrzeć na oczy. Owszem, mamy brutalną wojnę Polsko-Polską, ale wina za rozpętanie i eskalację konfliktu nie leży tylko po jednej stronie, jak chcieliby tego ci, co ubierają się w piórka "zatroskanych". Nader dwuznacznie jawi się przy tym inny podpis na okładce - "czy język nienawiści wywoła prawdziwą wojnę?".
Na to pytanie sam musi pan sobie redaktor odpowiedzieć, jako sztandarowy przykład posługiwania się owym nienawistym językiem. Głęboko wierzę, że owa okładka będzie kroplą, która przeleje czarę goryczy - i czy to wyrok sądu, czy ostracyzm środowiska i społeczeństwa zmusi Lisa do opamiętania się.
A tak na marginesie - w dzisiejszym świecie wieści rozchodzą się szybko. Chętnie zobaczyłbym zakłopotanie Tuska, gdy jakiś arabski król czy prezydent spyta go uprzejmie, gdy Nasz premier pojedzie prosić o ratowanie (np. Stoczni - do Kataru) przemysłu - "ibn Tusku, widzieliśmy, jak trzymasz rudą maskotkę, wytłumacz nam, czyś nie popierał wtedy tego giaura, co bogobojnych muzłumanów miesza z błotem?".
8435
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (97)