Ileż to razy zarzekałem się, że nikt i nic na Polskiej scenie politycznej nie będzie w stanie mnie zdziwić. Wszystkie zapewnienia fruną do kosza - im dłużej słucham Vincenta Rostowskiego, tym bardziej ogarnia mnie zdumienie. Zachodzę w głowę, jak ktoś taki mógł zostać ministrem finansów dużego Państwa w środku Europy. Niby to człowiek wykształcony i oczytany a zarazem mający w sobie "coś" takiego, że nikt o zdrowych zmysłach nie powierzyłby mu własnego portfela nawet na przytrzymanie.
Rostowski był gościem audycji radiowej i wydawałoby się, że mówił to co zwykle, a jednak nadal potrafił zaskoczyć słuchaczy swoją interpretacją (można wręcz zaryzykować: nadinterpretacją) sytuacji Krajowych finansów. Z jednej strony mamy zatem polityka, który każde posunięcie swojego rządu traktuje jako "dobry krok" - nie potrafiąc przyznać, że "pełzająca" reforma emerytur mundurowych tak naprawdę zamyka szansę na odnowę Państwa i stwarza niebezpieczny precedens dla innych grup społecznych. Rostowski snuje czysto teoretyczne - raczej niegodne zimnego, analitycznego umysłu jakim winien odznaczać się minister finansów - bajania o tym, że za jakiś tam czas mundurowi i tak zostaną włączeni do ogólnego systemu emerytalnego dla wszystkich. Oczywiście to marzenia ściętej głowy, starczy jedna wizyta policjantów pod KPRM i walący pięścią w stół Donald "Żarty się skończyły" Tusk spokornieje jak trusia i obieca każde gruszki na każdej wierzbie. Mamy ekonomistę, który podkreśla wszem i wobec, że po raz kolejny będziemy mieli najszybszy wzrost gospodarczy na Starym Kontynencie. Pytanie: "co w związku z tym?" samo ciśnie się na usta, ale nie zostało zadane.
Minister finansów uciekając w gładkie ogólniki obiecuje solennie "szybką poprawę finansów publicznych" - dobrze przy tym wiedząc, że naprawa systemu Państwa nie jest możliwa bez radykalnych działań, a ów rząd sondażowych tchórzy nigdy ich nie podejmie, lub podejmie połowicznie, wycofując się rakiem. Rostowski apeluje do Balcerowicza, by wreszcie zdjął licznik długu - jest to pewien progres, bo do tej pory nie przyjmował do wiadomości istnienia tychże liczb, co krzyczały same za siebie. Tłumaczy to prosto, a przy tym wesoło. Otóż jest całkowicie normalne, że dług "zawsze rośnie i będzie rósł" w normalnym, nowoczesnym kraju, co to się bogaci. Tyle definicja, którą minister przytoczył poprawnie, ale przecież żyjemy w Polsce, a nie w normalnym, nowoczesnym kraju.
Po raz kolejny również - w czym jest bardzo podobny do swoich kolegów z rządu - Rostowski zaklina rzeczywistość, błędnie zapewniając, że "kwestia Smoleńska" nie przebija się z Polski do zagranicy. Przebija się naturalnie, jej wydźwięk jest siłą rzeczy słabszy niż nad Wisłą, niemniej dużo bardziej doświadczone demokracje Zachodnie widzą słabość Naszego Państwa w stosunkach z Rosją i potrafią wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski, że na pochyłe drzewo każda koza skacze chociażby.
Kiedyś już apelowałem do premiera, by wprowadził jakiś zakaz lub ograniczenia wypowiedzi Vincenta Rostowskiego. Wiadomo, że najgorsza fucha w rządzie to minister finansów i zdrowia, ale po cóż człowiek ma pogrążać się jeszcze bardziej? Widziałbym dla ministra miejsce w dyplomacji - doprawdy, aż miło słucha się tego wygładzonego, dopieszczonego słowotoku truizmów, i aż człowieka nie nachodzą czarne myśli, że przecież to wszystko brednie i mitomania. Zielona Wyspa trwa i ma się dobrze, podsumowuje swoje wypowiedzi Rostowski - problem tylko w tym, że piękna zieleń coraz bardziej przechodzi w zieleń zgnilizny.
870
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (4)