Z pewnym takim zdumieniem - często przechodzącym wręcz w stupor zaskoczenia - obserwuję walki i tarcia na prawej stronie sceny politycznej w kwestii wyboru jednego, wspólnego kandydata na prezydenta. Niekiedy aż szkoda, że już na trzy lata przed wyborami dzieli się skórę na niedźwiedziu (trzy lata to w polityce szmat czasu) i mitręży się cenny czas plus energię na jałowe spory; energię, którą można by przeznaczyć na wykoncypowanie, jak wygrać wcześniejsze wybory parlamentarne. Plus samorządowe, bo mieć solidne zaplecze w regionach to podstawa funkcjonowania silnej partii. Plus wybory do europarlamentu, bo trzeba odpłacić zasłużonym działaczom niezłą posadką oferującą zacne pieniądze za nic nierobienie.
Tymczasem nie sposób nie odnieść wrażenia, że prawica powtarza błąd PO - uzależnia się od sondaży. Działa to zwykle dwutorowo : kiedy pojawia się sondaż zaufania i poparcia dla Komorowskiego (który nie popełnia większych błędów, bo po prostu mało robi), natychmiast trzeba zareagować, nerwowo, gwałtownie, na chybcika. Z jednej strony, całkiem to niegłupie, zwłaszcza w przypadku świeżej partii Ziobry - trzeba zawczasu kreować lidera i skupiać wszystkie siły wokół jego hipotetycznego sukcesu. Pod tym względem w tym szaleństwie jest metoda. Podobnie jest zresztą w PiS-ie, ale z innej przyczyny : zgodnie z zasadami partii wodozowskiej (nie ma w tym żadnych negatywnych historycznych konotacji; zresztą, o czym krytycy nader często zapominają, PO Donalda Tuska jest dokładnie identyczna) wyciął ze swojego otoczenia co poważniejsze persony, pozostając sam na placu boju.
Tak sobie myślę - propagandowa machina poszła w ruch, zaprzyjaźnione media (PiS też takowe posiada) lansują Kaczyńskiego na prezydenta, nieodłączni towarzysze Kaczyńskiego nawołują Ziobrę do opamiętania, a w całym tym zamieszaniu wszyscy zapominają o bohaterze swoich zabiegów. Jarosław Kaczyński - jak mniemam, w głowie mu nie siedzę - absolutnie nie chce być prezydentem. Można zarzucić mu wiele rzeczy, ale na pewno jest człowiekiem inteligentnym, zatem wie, że na prezydenta zupełnie się nie nadaje. Ma zbyt duży temperament, jest zbyt zaciekłym zwierzęciem politycznym, odnajdującym się w wirze codziennej walki sejmowej. Niby coś się mówi o tym, że po dojściu do władzy zmieni się konstytucję, nadając prezydentowi większe uprawnienia, ale - mimo pobożnych życzeń - ustawy zasadniczej zmienić tak łatwo się nie da. Czy Kaczyński - nawet jeśli PiS wygra wybory - wystartuje wobec takiego dictum na prezydenta? Żeby być de facto dodatkiem do rządu?
Inna rzecz, o której nikt nie myśli (czyżby nie zakładano zwycięstwa swojego lidera?) - komu Kaczyński pozostawi partię, gdyby został prezydentem? Sparzył się już na Marcinkiewiczu, ale wówczas sytuacja była zupełnie inna. Jako prezydent nie miałby takich możliwości rządzenia z tylnego fotela. Tu znów trzeba wrócić do karygodnego wycinania ludzi wybijających się ponad przeciętność - wątpię, by wyborcom PiS-u spodobało się prezesowanie Ryszarda Czarneckiego czy Adama Hofmana. Gdzie się człowiek nie rozejrzy - minusy przysłaniają plusy. Gdy dodamy do tego niefortunne pomysły tych, co przebąkują o jakichś prawicowych prawyborach (pamiętajmy, jaką farsą były prawybory Komorowski/Sikorski) - to mamy doskonały dowód na impotencję opozycji jako takiej, niestety. Piszę niestety, bowiem fatalna polityka tego rządu aż prosi się o bezlitosne punktowanie i konstruktywne recenzowanie - miast tego mamy rozlazłe gadaniny i wyrzucanie sobie wzajemne, kto byłby lepszym kandydatem za trzy lata. Nie tędy droga, w ten sposób pomagacie tylko i wyłącznie Tuskowi.
Zresztą, by dać odetchnąć Kaczyńskiemu - Ziobro, dotknięty "syndromem konferencyjnego szeryfa" (tzn. bryluje głównie wśród dziennikarzy, robiąc marsowe miny) też absolutnie nie nadaje się na prezydenta. Można wprawdzie zwalić całą winę na katastrofę smoleńską, gdzie zginęły przynajmniej dwie prawicowe nadzieje na dobrą prezydenturę (Lech Kaczyński, Władysław Stasiak) ale brak lepszej alternatywy zupełnie nie zwalnia z obowiązku jej poszukiwania ; prawicy potrzebny jest rzeczowy, spokojny i kulturalny kandydat, dający gwarancję sprawowania urzędu prezydenta z godnością i taktem. Ani Kaczyński, ani Ziobro - to nie wyrzut - z przyczyn charakterologicznych takiej gwarancji nie dają. Na horyzoncie takiego nie widać, ale trzy lata to szmat czasu.
Tymczasem Jarosław Kaczyński nie chce, ale musi. Gdyby tak udało mu się zwyciężyć - byłaby to paradoksalnie największa porażka PiS-u od początku jego istnienia, i, prorokuję - początek końca. Sporo w tym winy samego Kaczyńskiego - wyciął wszystkich ewentualnych następców (i konkurentów), nie pamiętając o tym, że im będzie starszy, tym trudniej będzie mu trzymać za wszystkie sznurki. Zwłaszcza z Pałacu Prezydenckiego. Partia wodzowska, która utraci wodza - to kura bez głowy. Chwilę pobiega w rozpaczy, ale w końcu umiera.
Oby przez te trzy lata znalazło się jakieś interesujące nazwisko. Życzę tego - i prawicy, i Polskiej polityce.
3709
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (66)