Kilka lat temu usłyszałem od pewnej osoby, że najbardziej boi się ona samotności na starość. Uczucia budzenia się rano w wieku 40, 50+ lat bez możliwości odezwania się do bliskiej osoby, z poczuciem bycia samemu, bezwartościowego życia bez bliskiej osoby obok. Było to około 5 lat temu i wówczas nie do końca jeszcze rozumiałem, o co tej osobie chodzi. Nie myślałem w taki sposób w jaki to robię dzisiaj. Myślałem płytko, jeszcze nie miałem swojej dzisiejszej świadomości. Miałem swoich znajomych ze szkoły, pisałem czy też utrzymywałem kontakt z różnymi osobami. Miałem też inne życiowe priorytety, które wbił mi do głowy system. Sukces. Ambicje bycia kimś, bycia majętną osobą. Bycia "fajnym", tolerowanym przez jak najszersze grono. Nie rozumiałem tych prostych wartości, nie doskwierało mi uczucie samotności.
Z perspektywy czasu widzę, że nie ma wielu mądrzejszych prawd życiowych niż te proste stwierdzenie. Że życie nie polega na ciągłym gonieniu własnego ogona. Szkoła, studia, praca, rodzina. Śmierć. A wcześniej być może też popularne dzisiaj odtrącenie przez najbliższych. Życie w domu samemu. Model jest prosty: idź do pracy, załóż rodzinę. Wyprowadź się.
Mam lekkie skrzywienie na tym punkcie z racji osobistych doświadczeń. Pochodzę z rozbitej rodziny, mieszkam z matką i bratem. Miałem ostatnio możliwość, aby się "usamodzielnić" czy "ogarnąć" (nienawidzę już tego słowa, zwykle ktoś kto Ci każe "ogarnąć się" ma na myśli to, żebyś żył na czyjąś modłę, wg określonych wartości tłumu), jednak nie zrobiłem tego i nie uważam, żebym akurat przez ten fakt był niedojrzały jak na swój wiek. Przerażało mnie nie to, że będę musiał sam o siebie zadbać, zrobić sobie codzienne żarcie, bo przecież... co w tym jest trudnego? Jednak perspektywa bycia samemu, budzenia się rano i brak osoby, z którą można porozmawiać, zrobić jej herbatę, czy po prostu ponarzekać była dla mnie zbyt przerażająca. Miałem też wtedy zdecydowanie większy bałagan w głowie niż dziś i życie w takich okolicznościach nie byłoby dla mnie odpowiednie. Może właśnie to myślenie sprawia, że nie jestem dziecinny? Może w małej cząstce. Dzieckiem trzeba być całe życie, zanim otaczający nas świat spłaszczy nam sposób myślenia.
Podejrzewam jakie są motywację promowania tego modelu. Kiedyś rodziny były wielopokoleniowe. Nasi rodzice mieszkali u swoich, ludzie więcej ze sobą przebywali, a zatem też uczyli się siebie. Wydaję mi się, że ten świat był prostszy, zdrowszy. Ludzie zacieśniali ze sobą silniejsze więzi. Dzisiaj mało kto zna już taką rodzinę. Żyjemy osobno i gnuśniejemy. Dystansujemy się od siebie. Wszystko w imię "usamodzielniania się" gdzie kosztem tego jest spłycenie relacji, zacieranie ich. Wobec najbliższych im osób. Nie uważam, żeby ten model, który jest po części lansowany przez ludzi, był dla nich dobry. Ale system tego nie chce. Wbił społeczeństwu taki model (znowu, jesteśmy ofiarami własnego postępu, tego jaki jest dzisiejszy świat). Z pewnością jeszcze kiedyś o tym napiszę szerzej.
Ja nie chciałem być sam. Oczywiście, mam swoich kilku przyjaciół. I gdybym ich nie miał, to byłbym zdecydowanie innym człowiekiem. Zepsutym. I na pewno smutniejszym niż dziś. Nie ma lepszej i szczerszej relacji między ludźmi niż prosta serdeczność i otwartość. Uśmiech wywołuje u drugiej osoby wybuch endorfin, a poczucie bycia dla kogoś w pewien sposób ważnym i zrozumianym jest nie do zastąpienia przez jakąkolwiek inną wartość. Ani tym bardziej pieniędzmi. I gdyby nie to, to być może już nie byłoby mnie, a Wy nie moglibyście czytać tego tekstu.
Moi rodzice są ze sobą rozwiedzeni, a mój ojciec mieszka u swojej matki. Wielu powiedziałoby na to, że jest niedojrzały, w końcu mieszka u mamusi, która robi mu obiadki, sprząta itp. Może i jest tu cząstka prawdy, mój ojciec ma już przecież prawie 60 lat. Ale czy ten układ nie jest też dobry dla mojej babci? Czy starość, ostatnie lata życia spędzone w zamkniętych czterech ścianach, bez nikogo obok byłoby dla niej dobre? Myślę, że nawet jeśli sama tego nie dostrzega, to byłoby jej zdecydowanie ciężej żyć już będąc samemu, bez bliskiej osoby obok.
Po studiach jest wśród u ludzi parcie na wyprowadzenie się od rodziców. Nawet gdy ktoś jest sam, to woli mieszkać w wynajętym, cudzym mieszkaniu, niż z rodzicami. Muszę przyznać, że jest to na pewno w pewien sposób korzystne. Ludzie dorastają, usamodzielniają się, nie kwestionuję tego. Ale to jest kosztem spłycenia relacji. Jedynie smutne jest to, że część społeczeństwa tego nie będzie potrafić docenić, bo już są sprani. Gonią za pieniądzem i za sukcesem, toczą swoją kulkę. Nie wszyscy są już w stanie to spostrzec, że taki model niekoniecznie musi być wartościowym. Ale cóż, jak już pisałem kilka razy, ludzie mają wbity do głowy "swój" system, który niektóre wartości skutecznie wyrugał. I szczęśliwy ten, kto żyje w taki sposób, a nie było mu dane tego dostrzec.
I być może kiedyś sam tak zrobię. Wyprowadzę się od matki, zacznę żyć w stu procentach na swój koszt. Przyjdzie taki dzień, kiedy będę sam dostrzegać potrzebę tego. Być może kiedyś poznam wartościową kobietę, która nie będzie już zepsuta przez otaczający ją świat. I z pewnością będę chciał budować z taką osobą jak najszczersze, najpiękniejsze relacje. Ale skazywanie się, na bycie samemu, w cudzym mieszkaniu, z zupełnie obcymi sobie ludźmi, płacenie obcej osobie (gdzie przecież wspomagam i wspieram moją matkę także pieniężnie) w imię "ogarnięcia" i "usamodzielnienia się" jest w moim odczuciu niczym innym, jak symptomem chorej rzeczywistości, zepsucia które nas otacza.
Inne tematy w dziale Rozmaitości