Lech Kaczyński, były prezydent III RP był oceniany bardzo różnie. Aż do chwili swojej tragicznej śmierci, która uczyniła z niego męczennika. Przynajmniej w oczach części społeczeństwa. Kaczyński nie był jednak kolejnym świętym. Piłsudskim, albo Dmowskim naszych czasów. Owszem, trzeba oddać mu sprawiedliwość – był jak do tej pory najlepszym polskim prezydentem po 1989 roku. Nie oznacza to jednak, że był człowiekiem bez skazy i zmazy, jak chcą tego jego apologeci.
Zacznijmy od jego niejasnej roli w otoczeniu prezydenta Lecha Wałęsy, który w opinii wielu Polaków był i pozostaje człowiekiem należącym mentalnie do poprzedniego systemu. Bracia Kaczyńscy zostali przez Wałęsę szybko usunięci z otoczenia prezydenta i przez wiele lat znajdowali się na bocznym torze polskiego życia politycznego. Warto tu wspomnieć choćby upadek Porozumienia Centrum. Ich powrót do polityki nastąpił na początku XXI wieku, kiedy to powstało Prawo i Sprawiedliwość, partia, która do dnia dzisiejszego budzi wiele kontrowersji.
Co można jednak zarzucić Kaczyńskiemu jako prezydentowi? To, że jeszcze w czasach kierowania Warszawą nie pozwolił na przemarsz gejów i lesbijek, można zaliczyć mu in plus. Podobnie jak otwarcie Muzeum Powstania Warszawskiego, czy wysłanie „kosztorysu” odbudowy miasta z wojennych zniszczeń. Wróćmy jednak do zarzutów, które można postawić po tym, jak z „woli ludu” stanął na czele państwa polskiego.
Gruzja
Gdy w 2008 roku w Gruzji, dokładniej w Osetii, wybuchła wojna, prezydent Rzeczpospolitej Polskiej, Lech Kaczyński zaczął wykonywać dziwne, nie zrozumiałe dla jego rodaków ruchy. Pierwszym z nich było wezwanie Unii Europejskiej i NATO do „jednoznacznej” reakcji. Pytanie jakiej? Wypowiedzenie wojny Federacji Rosyjskiej, oparte na jednostronnej, arbitralnej decyzji polskiego prezydenta? Co takiego miało wówczas miejsce, że NATO miało interweniować, w celu zaprzestania działań? Nie było czystek etnicznych na wzór tych, które miały miejsce podczas wojny w dawnej Jugosławii. Brakowało również podstaw do zaatakowania niepodległego państwa, które jak się później okazało zostało zaatakowane przez mniejszą Gruzję.
Kolejnym krokiem było zupełnie nie zrozumiałe dla większości z nas opuszczenie kraju i wyjazd do Gruzji, która stanowiła strefę walk pomiędzy armią rosyjską i siłami Gruzinów. Do czego był potrzebny prezydent Kaczyński? Opowieści o zatrzymaniu przez niego „ruskich czołgów” zakrawają na fantastykę naukową. Nie bardzo rozumiem, w jaki sposób jeden człowiek, nie dysponujący jakąkolwiek bronią przeciwpancerną – wyrzutnią rakiet, rusznicą przeciwpancerną, granatnikiem, koktajlem Mołotowa, tudzież workiem z cementem jest w stanie zatrzymać jakikolwiek czołg, a co dopiero osławiony „ruski” tank. Tymczasem w oczach swoich zwolenników Lech Kaczyński stał się obrońcą uciśnionych Gruzinów. A to nie do końca tak wygląda – początkiem konfliktu był ostrzał artyleryjski prowadzony przez Gruzinów. Tak stwierdziła bezstronna, międzynarodowa komisja ekspertów, w swoim raporcie pochodzącym z września 2009 roku. Gruzini podjęli próbę szybkiego uderzenia, zostali odparci, następnie do akcji przystąpili Rosjanie, którzy owszem działali powolnie i ociężale – trudno im się dziwić, jeśli spojrzymy na przebieg walk w Czeczenii. Lech Kaczyński nie zatrzymał więc czołgów, nie utrudnił marszu rosyjskiej armii, a zamiast tego naraził na niebezpieczeństwo samego siebie, oraz swoich współpracowników.
Załóżmy czysto fantastyczny scenariusz. Lech Kaczyński, głowa państwa ginie od zabłąkanej kuli podczas swojej wizyty w ogarniętej wojną Gruzji. Stojący już wówczas na czele opozycji, brat zmarłego prezydenta wzywa polski rząd do rozpoczęcia kroków nieprzyjaznych wobec Rosji, gdyż to z rosyjskich rąk zginął polski przywódca – następuje odpowiednia reakcja władz, które potem mogą być oskarżane o „pachołkowatość” wobec Rosji. Pół biedy, jeżeli Lech Kaczyński broniłby naszych interesów – militarnych, gospodarczych, itd., zagrożonych rosyjską interwencją w Gruzji. Pragnąłbym zatem wiedzieć, jakież to interesy w Gruzji ma nasz wspaniały kraj? W zasadzie nie łączy nas nic, poza turystyką, i to bardzo ograniczoną, no i postacią pewnego czołgisty z serialu kręconego w czasach PRL. Jaki więc interes mieliśmy we wspieraniu którejkolwiek ze stron konfliktu?
Rozumiem gdyby Kaczyński poleciał do Gruzji w celu sprzedaży Gruzinom starego polskiego sprzętu wojskowego, który w tej sytuacji byłby im potrzebny – oczywiście rodzi się kolejny problem – transportu, oraz tego jak Gruzja byłaby w stanie nas spłacić. Znając możliwości PiS-u, sprzęt ten dalibyśmy najprawdopodobniej Gruzinom za darmo, bo to „ruskie” i nienowoczesne. Tymczasem wykorzystywane przez Polaków Migi 29 mogą okazać się lepszym sprzętem niż zachwalane F-16, które osiągną gotowość bojową ok. 2018 roku… Wcześnie prawda? Zwłaszcza, że obie konstrukcje powstały mniej więcej w tym samym czasie. Co więcej, czysto teoretycznie, przy przeanalizowaniu danych technicznych Miga 29, może się okazać, że samolot „na papierze” jest w stanie stać się maszyną pionowego startu. Tymczasem wizyta Kaczyńskiego w Gruzji przypominała obwiezienie zblazowanego generała po linii frontu. O ostrzelaniu prezydenckiej limuzyny nie wspomnę. Po prostu pewne, sprawy należy przemyśleć. Głowa polskiego państwa, a więc osoba, co do której nie powinno być podobnych zastrzeżeń tego najzwyczajniej w świecie nie zrobiła. Zasadność i „klasę” pojawiających się w kraju komentarzy pominę, gdyż nie należą one do sprawy.
Pytania po co i w jakim celu prezydent Kaczyński udał się do Gruzji w trakcie działań zbrojnych, choć zasadne, do dnia dzisiejszego nie doczekały się konstruktywnej odpowiedzi. Żeby było zabawniej nie wiadomo do końca kto strzelał. Dowództwo wojsk rosyjskich stwierdziło, że ich żołnierze nie prowadzili tego dnia ostrzału z karabinów maszynowych, do prowadzenia ognia nie przyznali się również Gruzini…
Lizbona
13 grudnia to w polskiej historii data kojarząca się jednoznacznie z 13 grudnia 1981 roku, kiedy to gen. Wojciech Jaruzelski, wprowadził, z pogwałceniem obowiązującej konstytucji, Stan Wojenny. PiS, wywodzący się ze środowiska „post Solidarnościowego” do daty 13 grudnia dołożył kolejne smutne skojarzenie – podpisanie przez Polskę Traktatu Lizbońskiego.
Prezydent Kaczyński, jak to często mówią jego zwolennicy, był prezydentem wszystkich Polaków. Zgoda. Musiał więc respektować ich wolę, mówią dalej jego zwolennicy. To już niestety bzdura. Kaczyński jako prezydent potrafił pokazać, że ma swoje zdanie i że nie musi liczyć się z premierem z innej partii niż jego macierzysta. Za przykład niech posłuży wojna podjazdowa z premierem Tuskiem, o to, kto poleci na szczyt UE. Musiał podpisywać traktat, który stwierdza, że ważniejsze od polskich instytucji narodowych są instytucje unijne.
„To przecież nic nie znaczy” – krzyczą zwolennicy prezydenta Kaczyńskiego. Znaczy. Polska dobrowolnie zgodziła się na to, że nasze prawa muszą być zgodne z prawami unijnymi. Oznacza to, że nadrzędne względem polskiej konstytucji, praw itd., są odpowiednie przepisy unijne, które musimy wcielać w życie i respektować. Tym samym stajemy się krajem niesuwerennym, gdyż prawa, które nas obowiązują, nie są ustanawiane u nas, ale w Brukseli i Strasbourgu. Prezydent Kaczyński, jednym jedynym podpisem zamienił się z prezydenta niepodległego państwa w gubernatora, wybranego przez krajowców. Władze w metropolii – „Brukseli”, łaskawie zaakceptowały jego wybór, i pozwoliły mu żyć snem o byciu niezależnym.
Kaczyński podpisując Traktat Lizboński zaprzeczył suwerenności Polski. Oznacza to, że jest zdrajcą. Wystąpił przeciwko temu co dla Polski najważniejsze – niepodległości i suwerenności. Zdradził. Powinien zostać za swój czyn osądzony i ukarany – niestety, nie będzie, gdyż zmarł.
Prezydent Kaczyński zginął na rosyjskiej ziemi, w niejasnych okolicznościach. Reprezentował wówczas Polskę. Dla wielu jest to równoznaczne z jego deifikacją. Ale człowieka należy oceniać, nie po tym jak zginął, ale jak żył. W niejasnych okolicznościach, na rosyjskiej ziemi zmarł zginął/zmarł również Bolesław Bierut. Nie oznacza to jednak, że powstała grupa „bierutowców”, którzy oskarżyli Rosjan o zamach, a sam Bierut nie jest obecnie uznawany za wzór wszelkich cnót. Podobnie powinno być z Kaczyńskim, który zdradził polskie interesy w Lizbonie. I powinien za to odpowiedzieć. Nazwanie go zdrajcą, nie jest więc wynikiem działalności agenturalnej, jak tego pragnie środowisko „Gazety Polskiej”, ale trochę innego, może bardziej radykalnego, ale narodowego myślenia o szeroko rozumianej „sprawie polskiej”.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)