Tylko tak umiem określić słowa, które cisną mi się na usta po przeczytaniu tekstu Marcina Palade, opublikowanego na stronach tygodnika „Gazeta Warszawska”. O samej „Gazecie Warszawskiej” do tej pory miałem dosyć złe zdanie, głównie ze względu na chore uwielbienie jakim redakcja pisma darzy opozycyjny PiS. Tymczasem redakcja tygodnika już od dłuższego czasu daje do zrozumienia, że pojęcie „wolne media”, „samodzielność”, „niezależność” itd., rozumie nieco inaczej od portalu niezależna.pl i „Gazety (z nazwy) Polskiej”.
Pierwszym krokiem w stronę normalności wykonanym przez środowisko „Gazety Warszawskiej” było przyjęcie pod skrzydła tygodnika księdza Isakowicza Zalewskiego, który od samego początku wydarzeń na ukraińskim Majdanie zapalał czerwoną lampkę ostrzegawczą. Za ostrzeganie przed tym, że banderyzm zabija został wyrzucony przez obywatela Sakiewicza. Przyjęli go „warszawiacy”, i dobrze zrobili, bo na pewno wpłynęło to pozytywnie na sprzedaż tygodnika, ale także na to jak owo pismo jest postrzegane. Ponadto… bądźmy szczerzy, w porównaniu z Sakiewiczem pismo „warszawiaków”, przynajmniej próbuje być obiektywne.
Kolejnym krokiem jest właśnie tekst Paladego. Autor rzuca sporo światła na poselską działalność pani Gosiewskiej, sprawującej mandat posła na Sejm RP z ramienia PiS, a także na działalność pseudodziennikarki zatrudnionej w telewizji Republika. Pani „dziennikarka” uznała, że ludzie, którzy podczas meczu Legia – Mestalist Charków wznieśli transparenty podkreślające, że Wilno i Lwów to polskie miasta, są rosyjską agenturą, lub wszelkiej maści szumowinami. Pomimo tego, ani Sakiewicz, ani nowy pryncypał obywatelki Zalewskiej Bianki, nie uznali za stosowne odbyć z tą niewiastą rozmowy na temat jej wyskoków. Co więcej zrobili wielką szopkę z tego, że zatrudniona w jakoby polskiej TV Republika Zalewska została odznaczona przez stronę ukraińską.
Idąc dalej, i tu to już szok prawdziwy przeżyłem, powstać z krzesła nie mogłem, herbatą się udławiłem itd., Palade skrytykował „politykę jagiellońską”, czyli coś co budzi u mnie odruchy wymiotne.
Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że z polityką jagiellońską jest jak z grą w tenisa. Teoretycznie można grać ze ścianą, ale lepiej grać z drugim człowiekiem. Polska w grę znaną jako polityka jagiellońska od lat gra ze ścianą. Niestety, z gry ze ścianą uczyniliśmy nową dyscyplinę olimpijską, i na wyścigi lecimy by całować w pewną część ciała kochanych „braci Ukraińców”, którzy delikatnie mówiąc potrzebują robionego przez Polskę szumu medialnego by zbliżyć się do Niemców ich historycznego partnera. Niestety, dla Ukraińców, Niemcy mają ich, najdelikatniej mówiąc, w tyle. Republika Federalna Niemiec wychodzi z założenia, że skoro jest wojna na Ukrainie to dobrze, bo będzie można wzmocnić Unię, kosztem takich państw jak Polska.
A tymczasem Ukraińcy mają Polaków za coś gorszego i na każdym kroku gloryfikują UPA. Nasza walka z prezydentem Łukaszenką też odbija się czkawką, bo dla zachodu, to ten straszny tyran Łukaszenko jest człowiekiem z którym można rozmawiać, a nie nasi lokalni pajace. Więcej, Litwa, ta mała Litwa, która ma tylu obywateli ile Polska rezerwistów od lat oficjalnie prześladuje polską mniejszość na Wileńszczyźnie, a my jak zwykle z radością i debilnym uśmiechem na krzywej facjacie bijemy Litwinom brawo. Do grona największych durniów, pod tym względem, należy, o zgrozo, profesor Żurawski vel Grajewski, który podczas spotkań otoczony wianuszkiem wyznawców spod znaku „Klub Gazety Polskiej”, tudzież „PiS” roztacza swoje wizje wspólnej walki przeciwko złym Rosjanom.
Prawda jest jednak taka, że Polska jako państwo słabe militarnie powinno, bynajmniej moim zdaniem siedzieć i uczyć się, jak w prosty i nie wygmagający sposób można łatwo i przyjemnie powiększyć obszar swojego państwa. Albańczycy z Kosowa powinni być dla naszych polityków wzorem jak można prowadzić politykę z Litwą, Białorusią i Ukrainą. Tymczasem nasi lokalni kacykowie mają dosyć ograniczone pojęcie o świecie. W sumie może to i dobrze, bo póki co zajmują się przynajmniej robieniem pewnej rzeczy Amerykanom – if you know what I mean.
Co najbardziej mnie w naszym kraju przeraża to to, że na dobrą sprawę to jakieś 75% społeczeństwa choruje na chorobę znaną jako rusofobia. Historia uczy, że gdy w maju 1939 r., na podobną chorobę zapadło ok. 99% społeczeństwa to doszło do niewyobrażalnej tragedii. Na szczęście nasze pajace nie mają takiego zdania o sobie jak rządzący przed wojną, i nie rzucają nas do obrony ukraińskich granic. Tak czy inaczej czeka nas trudny rok, ale artykuł Marcina Paladego daje mi trochę (cień) nadziei na to, że nawet wśród ludzi związanych z środowiskami „Telewizji Republika”, „Gazety Polskiej” i PiSu pojawiają się osobniki, którym mózg wciąż jeszcze pracuje.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)