Pewna starsza pani niedawno umarła, tak banalnie i pospolicie we własnym łóżku, ta pani spodziewała się tej śmierci, albowiem od dłuższego czasu chorowała i to ciężko. Choroba była nieuleczalna, a pani miała 70-lat, (więc) zanim umarła musiała sobie pocierpieć w imię choroby która ją dopadła, na szczęście, lub na nieszczęście medycyna wydłużyła jej życie, ale także cierpienia, równocześnie je łagodząc, o eutanazji nie było mowy, bo ta pani nie chciała sobie skracać życia, głównie dlatego że przywiązała się do swojego cierpienia, ale także dlatego że nie miała zielonego pojęcia o tym że na własne życzenie można nie przedłużać sobie życia.
Może i dobrze że o tym nie wiedziała, bo i po co? Taka wiedza jest szkodliwa.
Odeszła z" tego padołu łez" wsród swoich bliskich, otoczona rodziną i sąsiadami, wszyscy pogrążeni byli w modlitwie, wierzący i ateiści, którzy modlili się dla towarzystwa i dla zwykłej empatii, aby nikt nie poczuł się nieswojo. Aby nie wyłamywać się z parowiekowego obyczaju-obrządku żegnania się z kimś, kogo śmierć jest TU i TERAZ i nie robić tzw "siary". Głęboko wierzący byli b. zadowoleni, że wszyscy są tak spójni podczas tak uroczystej chwili, a ci którzy robili to "pro forma" nie chwalili się tym, co tak na prawdę, w głębi sobie myślą.
Bo i po co? Taka wiedza może być szkodliwa dla otoczenia.
A ta pani/babcia w wieku lat 70-ciu umarła sobie szczęśliwsza przez te parę chwil, póki została jej jakakolwiek świadomość . Wszystko poszło, (przynajmniej do chwili śmierci) zgodnie z wieloletnim przygotowaniem i planem, na sam koniec przed śmiercią wyspowiadała się, dostała rozgrzeszenie, została namaszczona i mogła sobie pozwolić na śmierć.
Życiorysowo nie komplikowała sobie życia, zrobiła to - co zrobić powinna każda kobieta w jej wieku i tym kraju, w którym przyszło jej umierać. Wychowała się chodząc, od dziecka do kościoła, bo taka była tradycja rodzinna, do szkoły także, bo taki był obowiązek, poszła do pracy, jeszcze w czasach komunistycznych- bo to także było - w tamtych czasach obowiązkowe, w ramach obowiązków biologiczno-społecznych, a także własnych chęci, wyszła za mąż, urodziła dzieci i dochwała się wnuków - banał prawda?
Jedyną aberracją w tym poukładanym świecie było to że w szkole i pracy słyszała że komuniści twierdzili że Boga nie ma, a w kościele mówiono że Bóg istnieje i to była jedyne schizofreniczne zjawisko w jej życiu. Taki malutki niepokój można było zauważyć w jej oczach, kiedy umierając patrzyła się na swojego syna naukowca, który był autorytetem dla wielu młodych ludzi, co sama widziała podczas jego wystąpień na aulach uniwersyteckich i który to twierdził że Boga nie ma, a teraz się modli, podczas jej umierania, a ma przy tym jakąś niewyraźną minę.
Scena z filmu Jana Jakuba Kolskiego kiedy pewna pani chciała zwrócić na siebie uwagę, w momencie swojego umierania, kazała patrzeć Majchrzakowi na siebie, właśnie w tym momencie! Aby zobaczył jakąkolwiek ontologię, ten - który nie wierzył, nie udało się ... robaczek zawróci znakomitemu aktorowi łw głowie i były nici z tak bliskiego obserwowania śmierci...
Ontologia poszła się ... no... poszła sobie w las.
Bo i po co (?) komuś obserwować czyjąś śmierć, skoro to nie jest nic interesującego, a może jedynie wywołać jakieś lęki - zwierzęcego pochodzenia i powodować ucieczkę w taką wiarę, która pozwoli na lżejsze umieranie mentalne, ale która już nie pozwala na świadome skracanie sobie życia, ponieważ to FUNDAMENTALNIE zaprzecza lękowi przed śmiercią, a równocześnie potwierdza to, że człowiek sam może być panem swojego życia i wybrać sobie n/p datę śmierci.
Niestety, nie znalazłem tego najbardziej interesującego fragmentu, w Y-Tubie



Komentarze
Pokaż komentarze (107)