Poszłam na ryby. Pomost, w koło dziwna cisza. Nad Dusiem zachodzi niesamowite, purpurowo-fioletowe słońce. Niedaleko poluje rapa - wali ogłuszająco ogonem w wodę. Jest poza moim zasięgiem, ale wygląda to niesamowicie. Za plecami mam stare, klasztorne zabudowania - kamienne stodoły, od których huk ogona odbija się zwielokrotnionym echem.
Slońce opada coraz nizej, opatulam się moim barburem. Zimno.
Koło trzcin poluje okoń - nad wodę wyskakują małe, srebrzyste ukleje.
Na tle zachodu widzę jakiegoś samotnego wędkarza. Z daleka wygląda jak namalowany piórkiem. Siedzi nieruchomo, zatrzymany w kadrze. Gdzieś słyszę uderzenia wioseł kajaka. Koło mnie przepływa łabędzia rodzina.
Cisza. Niesamowita, taka słyszalna i namacalna. Spokój wody bez jednej zmarszczki.
To taki moment kompletnego dystansu do wszystkiego. Mogłabym tak zostać na zawsze, zatrzymana w kadrze, siedząca na pomoście nad Dusiem. I to słońce - najpierw nabrzmiałe, potem znikające nad horyzontem, gdzieś daleko, wśród drzew.
Wreszcie się chowa. Przyroda zamiera, tylko samotna rapa poluje w pobliżu. Zbieram kije. Jeszcze na chwilę ogladam się za siebie...


Komentarze
Pokaż komentarze (32)