20 lat temu miałam 19 lat i pstro w głowie. Przyjaźniłam się z ludźmi do mnie podobnymi, jeszcze z opozycji i Komitetów Obywatelskich. Potem byłam już członkinią ROAD-u, właśnie się zakochałam, a już niebawem miałam siedzieć pod Mukino na Marchlewskiego zbierając podpisy przy stoliku Unii Demokratycznej w sąsiedztwie partii prezydenckiej Viktoria i egzotycznej Partii X Stana Tymińskiego. Niedawno kupiłam moją pierwszą kiełbasę bez kartek, w małym sklepiku w Karkonoszach. Dokupiłam na wszelkie wypadek kilo cukru. Też bez kartek. Za kilka dni miał się zacząć rok akademicki - mój drugi w życiu. Mogłam przenosić góry. Jeszcze kilkanaście miesięcy i poznam faceta mojego życia… Ale wtedy o tym nie wiedziałam.
Świat był piękny - Szczepkowska mówiła coś o końcu komuny, Mazowiecki podnosił rękę w „fałce”, w ławach poselskich siedzieli ludzie, których znałam z zupełnie innych czasów. Mój przyjaciel spokojnie oznajmiał wszem i wobec, że i tak nas wszystkich wsadzą, wiec cieszmy się tym, co mamy. Na moim wydziale powstała gazetka, w której drukowaliśmy zupełnie legalnie przerażające wierszydła, okraszone równie przerażającą grafiką. Na korytarzach wydziału, na których rok wcześniej tkwiliśmy jak głupi na karimatach, przykryci kocami i czym się dało, toczono nieustające spory na temat rzeczywistości. Przeważał czarny, kapiący egzystencjalizm. Dzieciaki, które teraz tworzą Kabaret Moralnego Niepokoju, zaanektowały oddany do dyspozycji samorządu wydziałowego pokoik na ostatnim piętrze. Po korytarzach krążyły legalne już teraz bezdebity.
Kilka lat wcześniej jechałam do mojego liceum tramwajem, na bezczelnego czytając sobie Misia. Przewróciłam kartkę, zapisaną drobnym, niemal nieczytelnym maczkiem, a za mną rozległ się chór oburzonych głosów: „Jeszcze nie przeczytaliśmy!”. Kilka dni wcześniej wpadłam na Starówce na patrol milicji z plecakiem pełnym bibuły. Pewnie byliby mnie dorwali, gdyby nie starsza pani, która widząc moją minę złapała mnie za rękę i krzykiem zaczęła ponaglać „Chodźże! Do szkoły się spóźnisz! No szybciej, pośpiesz się!”. Za rogiem puściła mnie, mrugnęła porozumiewawczo i powiedziała szeptem: „Byłam w AK.”. Jeszcze wcześniej, na 3 maja zaplatałam się na staromiejski rynek. Lali jak cholera. Zarobiłam od jakiegoś zupaka po plecach pałą. Odzywają się do dzisiaj. A dwa lata później wyleciałam z liceum z wilczym biletem – miałam niefart. Wylądowałam w jedynej szkole, do której chcieli mnie przyjąć – w Szczytnie, w wieczorówce. Internat sąsiadował z placem ćwiczeń zomowców i co rano budziły mnie okrzyki: „SOLIDARNOŚC! SOLIDARNOŚC! GESTAPO! GESTAPO!” po których następował zbiorowy ryk i szarża na słomiane kukły poustawiane na zomowskim boisku. Pamiętam, że szefem garnizonu był wówczas generał Biczysko. Bywało, że z zomowcami piłam piwo w szczytnowskim browarze. Pamiętam, jak chwalili się szturmem na Kortowo. W pokoju słuchaliśmy Starego Dobrego Małżeństwa i Kaczmarskiego. Na ogniskach graliśmy Katarzynę II i nieśmiertelne Mury.
Ale 20 lat temu to była dla mnie dawna, pełna przygód historia. Trochę nostalgiczna, bo nagle mój świat się zmienił. Nie rozmawialiśmy o styropianowej przeszłości, nadal mieliśmy zakodowane, że nie można mówić o wszystkim i trzeba z dużym dystansem podchodzić do nieznanego rozmówcy. Wielu z nas znało się z tych „poprzednich” czasów. Bywało, że w większym towarzystwie udawaliśmy, że się nie znamy. Byliśmy przekonani, że to kolejny „karnawał”, że zaraz zdejmiemy maski i zacznie się od nowa zabawa w milicjantów i oporniki. Było nas całkiem sporo, dzisiaj jesteśmy dziennikarzami, bezdomnymi, menelami, profesorami uniwersytetu, znanymi lekarzami, bankowcami… Kilku z nas zrobiło kariery polityczne. Z częścią dzieli nas mur, który powstał już po czasach Mazowieckiego. Nie potrafimy się dogadać, czasami wymieniamy kurtuazyjne kartki świąteczne, albo jakieś nic nie znaczące meile. Wielu wyjechało z Polski. Spotykamy się rzadko. Po co, skoro jest net?
Żal mi tych czasów, ale jeszcze bardziej żal mi zaprzepaszczonej szansy. Nie pasuję do obecnych czasów, do wyścigu szczurów i bezinteresownej zawiści. Nigdy nie zapomnę Pani Profesor Zofii Kuratowskiej w jakiejś knajpie na obrzeżach Pola Mokotowskiego, smaku koniaku i powrotu do domu polonezem gwiazdy opozycji, rozśpiewanym i zachwyconym nowym życiem. Gdzieś zatrzymali nas gliniarze – było nas w tym polonezie 7 osób, z jedynym trzeźwym kierowcą. Kobieta, siedząca mi na kolanach okazała się szefową związku policjantów, czy jeszcze milicjantów. Odstawiono nas do domów w eskorcie, a my nadal śpiewaliśmy legionowe szlagiery. Pamiętam płot na Szeligowskiej, który w pełnej konspirze oblepialiśmy jakimiś plakatami. Płot odgradzał budowę i stał od 20 lat. Następnego dnia płot zniknął - okazało się, że nie z naszego powodu. Po prostu skończono budowę i właśnie przecinano wstęgę. Płakaliśmy ze śmiechu, stojąc w tłumku gapiów, bo resztki blachy falistej z płotu leżały tuż za podium dla Vipów z naszymi plakatami na zewnątrz. Pamiętam knajpę Karuzela na Jelonkach w osiedlu budowanym dla budowniczych Pałacu Kultury, na zapleczu której mieliśmy lokal wyborczy. Te niesamowite zupełnie przyjaźnie między dziewczyną, ledwo upieczoną studentką i moimi profesorami. I te sesje, zazwyczaj oblane: „Co jak co, ale od ciebie muszę wymagać więcej – mówiła mi moja pani profesor, nie dostrzegając czerwonych od niewyspania oczu.
Spierdoliliśmy te przyjaźnie, ten czas nie wróci. Opowiem o tym Wojtkowi. Nie sądzę, żeby zrozumiał, ale opowiem. Niech wie, że świat kiedyś taki był. I zostawię mu tę książkę z dedykacja Marka Edelmana. Może uda mi się wytłumaczyć, jak bardzo byłam – i jestem – z tej dedykacji dumna. I wyjaśnię mu - może mi się uda - dlaczego tak szanowałam starszego pana, który wpadał na kawę do knajpki w Nidzie i który często się moim synem opiekował. Wyjaśnię mu, dlaczego zawsze tytułowałam go „panie premierze” i kim był Mieczysław F. Rakowski. Co to znaczy ; „Sztandar wyprowadzić” i czym było Po Prostu i co to jest Polityka.
Skomplikowane to wszystko.
Kogo banuję - przede wszystkim chamów, nudziarzy, domorosłych psychologów i detektywów-amatorów. To mój blog i to ja decyduję, kto tu będzie komentował. Powinnam to zrobić dawno, teraz zabieram się za porządki. Dyskusja - proszę bardzo, może być na wysokich tonach, ale chamstwo i nudziarstwo zdecydowanie nie.
Anka Grzybowska
Utwórz swoją wizytówkę
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Rozmaitości