Voit Voit
86
BLOG

Rzucam palenie.

Voit Voit Rozmaitości Obserwuj notkę 86

 

 

Czasami zastanawiam się, gdzie są granice mojego szczęścia. Dzisiaj mało brakowało, a byłabym je przekroczyła.

Miałam dzisiaj mnóstwo przeróżnych spraw do załatwienia i całe przedpołudnie spędziłam na jazdach w te i we wte. Mazurskie drogi to horror, ale po kilku zimowych miesiącach można przyzwyczaić się do wszystkiego, Już w domu zorientowałam się, że nie kupiłam papierosów. Cóż było robić – w samochód i do Ukty, bo nasz sklepik z niejasnych powodów był zamknięty.

W połowie wsi jest zjazd na most na Krutyni – zjeżdża się z górki i albo jedzie prosto, w stronę Ukty,  albo skręca w lewo na mostek. Ja miałam szczytny zamiar jechać prosto i pewnie byłoby mi się udało, gdyby zakrętu na górce nie ścinała właśnie potężna terenówa. Za mną jechały dwie osobówki, wolno, przebijając się z trudem przez zwały nieodgarniętego śniegu, sięgające 2/3 koła. Jechać dało się tylko środkiem. Tubylcy koszmarną górkę z zakrętem znają i panuje niepisana zasad, że ci, którzy zjeżdżają (zza zakrętu z góry nic nie widać) mają pierwszeństwo. Przybysze... No cóż - oni nie mają zadnych zasad.

Terenówa grzała ile jej dane pod maską, wpadając prosto na nasza kawalkadę. Ja wiałam na lewo, przez wał śniegu, potem w dół na plażę, aż zatrzymałam się na zamarzniętej tafli Krutyni. Ci, którzy jechali za mną mieli mniej szczęścia - jeden władował się z impetem w zlodowaciałe zaspy po prawej stronie, drugiego przyhamowało i obróciło, tak, ze terenówa walnęła go prosto w lewe drzwiczki.

Wyszliśmy wszyscy z tego bez specjalnych obrażeń, za to dwa samochody nie nadawały się do dalszej jazdy - jeden z rozwalonym przodem, drugi z rozwalonym bokiem, a ja dokumentnie zakopałam się poniżej górki, tak że nie mogłam otworzyć drzwiczek. Wylazłam przez tylną klapę. Za nami zatrzymało się kilka samochodów, a z terenówy wysiadła młoda dama z komórka przy uchu.

- Ja was załatwię - wysyczała panienka - Gratami jeździcie!

Spojrzałam na rejestrację. Warszawska. Można się było tego spodziewać.

Jeżdżę passatem kombi z napędem na przód, mam nowe zimówki, na dokładkę łańcuchy z kolcami. Inaczej nie dałabym rady wyjechać z na drogę. Podobnie jak moi sąsiedzi, jeżdżę spokojnie, nie wariuję. To nie jest dobry moment na popisy. Podobnie jak moi sąsiedzi staram się nie zabić - ani siebie, ani nikogo innego. Tubylcy - pewnie z powodu jakości naszych dróg i ciężkich, długich zim - jeżdżą bardzo dobrze. Jeśli ktoś u nas na drodze ginie, to w 90% przybysz. Najgorsi są ludzie, którzy przyjeżdżają do nas firmowymi, wypasionymi brykami - nie ich, więc rwą jak nieprzytomni. Co gorsza - jeżdżą samochodami „terenowymi”, czyli miejskimi autkami wyglądającymi na pojazd z Gwiezdnych Wojen.

Panienka dzwoniła, my oglądaliśmy nasze pojazdy. Ściągnęłam sąsiada z traktorem - inaczej zostałabym na rzece do roztopów.

- Cholera mnie weźmie – znajomy, który oberwał w bok, szacował straty - raty do spłacenia, teraz na kanał go postawię, a zarabiać na siebie będzie kiedy?! Siksa cholerna! Anka, nic ci nie jest? Ale rurę dałaś! Szczęście masz, że zdążyłaś, gówniara rwała ze 110, ty miałaś z 60. Ładnie by było. Mały jest z tobą? Nie? No, to szczęście masz, cholera.

- Panie, pan gdzie się jeździć uczył?! W Pcimiu?! - wrzeszczała panienka - ja z Warszawy jestem! Pan byś tam nawet kilometra nie ujechał! Prawko takim zabierać!

- A ja ci teraz dziewucha tak powiem - tego passata w dole widzisz? Z Warszawy kobita. Mojego widzisz? A ja z Krakowa tu przyjechałem. A tego rovera widzisz? Z Warszawy, dziecko, z Warszawy. Ty się lepiej zainteresuj, czy się komu nic nie stało, bo będziesz miała przechlapane.

- Panie, samochód mi rozbiliście!

- Kobito, ty się ciesz, że my żyjemy. I ciesz się, że Anka z synem nie jechała, bo ty byś już nie żyła, jakby ci dopadła.

Sąsiad przyjechał z traktorem, a na drodze awantura zataczała coraz szersze kręgi. Kilkanaście samochodów, które zatrzymały się koło nas zapakowane było naszymi sąsiadami i znajomymi. Mój samochód - dolna połowa pomarańczowa, górna biała - rzuca się w oczy z odległości kilometra, więc wszyscy wyleźli, dawali rady, dołowali panienkę, kombinowali, jak mnie wyciągnąć. Po półgodzinnej szarpaninie passat wyjechał na drogę, pozostali jakoś poodginali pogięte błotniki i zderzaki, znajomy z Krakowa wlazł przez prawe drzwiczki i odpalił, co zostało przyjęte z aplauzem. Spisaliśmy, co mieliśmy spisać, aż tu krakus dostał kolki ze śmiechu. Nasza „warszawianka” miała meldunek z Łomży. Samochód był służbowy. Panienka ty razem dostała spazmów:

- Ja tu z szefem przyjechałam. Do Gołębiowskiego... O Jezu, co ja teraz zrobię?... To szefa samochód...

- Eeee, na firmę, dzieciak. Co się martwisz?

- O Jezu, Jezu! Przód rozbity... I co teraz? Z pensji mi potrąci... I jeszcze z pracy wyrzuci...

- Wiesz co, jak cię z pracy wyrzuci, to zgłoś się do mnie - człowiek od rozbitego przodu wyciągnął wizytówkę. Panienka spojrzała i z lekka zgłupiała - na wizytówce widniało nazwisko właściciela jednej z bardziej znanych warszawskich kancelarii adwokackich. Zresztą - w cywilu mojego adwokata. Tak po sąsiedzku.

Do domu dojechałam. Mam rozwaloną część przodu, atrapy szlag trafił, ale na cholerę mi atrapy. Gorzej, że pod domem zorientowałam się, że nie mam hamulców. Niebieski płyn wyciekający z samochodu z lekka mnie dobił. Poza tym mam uszkodzoną miskę olejową i urwany przedni zderzak. Nie jest źle. Żyję.

 

A jaki z tego morał? Rzucam palenie.

Voit
O mnie Voit

Kogo banuję - przede wszystkim chamów, nudziarzy, domorosłych psychologów i detektywów-amatorów. To mój blog i to ja decyduję, kto tu będzie komentował. Powinnam to zrobić dawno, teraz zabieram się za porządki. Dyskusja - proszę bardzo, może być na wysokich tonach, ale chamstwo i nudziarstwo zdecydowanie nie. Anka Grzybowska Utwórz swoją wizytówkę

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (86)

Inne tematy w dziale Rozmaitości