Deficyt budżetowy to tylko część większej układanki, jest bardzo podatny na manipulacje i nie pokazuje całości sytuacji finansów publicznych. Dlatego też powinniśmy przestać się na nim skupiać i zacząć patrzeć na kasę państwa całościowo.   

                                         Foto: Adam Staskiewicz / East News / East News

                                                   

                        "Deficyt budżetowy to tylko część większej układanki, jest bardzo podatny na manipulacje i nie pokazuje całości sytuacji finansów publicznych. Dlatego też powinniśmy przestać się na nim skupiać i zacząć patrzeć na kasę państwa całościowo.

                   

              

Rząd, chwaląc się, że budżet bez deficytu na ten rok jest emanacją świetnej kondycji finansów Polski, nie mówi nam całej prawdy. Należy zmyć ten polityczny puder i spojrzeć na rzeczywisty obraz sektora finansów publicznych. Sektora, którego rządowe prognozy deficytu na 2020 r. w ciągu zaledwie kilku miesięcy poszybowały w górę o 1,3 pkt proc.

      

Rząd w obecnej sytuacji, przedstawiając saldo budżetu na 2020 r., zachowuje się jak koncern, który chwali się wynikami swoich oddziałów tylko w wybranych województwach. Miejsca, w których osiąga zysk, dodaje do bilansu, a te, w których idzie mu gorzej, upycha po kątach. Nie można przechodzić nad takim działaniem do porządku dziennego. Należy punktować każde zachowanie klasy politycznej, które mydli nam oczy. Tak jest w przypadku zrównoważonego budżetu na ten rok.                                           

                 

Mateusz Morawiecki jak Donald Tusk

         

Powiedzmy to sobie jasno. Deficyt lub nadwyżkę budżetową można bardzo łatwo zmanipulować, przesuwając środki z jednego miejsca w drugie, przez co rozmowa o wyniku budżetowym zdaje się na dłuższą metę bezcelowa. Sam budżet centralny odpowiada zresztą tylko za ok. połowę sektora finansów publicznych. Dlatego też wmawianie nam, że zrównoważony budżet jest oznaką zdrowych finansów Polski, jak robi to np. już czwarty minister finansów w ciągu ostatniego roku Tadeusz Kościński, jest czystą polityką w najgorszym tego słowa znaczeniu, a nie ekonomią.

    

 Warto tu przytoczyć słowa Mateusza Morawieckiego, który w 2016 r. mówił, że nie będzie postępował jak rząd PO-PSL. Jako ówczesny minister finansów i rozwoju wszedł on na mównicę sejmową, przedstawiając budżet na 2017 r. - My w tym deficycie nie włożyliśmy takiego instrumentu, który nasi poprzednicy z PO-PSL używali przez wiele lat, a mianowicie pożyczki dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych zamiast dotacji dla FUS - wskazywał wtedy Morawiecki.

         

I mówił dalej: pożyczka dla FUS powoduje, że nie widać tego w deficycie budżetu państwa (...) i w sposób sztucznie zaniżony jest poziom tego deficytu budżetowego według statystyki liczonej w budżecie państwa.

    

My tego zabiegu nie stosujemy – podkreślał.   

       

Fundusz pełen manipulacji

    

I co z tego zostało? Nic. Po trzech latach od tych słów Zjednoczona Prawica zrobiła dokładnie ten sam ruch, co rząd PO-PSL. W 2019 r. powstał Fundusz Solidarnościowy, który w pierwotnej funkcji miał służyć niepełnosprawnym, a w obecnej będzie stanowił skarbonkę dla emerytów (przez wypłatę trzynastek), osób po stracie bliskich (zasiłek pogrzebowy) czy rencistów.

  

W sumie poza bilans budżetu państwa poprzez fundusz wypchnięto ok. 17 mld zł (czyli 0,8 proc. PKB).

    

Po co ten zabieg? To kreatywna księgowość. W ten sposób rząd na papierze zyskuje dwie rzeczy. Po pierwsze, nie musi szukać analogicznej kwoty wpływów, by zbilansować ten wydatek, co wymusza na politykach stabilizująca reguła wydatkowa. Przypomnijmy, że w największym skrócie nie pozwala ona na bezkarne zadłużanie naszego kraju i wywiera presję na ministrze finansów, aby każdy dodatkowy wydatek równoważył dodatkowym dochodem. Robiąc trik z Funduszem Solidarnościowym, rząd może wypchnąć miliardy złotych poza ten gorset, ponieważ reguła go nie obejmuje.

    

Po drugie, Fundusz Solidarnościowy będzie otrzymywał z budżetu państwa pożyczki, co oznacza, że miliardy przelewane na jego konto nie będą wliczane do deficytu. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się to sprytnym rozwiązaniem, należy spojrzeć raz jeszcze. W dłuższej perspektywie taka żonglerka może wywołać niemałe problemy.