Przyznam się, że ostatnio z lubością obserwuję syndrom zachowań fanów PIS.
Jest to tak niepodrabialny modus vivendi jak i modus cogitandi, że postronny obserwator zastyga w zdziwieniu.
Potrafią wyłączać całe rejony realności, amputować burzące ich wybór i spokój fakty. Np. jak jeden mąż (człowiek stadny, zbiorowy, plemienny) wszyscy zaczęli nie dostrzegać bolszewickiego projektu o bezkarności urzędników działających w interesie społecznym. Nie ma, nie istnieje. Ich ukochana partia go nie stworzyła, klub nie zaakceptował. Nie. On wpadł w czarną dziurę ich mózgu. Żeby nie musieli zacząć myśleć, krytykować, rozważać, poddawać refleksji.
Oczywiście zawsze tacy byli. Np. gdy przyłapano łapczywego dziadygę Kuchcińskiego na zrobieniu z rządowego samolotu rodzinnego biura podróży nasi dzielni ludzie stadni już rzucali się bronić go jak lwy. Gotowi byli dowodzić, że jego krewni musieli robić rekonesanse lotnicze, by z lotu ptaka królewskim okiem mogli docenić, które regiony ojczyzny zasługują na repolini..., ups repolonizację. Gotowi byli zbierać na kolanach konfetti sypane z nieba jak manna na głowy dworaków frankistowskiego ministra Zielińskiego. Gotowi byli z przez partię naznaczonego cwaniaka nad cwaniaki ("nie masz cwaniaka nad banasiaka") robić św. Franciszka, lub opiekuna pielgrzymów - dopóki cwaniaczek nie postraszył partii matki udowadniając że on z innej, sąsiedniej mafii żrącej z pasją i rodzinnie skubane na wszystkie strony ciało Rzeczypospolitej.
Teraz gdy bractwo rycerzy maltańskich zespolone nie do rozerwania (kopulatywnie) z bractwem Arkonii w zbożnym dziele wypompowywania dziesiątek (setek?) milionów z kieszeni podatnika (jak głosi znana piosenka w jej apokryficznej wersji: "oj, oj, oj, płaci szabes goj") - fascynujące androidy spod znaku Nowogrodzkiej lament wznoszą o zaszczuwaniu największego ministra wszechczasów, ofiarnego ojca Wergiliusza lub mitycznego Numy Łukasza Pompiliusza. Gotowi linczować każdego, kto złym słowem rzuci w Łukasza Sinookiego Głębokokieszennego. Niezwykli ludzie niezwykłej wiary - lub... może prędzej zwykłe fujary ;). Fascynujące legiony, szwadrony mięsa partyjnego, kamikadze rozumu, logiki i przyzwoitości. Osamotnieni ludzie pragnący opieki. Cudownej. Dziwowisko jakby z powieści Dostojewskiego wyjęte. Przez Jarosława w swej zdolności rozumowej skrzywdzeni, przez samych siebie poniżeni...
Arcydzieło nieledwie łysenkowej konstrukcji biologicznej zrealizowanej przez aparat propagandy partyjnej. I niech ktoś powie, że partia nie ma mocy. Mocy tworzenia nowego człowieka. Mężczyźni, kobiety, zda się bystrzy, niektórzy czasem inteligentni nad przeciętną, nierzadko wrażliwi - niech tylko raz jeden padnie na nich bazyliszkowe spojrzenie Jarosława K. - głupieją do szczętu. Zaczynają prorokować, miewać wizje niezborne, próbują chodzić po wodzie, którą leje za dziesiątki tysięcy talarów handlarz ludzką wyobraźnią Kurski. Prawda i fakty przestają dla nich istnieć. Istnieje jedynie i świeci na ich niebie jak Matka Boska - św. Fakt Partyjny Nieustającej Opieki.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)