Przywódcy UE z doktrynalnym uporem walczą o to aby problemu najazdu muzułmańskiego nie rozwiązać. Ponieważ jednak opinia publiczna zaczyna się niecierpliwić, więc muszą sprawić wrażenie, że coś robią - ale pod warunkiem aby nic nie zrobić.
Nowy Tydziennik pisze, że
Kraje członkowskie Unii Europejskiej uzgodniły wspólne stanowisko w sprawie zaostrzenia kontroli podróżnych na granicach zewnętrznych wspólnoty.
No, wydawać by sie mogło, że wreszcie robią to co robic powinni. Ale to by było za proste.
Z tekstu notatki dowiadujemy się, że przez "granice zewnętrzne" na których wprowadzone zostaną kontrole Unia nie rozumie granicy grecko-tureckiej ani też basenu Morza Śródziemnego - ale granice lotniczą pomiędzy Ameryką Północną a UE:
Zaostrzone kontrole będą najprawdopodobniej równały się z większymi kolejkami i czasem spędzonym na europejskich lotniskach. Na tego typu niedogodności będą musieli się przygotować podróżni m.in. z USA, którzy będą odwiedzali Stary Kontynent.
No oczywiście. Głownym problemem Unii są te miliony biedaków którzy z USA i Kanady chcą się przedostać do Europy. Przed nimi trzeba sie bronić. Natomiast okręty jakie zostały wysłane na wody greckie na granicę z Turcją dostały instrukcje, że absolutnie nie wolno im łodzi z imigrantami zatrzymywać ani zawracać.
To się nazywa walka z problemem po to aby problemu broń Boże nie rozwiązać.
Inne tematy w dziale Polityka