Bernie Sanders zapowiada, że jeżeli zostanie wybrany to sprawi, że studia będą darmowe.
Wcześniej prezydent Obama zapowiadał, że chce każdem Amerykaninowi zapewnić dwuletni colege za darmo.
Gdzie tkwi problem?
Chcemy stworzyć college, który będzie
- Darmowy
- Na wysokim poziomie
- Dostępny dla każdego, powszechny.
Można zbudować system szkolnictwa wyższego, który spelnia dowolne dwa z podanych trzech warunków – ale nie trzy na raz. Jeżeli uczelnia ma być darmowa – to albo jej poziom będzie fikcyjny albo musimy wprowadzić ostrą selekcję tego kto może na niej studiować i przyjmować tylko takich, którzy zdadzą jakieś egzaminy wstępne. Jeżeli szkoła ma być na wysokim poziomie – to nie może przyjmować wszystkich, bo ogromna większośc populacji do studiów wyższych się zwyczajnie nie nadaje. I tak dalej.
(To jest podobny dylemat jak ten o samochodzie: Czy może być samochód szybki tani i niezawodny? Nie. Może istnieć samochód spełniający dowolne dwa z tych trzech warunków – ale nie trzy).
Zaraz, zaraz, wołają grouppies Sandersa. W Europie studia są bezpłatne!
Kłopot polega na tym, że amerykańscy lewacy, jako ludzie ograniczeni, mają dość księżycowe wyobrażenie o tym jak wyglądają inne kraje, poza Ameryką. Owszem – są kraje gdzie studia są bezpłatne. Ale w takich krajach zawsze – albo są to studia o poziomie fikcyjnym albo też ograniczone do nielicznych, którzy zdadzą egzaminy wstępne. Kto zda – ten studiuje za darmo. Kto nie zda – nie studiuje. (Lub studiuje ale płaci za to).
W Polsce za PRL studia były darmowe i (na ogół) na dość sensownym poziomie – ale nie były powszechne. Studiowała tylko nieliczna kilkuprocentowa mniejszość, która potrafiła zdać w miarę rygorystyczne egzaminy. Kto nie zdał – szedł do wojska.
Natomiast w USA studiuje dzisiaj w college’ach około połowy populacji. Nie ma możliwości aby takiej masie ludzi dać bezpłatne cztery lata wakacji pod pozorem studiów – żaden budżet tego nie wytrzyma. Nigdzie, w żadnym kraju czegoś takiego nie ma – i nigdy nie będzie.
No dobrze, zawoła ktoś. To dlaczego nie zrobimy tak: niech Amerykanie piszą jakieś egzaminy, ci, którzy napiszą w górnych 5% ocen – dostają rządowe stypendia i studiują za darmo – a reszta, jeżeli chce studiować – niech płaci!
… Tylko, że taki system już – de facto – w Ameryce obowiązuje. Uczniowie, którzy kończą liceum z wysokimi lokatami i którzy mają pozdawane testy z dobrymi ocenami – no, może nie zostaną przyjęci do elitarnych szkół Ligi Bluszczowej – ale, jeżeli złożą papiery na lokalnym publicznym uniwersytecie stanowym – to prawie na pewno będą przyjęci i dostaną pełne stypendia. Owszem, może prestiż znajdującego się niedaleko naszego rezerwatu University of Arizona nie jest taki sam jak Harvardu – ale jak wykazują badania – dla studentów którzy studiują kierunki poważne (czyli: nauka, inżynierstwo, matamatyka) – nie ma żadnej różnicy w zarobkach, czy skończą uczelnię Ligi Bluszczowej czy też jakiś mniej prestiżowy college:
Diplomas from prestigious schools boost future earnings only in certain fields, while in other fields they simply don’t make a difference.
Specifically, for business and other liberal-arts majors, the prestige of the school has a major impact on future earnings expectations. But for fields like science, technology, engineering and math, it largely doesn’t matter whether students go to a prestigious, expensive school or a low-priced one—expected earnings turn out the same. So, families may be wasting money by chasing an expensive diploma in those fields.
Problemem Ameryki nie jest to, że studia są drogie – ale że studiuje za dużo ludzi. Dla ogromnej większości z nich college to strata czasu i pieniędzy. Zamiast próbować słabym studentom fundować bezpłatną naukę należy w liceach zwiększać liczbę klas uczących przedmiotów zawodowych – i zaczęcać młodych ludzi aby do college’u NIE szli, zamiast tego starając się jak najszybciej usamodzielnić.
Bernie Sanders niewiele tu może poprawić – natomiast może mnóstwo spieprzyć. Ale o tym napiszemy więcej kiedy indziej.
Inne tematy w dziale Polityka