Szumy informacyjne, zlepy plotek, ciągi insynuacji, a wszystko po to, żeby Donalda Tuska usunąć z linii strzału. Czyli przekonać wyborców, że szef największej partii to apolityczny urzędnik, sprawnie zarządzający państwem, co oczywiście ma premierowi ułatwić drogę do prezydentury.
Najpierw Tusk odsunął od siebie – na skutek ujawnionych działań Centralnego Biura Antykorupcyjnego – ministrów, którzy mają mocną pozycję polityczną (jak choćby Grzegorz Schetyna) i otoczył się ludźmi nie kojarzonymi z partyjnymi rozgrywkami. Teraz przyszedł czas na przykrycie prezydenckich aspiracji plotkami, z których wynika, że premier wcale nie zmierza do Pałacu Prezydenckiego, że Platforma Obywatelska ma innych kandydatów.
Z przecieków wynika, że sam Tusk mówił jako o potencjalnym kandydacie o Bronisławie Komorowskim. W medialnym obiegu pojawia się też nazwisko Jerzego Buzka, przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Jednocześnie z PO płyną też sygnały, że jednak Tusk jest oczywistym kandydatem (jak przekonuje na przykład Rafał Grupiński), bo na takie opinie można się później - kiedy prawda wyjdzie na jaw - powołać.
Komentatorzy są na ogół zdania, że pojawienie się tego rodzaju spekulacji to efekt walk frakcyjnych w Platformie i zarazem skutek słabnącej pozycji premiera. Może. Niewykluczone jednak, że Komorowski i Buzek mają spełnić funkcję ochroniarzy, którzy własnymi ciałami osłaniają swojego szefa przed ostrzałem. Chodzi bowiem o to, żeby zamaskować typowo polityczne ambicje Tuska i skierować przynajmniej część złej energii w stronę innych ludzi z PO.
Tusk jest bowiem przekonany, że postrzeganie go jako typowego polityka może mu tylko zaszkodzić. Wychodzi prawdopodobnie z założenia, że Polacy nie lubią polityków (przypomnijmy w tym miejscu jego wypowiedzi sprzed kilku lat o „klasie próżniaczej”, albo zwróćmy uwagę na język, jakim się posługuje - dużo bliższy potocznej polszczyźnie, niż oratorskie popisy większości jego kolegów i przeciwników z Sejmu i Senatu).
Za chwilę się może się okazać, że w parlamencie trwa mordercza wymiana ciosów między Platformą a Prawem i Sprawiedliwością i Lewicą, w którą z racji temperamentu lub sprytnych zagrywek PO włącza się Lech Kaczyński. Tymczasem Tusk opowiada o konkretnych, pragmatycznych działaniach rządu, spotyka się z przedstawicielami zagranicznych rządów, żeby załatwiać konkretne sprawy.
Czyli: fajny facet, taki normalny. Rozsądny człowiek. Jedyny, który coś naprawdę robi. Ten to naprawdę nas rozumie. Kupiłbym od niego używany samochód. On na pewno ściągnąłby mojego kotka z drzewa. Z nim nie zginiemy. Reszta to oszołomy, albo złodzieje. Chciałabym mieć takiego zięcia. On da szansę nam, młodym, na lepszą przyszłość. Dobry gospodarz. Nie wstydziłbym się podać mu ręki. Zagłosuję na niego.
Szumy, zlepy, ciągi.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)